Potrzebna szybka diagnostyka

Autor: Iwona Bączek • • 26 czerwca 2014 09:28

Rak płuca jest obecnie najczęstszym nowotworem złośliwym w polskiej populacji, stanowi także największy problem, jeśli chodzi o umieralność zarówno kobiet, jak i mężczyzn - przypominali 21 marca br. specjaliści podczas warszawskiego seminarium Fundacji WHC "Innowacje w leczeniu chorych na raka płuca - ocena dostępności w Polsce".

W zakresie pięcioletniej przeżywalności pacjentów z nowotworami płuc mamy dramat, dane mówią bowiem o zaledwie 10 proc. mężczyzn i 15-16 proc. kobiet - wskazywał prof. Rodryg Ramlau, ordynator Oddziału Onkologii Klinicznej z Pododdziałem Dziennej Chemioterapii w Wielkopolskim Centrum Pulmonologii w Poznaniu.

W ocenie specjalisty przyczyną jest m.in. problem z wczesnym rozpoznaniem choroby oraz długi czas, jaki upływa od rozpoznania do rozpoczęcia leczenia.

- Według europejskich standardów, okres od rozpoznania do rozpoczęcia terapii nie powinien przekraczać jednego miesiąca. Nam do tego daleko. Z różnych powodów: chodzi głównie o istniejące ograniczenia w dostępności świadczeń, ale także o zbyt późne zgłaszanie się samych chorych - wskazywał prof. Ramlau. - W efekcie zaledwie 15% pacjentów z rozpoznanym rakiem płuca kwalifikuje się do radykalnej operacji. U pozostałych chorych w grę wchodzi leczenie paliatywne z udziałem m. in. radio-i chemioterapii - dodał.

- Jeśli od rozpoznania raka płuca do rozpoczęcia leczenia upływa w Polsce średnio sześć miesięcy, dla większości chorych jest to równoznaczne z wyrokiem. Warto przy tym wspomnieć, że trafiają do nas pacjenci leczeni kilka miesięcy antybiotykami, którzy nawet nie otrzymali w tym czasie od lekarza POZ skierowania na badanie radiologiczne. To na pewno powinno się zmienić. Tym bardziej, że kolejne miesiące chorzy stracą w oczekiwaniu na wizytę u pulmonologa, na tomografię klatki piersiowej, itd., a na końcu okaże się, że na operację jest za późno - alarmował prof. Ramlau.

Szansa na wyleczenie

Prof. Tadeusz Orłowski, kierownik Kliniki Chirurgii w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie zwrócił uwagę, że rocznie operowanych jest blisko 3,5 tys. pacjentów z rakiem płuca. To właśnie oni mają największą szansę na wyleczenie. W klinice operuje się obecnie o 50% więcej chorych we wcześniejszych stadiach (w porównaniu do roku 2001), a o 40% mniej chorych w stadiach późniejszych, gdzie efektywność jest znacznie mniejsza.

- W 2011 r. przeprowadziliśmy w powiecie makowskim na Mazowszu badania tomograficzne tamtejszej populacji. W efekcie współczynnik resekcyjności wzrósł do 25%. W następnym roku badań już nie było i natychmiast okazało się, że odnotowano spadek do około 6% - mówił prof. Orłowski.

Wskazał także, iż znaczenie szybkiej diagnostyki i szybkiego rozpoczęcia leczenia widać na przykładzie danych amerykańskich: wykrycie zmiany wielkości 1 cm i wdrożenie terapii w ciągu miesiąca skutkuje wyleczeniem u 93% pacjentów.

Certyfikacja

Prof. Joanna Chorostowska-Wynimko, zastępca dyrektora ds. nauki Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc, kierownik Zakładu Genetyki i Immunologii Klinicznej IGiChP podkreślała z kolei potrzebę certyfikacji laboratoriów diagnostyki genetycznej.

- Wynik badania musi być jednoznaczny, ale jakość badania wcale nie jest oczywista, przy czym dotyczy to nie tylko jednostek pracujących w Polsce, ale na całym świecie. Przykładem mogą być włoskie laboratoria: aż 30% spośród nich nie przeszło pierwszej rundy certyfikacyjnej - zaznaczyła specjalistka.

Przypomniała jednocześnie, że w Polsce taka certyfikacja wydana była tylko raz (wyniki opublikowano w 2011 r.). Na razie nie widać też chęci ze strony regulatora systemu opieki zdrowotnej, aby wspomnianą certyfikację wprowadzić.

- Jeśli chodzi o strukturę badań genetycznych w Polsce, także nie mamy żadnych twardych badań. Wiadomo natomiast jedno: wciąż wykonywanych jest zbyt mało oznaczeń. Zgodnie z moją wiedzą, w ub.r. było to 3,5 tys. badań - podkreśliła prof. Chorostowska-Wynimko.

Szybka ścieżka

Prof. Halina Batura-Gabryel, kierownik Katedry i Kliniki Pulmonologii, Alergologii i Onkologii Pulmonologicznej Uniwersytetu Medycznego im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu zwróciła uwagę, że rocznie rozpoznaje się 20 tys. przypadków nowotworów płuca, przy czym aż trzy czwarte spośród nich wykrywanych jest przypadkowo.

- To świadczy o złej organizacji systemu. Dodajmy jeszcze do tego brak testów skryningowych, nawyków przeprowadzania badań kontrolnych, błędy lekarskie na poziomie lekarza rodzinnego (brak skierowań na badania radiologiczne) i w końcu zbyt długi czas od rozpoznania nowotworu do rozpoczęcia leczenia - mówiła specjalistka.

- Do objawów, które powinny zwrócić uwagę lekarza POZ, należą: kaszel, nawracające zapalenie płuc, duszności, krwioplucie, bóle w klatce piersiowej. Nawet jeśli sam pacjent przywiązuje wagę jedynie do krwioplucia, a pozostałe objawy, głównie kaszel, lekceważy, lekarz rodzinny powinien zachować czujność onkologiczną i skierować na badanie radiologiczne - dodała.

Prof. Batura-Gabryel przypomniała, że ze względu na konieczność poprawy sytuacji w zakresie wykrywania raka płuca, pulmonolodzy proponują ośrodki szybkiej diagnostyki tego nowotworu.

- Czemu nie organizować takich ośrodków w ramach klinik pulmonologicznych? Chodzi jedynie o reorganizację. Nie wymaga to dodatkowych kosztów, nie wiąże się także z hospitalizacją, ponieważ można postawić na tryb ambulatoryjny w ramach tzw. szybkiej ścieżki. Korzyść jest oczywista: pacjent ma od ręki wykonane badania, co w naszych obecnych realiach zajmie mu całe miesiące - przekonywała specjalistka.

Rzucajmy palenie

- Potrzebne są jedynie pieniądze na uzupełnienie sprzętu do fiberoskopii i zwiększenie środków na tomografię komputerową. Konieczne są także szybsze badania immunohistochemiczne: w niektórych ośrodkach na wyniki czeka się miesiąc - mówiła prof. Batura-Gabryel.

W ocenie prof. Witolda Zatońskiego, kierownika Zakładu Epidemiologii i Prewencji Nowotworów Centrum Onkologii - Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie nie da się przecenić roli prewencji pierwotnej.

- Chociaż w Stanach Zjednoczonych rak płuca także zdominował obraz nowotworów złośliwych, to jednak zmniejszenie ekspozycji na dym tytoniowy doprowadziło tam do spadku ryzyka zachorowania aż o jedną trzecią. Podobnie było w Wielkiej Brytanii, gdzie ryzyko raka płuca spadło aż o połowę. Jak tego dokonano? Po wojnie papierosy paliło na Wyspach 80% mężczyzn, obecnie co piąty - przypomniał prof. Zatoński.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum