Potężna siła stereotypu

Autor: Andrzej Bęben • • 21 kwietnia 2010 12:44

Trudno sobie wyobrazić szpital bez sali operacyjnej. A może jednak należałoby się pogodzić z takimi sytuacjami?

Czy i kiedy będzie można dostosować bloki operacyjne do wymagań unijnych? Dlaczego - nie mniej surowe od tych-że - rozporządzenie ministra zdrowia i opieki społecznej z 1992 r. było częstokroć modyfikowane? Jakie byłyby bloki operacyjne, gdyby trzeba było je modernizować wyłącznie własnymi siłami (czytaj: bez unijnego wsparcia)?
Do 1989 r. sprawa była jasna. Przepisy warunkujące ich działanie - w ogólności i w szczegółach - były między innymi po to, by je... omijać lub interpretować. Po osiemdziesiątym dziewiątym system ochrony zdrowia, wciąż zwany "służbą", zaczął nadrabiać zaległości.
- We wrześniu 1992 r. ówczesny minister zdrowia i opieki społecznej wydaje rozporządzenie "w sprawie wymagań, jakim powinny odpowiadać pod względem fachowym i sanitarnym pomieszczenia i urządzenia zakładu opieki zdrowotnej". Wtedy okazało się, jaką jakość prezentują istniejące bloki operacyjne i jaką mieć powinny - podkreśla Witold Ponikło, inżynier kliniczny Zakładu Informacji Naukowej Instytutu Zdrowia Publicznego oraz zastępca dyrektora ds. infrastruktury i techniki medycznej Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. L. Rydygiera w Krakowie.
Właśnie: "powinny"... To znaczy mogą czy muszą? Dyrektor Ponikło przyznaje, że takie sformułowania w akcie prawnym dają możliwość do interpretacji.
Samo życie
Z drugiej strony rzeczywistość wymusza łagodzenie zbyt ostro postawionych wymagań. Z grubsza rzecz biorąc, wspomniane rozporządzenie precyzuje warunki techniczne, jakie powinny spełniać sale operacyjne. Przykład: "pomieszczenia sal operacyjnych i pooperacyjnych oraz bezpośrednie otoczenie sal operacyjnych powinno być klimatyzowane".
- Dla mnie pojęcie "powinno" ma charakter obligatoryjności. Widocznie jednak nie jest to powszechna interpretacja, skoro minister zdrowia już nie raz łagodził radykalizm tego rozporządzenia - zauważa dyrektor Ponikło. - Dlaczego? Z prostej przyczyny: zbyt wiele sal czy bloków operacyjnych trzeba byłoby za-mknąć. Pierwotnie rozporządzenie, na przykład, stanowiło, że blok operacyjny ma być wyposażony w windy - tzw. czystą i brudną. Kolejne rozporządzenie zmieniające dopuściło transport materiałów brudnych w odpowiednich pojemnikach...
Zmiany w regulacji, czyli "umożliwienie zakładom opieki zdrowotnej realizacji programów dostosowania pomieszczeń i urządzeń do wymagań w dłuższym okresie" wymusiło samo życie. Trudno sobie wyobrazić szpital bez sali operacyjnej. A może jednak należałoby się pogodzić z takimi sytuacjami?
Warto oglądać każdą złotówkę
Blok operacyjny to w wielkim skrócie: infrastruktura, wyposażenie i ludzie je obsługujący. Oczywiście wszystkie te trzy elementy łączy czynnik finansowy. Dostęp do kwalifikowanych kadr i źródeł finansowania - dla modernizowania istniejących lub budowy nowych bloków operacyjnych - jest względnie łatwy.
- Po roku 1999 szpitale wreszcie mogły realizować wytyczne dotyczące wymagań techniczno-sanitarnych stawianych salom operacyjnym. A stało się to za sprawą dostępu do różnych funduszy unijnych. W zasadzie większość, o ile nie sto procent modernizacji bloków w Polsce odbywa się w trzech czwartych na koszt Unii Europejskiej - przypomina dyrektor Ponikło.
- Wybudowanie metra kwadratowego bloku operacyjnego wraz z wyposażeniem kosztuje co najmniej 10 tysięcy złotych. Salę operacyjną trzeba szyć na miarę, bo za duża oznacza niepotrzebnie wydane pieniądze - uważa Leszek Pluciński, prezes Szpitali Powiatowych w Chełmży i Tucholi (funkcjonują jako spółki).
- Rozważanie o tym, czy w Polsce mamy nowoczesne bloki operacyjne lub o tym, kiedy je będziemy mieć, nie jest możliwe bez świadomości tego, że ten proces modernizacji jest fragmentem istniejącego u nas systemu ochrony zdrowia - ostrzega Witold Ponikło. - Śmiem wątpić, czy wszystkie szpitale mają modernizować bloki, dostosowywać je do norm unijnych tylko dlatego, że można pozyskać na ten cel unijne pieniądze.
Inżynier Ponikło z pewnością nie jest osamotniony w swych poglądach, w myśl których nie we wszystkich szpitalach należy wkładać pieniądze w modernizację bloków. Jeśli bowiem w niewielkim szpitalu wydaje się grubo ponad milion złotych na najmniejszy blok (powierzchnie sali operacyjnej plus otoczenia), to czy wcześniej dyrektor jednostki zastanawiał się, czy inwestycja będzie optymalnie wykorzystana?
- Nie sądzę, by taki wydatek - w sytuacji, gdy dziennie w danym szpitalu wykonuje się dwie albo trzy operacje - był uzasadniony. Jestem przekonany, że taka decyzja nie zostałaby podjęta, gdyby dany szpital był spółką prawa handlowego. Co innego w SPZOZ-ach. Panuje przekonanie, że skoro dają - w domyśle z funduszy unijnych - to nierozważne byłoby nieskorzystanie z takiej okazji. Tymczasem, wbrew pozorom, jest odwrotnie. Zapomina się, że na utrzymanie bloku operacyjnego Unia Europejska już nie łoży!
Praca na okrągło?
To szeroko rozumiane państwo, a wąsko - pacjenci w skali makro - finansują milionami inną systemową przypadłość. Tak bowiem, jak się przyjęło, że szpital bez sali operacyjnej nie może być szpitalem, tak się uważa, że owe sale powinny funkcjonować przez całą dobę, na okrągło.
- Bloki operacyjne trzeba wpisać w potrzeby epidemiologiczne występujące na danym obszarze. Winno być tak, że mamy szpitale, w których bloki funkcjonują w określonych godzinach i takie, które oferują kompleksową usługę w sytuacjach nagłych, bez względu na porę dnia i godzinę. Taki system obowiązuje choćby w Wielkiej Brytanii, jest uzasadniony ekonomicznie i sprawdza się. Dlaczego tak nie miałoby być w Polsce? - pyta dyrektor Ponikło.
Zdaniem eksperta, takie rozwiązania możliwe byłyby do wprowadzenia nawet w istniejącym systemie, gdzie hospitalizację prowadzi się przede wszystkim w publicznych jednostkach. O ile trudniej byłoby taką optymalizację kosztów funkcjonowania bloków przeprowadzić w szpitalach powiatowych, o tyle łatwo byłoby to uczynić w strukturach jednostek, dla których organami założycielskimi są marszałkowie.
- Myślę, że marszałkowskie szpitale wespół z klinicznymi mogłyby wypracować model współpracy zbliżony choćby do brytyjskiego - uważa inżynier Ponikło.
Szpital nie hipermarket
Technokraci są przekonani, że gdyby tzw. służba zdrowia została poddana oddziaływaniom rynku w większym niż dotychczasowym zakresie, to wyszłoby jej to na zdrowie. W świecie szpital, nawet gdy nie jest komercyjnym, prowadzony jest jak przedsiębiorstwo; z ołówkiem w jednej ręce i z kalkulatorem w drugiej. Tam gdzie jest on komercyjnym przedsiębiorstwem, mamy do czynienia z biznesem generującym stałe, choć niewysokie w porównaniu z innymi obszarami działalności gospodarczej, zyski.
- Polska jeszcze długo nie będzie rynkiem godnym zainteresowania dla tej branży , więc nie spodziewajmy się, że zacznie się stawiać u nas szpitale niczym kiedyś hipermarkety. Prawda jest taka, że w naszym kraju nie buduje się szpitali. Szpital Rydygiera, jak na polskie warunki, jest szpitalem nowym, bo jego budowę zakończono, powtarzam - zakończono - z początkiem lat dziewięćdziesiątych - zaznacza nasz rozmówca. - Nie zapominajmy, że zaprojektowano go w latach siedemdziesiątych, a można przypuszczać, że te plany były dostosowaniem już wcześniej istniejących.
- W moim szpitalu cztery z ośmiu sal operacyjnych mają za małą powierzchnię. Czy metr kwadratowy mniej niż nakazuje norma to mało czy dużo? - pyta dyrektor. - A przecież "Rydygier" to nie wiekowy szpital. W znacznie starszych nie jest łatwo przerobić blok operacyjny na nowoczesny. Obrazowo można powiedzieć: raczej nie da się zamontować nowoczesnego silnika do samochodu sprzed kilkudziesięciu lat. A nawet jeśli komuś ta szuka się uda, to będzie to kosztowne i z ekonomicznego punktu widzenia zupełnie nieopłacalne.
Ekspertów jedni słuchają, inni nie. W świecie kilkudziesięcioletnie szpitale zamyka się, wyburza lub zmienia się ich przeznaczenie (np. na domy opieki społecznej). W Polsce w szpitalach będących pod kuratelą konserwatora zabytków wkłada się miliony w moderni-zację sal operacyjnych. Bywa jednak (na szczęście nie tak rzadko), że pieniądzem gospodarzy się racjonalnie.
- Uważam, że lepiej dobudować dla bloku operacyjnego pawilon czy dostosować pod wymogi techniczne starą zabudowę - podkreśla Witold Ponikło.
Rady ekspertów wzięto sobie do serca między innymi w Szpitalu Wojewódzkim w Opolu, gdzie w listopadzie zeszłego roku oddano do użytku "kompleks diagnostyczno-zabiegowy oraz pawilon poradni wraz z łącznikami spinającymi obiekty szpitalne w jedną całość".
- Mamy najnowocześniejsze w Polsce sale operacyjne w stu procentach spełniające restrykcyjne normy europejskie. Budowa kompleksu kosztowała 32 mln zł; 8% to wkład własny, 46% to środki zarządu województwa, a reszta to dofinansowanie z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego - wylicza Renata Ruman-Dzido, dyrektor opolskiego Szpitala Wojewódzkiego.
Odroczenie
Gdyby do 2012 roku zakłady opieki zdrowotnej bezwzględnie musiały dostosować się do europejskich wymagań, to w Polsce z pewnością mielibyśmy koniec świata. Eksperci szacują, że na jakościową adaptację obiektów trzeba wydać ok. 14 mld zł, a to z tej przyczyny, że ok. 40% placówek wymaga modernizacji, a nadto co dziesiąty polski szpital jest... zabytkiem w dosłownym tego słowa znaczeniu!
Ministerstwo Zdrowia szacuje, iż 61% SPZOZ-ów nie ma pieniędzy na dostosowanie przed 2012 r. swojej infrastruktury do nowych wymogów, więc granicę tę przesunęło o kolejne trzy lata, a jest też deklaracja, że nawet o 10 lat.
Może więc pozbyć się jednego kłopotu i zastanowić się poważnie nad eksperckim stwierdzeniem, że nie w każdym polskim szpitalu musi być sala operacyjna i to na dodatek działająca 24 godziny na dobę?

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum