Podczas lubelskiej debaty Rynku Zdrowia często i w różnych kontekstach padało pytanie: Dokąd zmierzają szpitale?

Autor: Wojciech Kuta, Piotr Wróbel • • 18 stycznia 2010 14:23

Trzecia w bieżącej edycji cyklu konferencji Rynku Zdrowia "System opieki zdrowotnej. Ogólnopolskie problemy - regionalna perspektywa" odbyła się w Lublinie (14 grudnia 2009 r.). Debatę podczas pierwszej dyskusji panelowej zdominowały m.in. kwestie związane z finansowaniem świadczeń zdrowotnych w 2010 roku, sytuacją ekonomiczną placówek lecznictwa stacjonarnego i możliwościami przekształceń oraz konsolidacji szpitali na Lubelszczyźnie.

Arkadiusz Bratkowski, członek zarządu województwa lubelskiego odpowiedzialny za służbę zdrowia, przypomniał, że obowiązujący w poprzednich latach algorytm podziału środków na lecznictwo pomiędzy województwa był bardzo niekorzystny dla Lubelskiego.

Poszukiwanie nowych rozwiązań

- Niedawna zmiana algorytmu jest wielką zasługą dyrektorów szpitali i parlamentarzystów Lubelszczyzny - zaznaczył Arkadiusz Bratkowski. - Niestety, pozytywne skutki tej zmiany będą w naszym województwie odczuwalne nie wcześniej niż po 2012 roku.

"Zdrowotny" wicemarszałek woj. lubelskiego stwierdził ponadto, że za tzw. nadwykonania w szpitalach nie ponoszą winy dyrektorzy tych jednostek: - Nasi menedżerowie bardzo dobrze zarządzają placówkami. Nadlimitów nie byłoby, gdyby NFZ płacił na wykonane świadczenia. Nie można zamykać drzwi przed pacjentami - apelował do płatnika marszałek Bratkowski.

Przypomnijmy, że na początku 2009 r. samorząd województwa umieścił na liście placówek przeznaczonych do przekształcania w spółki - w ramach rządowego planu B - sześć "marszałkowskich" szpitali na Lubelszczyźnie. Ich łączne zadłużenie sięgało wówczas 270 mln zł.

- Zahamowaliśmy wzrost zobowiązań tych szpitali. Jednak na razie samorządu woj. lubelskiego nie stać na wejście w plan B, czyli na pokrycie znacznych kosztów procedury likwidacji SPZOZ-ów i przekształcenia ich w spółki. Rząd daje zbyt małe pieniądze na pokrycie zobowiązań tych jednostek - stwierdził Arkadiusz Bratkowski.

- Poszukujemy nowych rozwiązań. Jest już plan, który pozwoliłby z jednej strony zapewnić właściwą opiekę zdrowotną mieszkańcom, a z drugiej - ograniczyć koszty funkcjonowania placówek, ale i nie doprowadzać do rywalizacji między szpitalami prowadzonymi przez samorząd województwa. Najpierw jednak musimy znać stan finansów na świadczenia w przyszłym roku - zaznaczył Arkadiusz Bratkowski, odpowiadając na pytanie o możliwości łączenia niektórych placówek lub ich oddziałów.

Kierunki migracji lekarzy

Dr Piotr Dreher, dyrektor Lubelskiego Centrum Zdrowia Publicznego, wskazał na kilka innych problemów lubelskiej opieki zdrowotnej, m.in. migrację lekarzy niektórych specjalności. Lekarze wyjeżdżają z małych powiatowych szpitali do większych jednostek. Drugi kierunek migracji to zamożniejsze, od lubelskiego, województwa, m.in. mazowieckie i śląskie. Znacznie mniejszy wpływ na liczebność kadry medycznej w województwie lubelskim mają wyjazdy zagraniczne.

Dyrektor Dreher, zwracając uwagę na potrzebę tworzenia racjonalnej geografii poszczególnych świadczeń, przywołał przykład jednego z podlubelskich szpitali, w którym notuje się średnio tygodniowo zaledwie 6 porodów.

- Należy się więc zastanowić, czy taki oddział rzeczywiście w tym miejscu jest potrzebny? - pytał Piotr Dreher. - Przyglądając się analizom epidemiologicznym dotyczącym woj. lubelskiego, możemy stwierdzić, że w naszym regionie brakuje łóżek długoterminowych, paliatywnych i geriatrycznych.

Fuzja nie taka łatwa

Jedną z planowanych wstępnie przez samorząd województwa zmian w organizacji lecznictwa stacjonarnego w regionie jest przejęcie Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego przez Uniwersytet Medyczny w Lublinie. Na razie jednak - zarówno samorządowcy, jak i przedstawiciele uczelni - o takiej fuzji wypowiadają się bardzo ostrożnie.

- Prowadzimy obecnie wiele inwestycji - budujemy m.in. cały blok operacyjny, powstanie nowy gmach Collegium Phar-maceuticum. Staramy się także o środki europejskie. Stąd nasz bardzo spokojny stosunek do ewentualnego przejęcia Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego - tłumaczył prof. Andrzej Drop, prorektor do spraw klinicznych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Zaznaczył tak-że, że najpierw powinien nastąpić etap współpracy między placówkami i na ten temat są prowadzone rozmowy.

- Przejęcie Szpitala im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego przez naszą uczelnię wiązałoby się w przyszłości z koniecznością zmodernizowania i prze-kształcenia tej placówki w uniwersytecki szpital kliniczny - wraz z powołaniem klinik, zakładów. To bardzo złożone i kosztowne przedsięwzięcie - dodał prof. Andrzej Drop.

Przyszłość przychodni

Miasto nie jest organem założycielskim dla żadnego lubelskiego szpitala, ale nie oznacza oczywiście, że władze Lublina nie zajmują się organizacją opieki zdrowotnej. Głośna w mediach była niedawna decyzja włodarzy miasta o niereaktywowaniu izby wytrzeźwień. Zamiast niej powstanie ośrodek terapeutyczny dla osób uzależnionych m.in. od alkoholu.

- Do połowy 2010 roku miasto jest w stanie wykonać to zadanie - zapowie-działa Elżbieta Kołodziej-Wnuk, zastępca prezydenta Lublina ds. obywatelskich.

- To, że nie mamy szpitali, nie oznacza, iż nie mamy problemów związanych z organizacją opieki medycznej - dodała wiceprezydent. - Budynki lubelskich przychodni w większości są własnością miasta i muszą być dostosowane do nowych wymogów technicznych, m.in. dla potrzeb osób niepełnosprawnych. Obecnie przygotowywana jest uchwała Rady Miasta, przewidująca możliwość sprzedaży tych obiektów NZOZ-om, które prowadzą przychodnie.

- Chcemy jednak, aby były to transakcje z pewnymi zastrzeżeniami - głównie dotyczącymi tego, aby po sprzedaży budynki nadal służyły ochronie zdrowia - podkreśliła wiceprezydent Lublina. - Takie zabezpieczenie wpisane do księgi wieczystej z jednej strony zapewni poczucie bezpieczeństwa mieszkańcom, a z drugiej zagwarantuje lekarzom prowadzącym ośrodki przeświadczenie, iż mogą w te obiekty spokojnie inwestować.

Elżbieta Kołodziej-Wnuk zapewniła także, iż miasto nie tylko stara się zapewnić finansowanie programów profilaktycznych w 2010 roku na poziomie co najmniej takim jak w roku ubiegłym, ale także planuje uruchomienie nowych projektów, m.in. dzięki środkom unijnym.

Finansowanie pediatrii

Jerzy Szarecki, dyrektor Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie, w lutym 2009 r. - podczas poprzedniej edycji konferencji regionalnych RZ - mówił o pogłębiającym się od wdrożenia JGP dramacie wysokospecjalistycznej pediatrii. Nie wykluczał wtedy sytuacji, w której lubelska pediatria przestanie istnieć.

Czy od tego czasu pojawiły się powody do większego optymizmu? Odpowiadając na to pytanie, dyrektor Szarecki przypomniał, że w 2009 roku powstał ogólnopolski zespół negocjacyjny ds. pediatrii, na którego czele stanął dr Maciej Piróg, dyrektor warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka. W wyniku prac zespołu stworzono 98 propozycji zmian w ramach Jednorodnych Grup Pacjentów dotyczących pediatrii wysokospecjalistycznej, które przedstawione zostały w Ministerstwie Zdrowia i NFZ.

- Odbyło się szereg spotkań z decydentami. We wrześniu 2009 r. dyrektor Piróg otrzymał pismo od minister Ewy Kopacz, w którym wyraziła ona poparcie dla stanowiska zespołu pediatrycznego i uznała "za zasadne dalsze prowadzenie prac nad weryfikacją świadczeń w systemie JGP realizowanych w zakresie pediatrii" - dyrektor Szarecki cytował fragment pisma minister Ewy Kopacz.

Zaznaczył, iż w onkologii i hematologii dziecięcej doszło do korzystnej korekty finansowania. - Mając poparcie ministerstwa, będziemy pracować nad dalszymi zmianami w funkcjonowaniu JGP w pediatrii wysokospecjalistycznej. Ze wspomnianych blisko stu propozycji naszego zespołu, do wdrożenia pozostało jeszcze 29... Wierzę, że pozwoli to m.in. na normalne funkcjonowanie naszego ośrodka i zapewnienie właściwej opieki medycznej najmłodszym pacjentom na Lubelszczyźnie.

Jerzy Szarecki podkreślił także, że w kierowanym przez niego szpitalu wprowadzany jest program naprawczy. Nastąpiła m.in. restrukturyzacja zakresu świadczeń, która przyniosła wzrost przychodów placówki.

Bez pola manewru

Wśród zarządzających szpitalami w regionie lubelskim ugruntowane jest przekonanie, że to województwo pod względem zapłaty za nadwykonania jest nadal traktowane gorzej niż wiele innych. Niestety, szansa na ugodę z płatnikiem i szybkie odzyskanie pieniędzy jest niewielka. Przedstawiciele NFZ nie stawiają się w sądzie.

- Obietnica pani minister Ewy Kopacz wypowiedziana w Sejmie, że nadwykonania za 2008 rok będą zapłacone, okazała się fikcją - stwierdził Dariusz Hankiewicz, dyrektor SPZOZ-u w Radzyniu Podlaskim, dodając, że tak wygląda sytuacja w województwach po wschodniej stronie Wisły. - Jesteśmy traktowani inaczej niż część innych regionów. Nad zapłatą za nadwykonania z 2008 roku zapadło u nas milczenie, a ci, którzy powinni realizować resortowe obietnice, mówią, że w ogóle nie ma tematu. Nadwykonań za 2009 rok też nam nie zapłacono, w przeciwieństwie do innych województw z Polski centralnej.

Dariusz Hankiewicz przypomniał wypowiedzi minister Ewy Kopacz, która stwierdziła, że nie ma resortowej zgody na nadlimity, bo przyjęcia do szpitala można zaplanować. Szpital w Radzyniu jako jeden z pierwszych na Lubelszczyźnie oficjalnie informował pacjentów, że ogranicza w 2009 roku zabiegi planowe. O tym, że należy racjonalizować przyjęcia i ograniczyć je do poziomu kontraktu, Fundusz przypomniał dyrektorowi z Radzynia, podobnie jak wielu innym, w stosownym piśmie.

- Tak zrobiłem, a mimo to pod koniec października ub.r. szpital miał ponad 1,5 mln zł nadwykonań wynikających ze stanów nagłych, których nie można było ustawić w kolejkę - mówił dyrektor Hankiewicz. Dodał, że szpital nie ma już żadnego pola manewru w zakresie ograniczania kosztów, część z nich to koszty stałe, które placówka musi ponosić, mimo wstrzymywania przyjęć.

Czy mamy leczyć?

Nie inaczej jest w Zamojskim Szpitalu Niepublicznym Sp. z o.o., który pracuje przez 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę i oprócz typowych oddziałów, posiada też oddział urazowy, hematoonkologii i chirurgii dziecięcej. W szpitalu doprowadzono do wyhamowania przyjęć, tak aby ich liczba pozwalała na zachowanie bezpieczeństwa finansowego, jednak placówka i tak ma nadwykonania.

- Nie mogę przecież postawić ludzi ze złamaną nogą w kolejkę - mówi prezes tej szpitalnej spółki Krzysztof Tuczapski. Dodał, że z niepokojem patrzy na kontraktowanie w tym roku, bo otrzymał od płatnika propozycję podpisania kontraktu zmniejszonego o 30% w stosunku do 2009 roku. - To czym my mamy leczyć ludzi, przepraszam, wodą święconą? - pytał wzburzony.

Swoją wypowiedź w dyskusji Andrzej Mielcarek, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego im. Jana Pawła II w Zamościu, zaczął od żartobliwego przywitania "nieudaczników" zarządzających szpitalami. - Ciągle słyszymy, że to nasza wina, że szpitale mają nadwykonania - mówił, dodając, że w grudniu, w zarządzanym przez niego szpitalu, z powodu wstrzymywania przyjęć codziennie stało pustych 150 wolnych łóżek: - To, że nie przyjmujemy, bo wykonaliśmy plan, nikogo z pacjentów nie interesuje, gromy sypią się na lekarzy.

Szpital "papieski" w Zamościu zajął w 2008 roku 8. miejsce w Polsce i pierwsze w regionie w rankingu "Rzeczpospolitej" najlepszych lecznic. To dla dyrekcji i personelu placówki powód do dumy, ale i zarazem... kłopot. - Jeśli jesteśmy dobrym szpitalem, to pacjent nas wybiera, a my mu teraz mówimy: nie, przyjdź za dwa lata na planowy zabieg. Wtedy pytają: to po co te rankingi? - opowiadał Andrzej Mielcarek, informując jednocześnie, że szpital ograniczył przyjęcia, bo już za pierwsze półrocze miał 15 mln zł nadwykonań.

Zdaniem dyrektora z "papieskiego", są kolejki, które można zmniejszyć - te do specjalistycznego lecznictwa ambulatoryjnego. Tu mogłoby pomóc symboliczne współpłacenie za poradę lekarską, ale nie ma ku temu woli polityków.

Za przekształceniami, ale...

Przyjęcia do szpitala łatwiej jest planować w dużym mieście, gdzie funkcjonuje kilka lecznic, bo wtedy w razie nieprzyjęcia pacjenci mają alternatywę. Tak uważa Jacek Solarz, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego im. Jana Bożego w Lublinie. Szpital, żeby nie generować nadwykonań, zmniejszył liczbę przyjęć w 2009 roku. Ordynatorzy mogą przekroczyć kontrakt w miesiącu maksymalnie o 5%. Ta zasada nie dotyczyła tam tylko oddziału położnictwa i noworodkowego, gdzie NFZ płacił za nadlimitowe świadczenia.

Podobne kłopoty z nadlimitami ma Szpital Wojskowy w Lublinie, przyjmujący po reorganizacji ochrony zdrowia w armii przede wszystkim pacjentów cywilnych. - Nasz szpital ma znaczenie ponadregionalne; w 2008 roku udzieliliśmy około 18% świadczeń pacjentom spoza województwa. Teoretycznie powinniśmy dostać za nich dodatkowe pieniądze, co oczywiście nie nastąpiło - zaznaczył płk Zbigniew Kędzierski, komendant szpitala. - Nasze możliwości uzyskiwania kontraktów są takie same, jak innych szpitali. Wielokrotnie informowałem zastępcę prezesa ds. służb mundurowych w Centrali NFZ, że dyrektor oddziału NFZ nie ma odpowiedniej pozycji negocjacyjnej w zakresie kontraktowania.

Podczas dyskusji wypłynął też temat przekształceń według planu B. Na liście szpitali zgłoszonych do przekształceń przez samorząd wojewódzki jest Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Chełmie. - Realizujemy program naprawczy, który pozwoli nam przejść w spółkę. Żeby tak się stało, konieczna będzie m.in. zgoda na restrukturyzację zatrudnienia.To, czy dojdzie do przekształcenia, zależy przede wszystkim od decyzji zarządu województwa - ocenił Mariusz Kowalczuk, dyrektor chełmskiego szpitala.

Większość dyrektorów podkreślała, że jest zwolennikiem spółek, jednak obecny kryzys w finansach publicznych nie sprzyja przekształceniom szpitali w tym kierunku. Krzysztof Tuczapski, prezes jedynego jak dotąd w regionie szpitala prowadzonego w oparciu o formułę spółki samorządowej, podkreślił, że daje ona lecznicy nieco większe możliwości przetrwania kryzysu niż jest to możliwe w ramach SPZOZ-u. Zwrócił m.in. uwagę na zmianę sposobu myślenia personelu szpitala o swoim zakładzie pracy: - Załoga wie, że drugiej szansy nie dostanie, bo w razie katastrofalnej sytuacji finansowej jedynym rozwiązaniem będzie po prostu upadek i likwidacja szpitala - mówił prezes Tuczapski.

Dostęp do świadczeń

W sesji poświęconej m.in. dostępności świadczeń w wybranych dziedzinach medycyny w woj. lubelskim Marian Przylepa, dyrektor SP Szpitala Klinicznego nr 4 w Lublinie, stwierdził: - Ogromny niepokój musi budzić fakt, iż za sprawą niewystarczającego finansowania ze strony NFZ nasz szpital już dzisiaj nie wykorzystuje ok. 30% swojego potencjału. Na wszczepienie endoprotezy pacjenci muszą czekać 5-7 lat. Jeśli więc w przyszłym roku warunki kontraktów z Funduszem będą gorsze niż obecne, czeka nas prawdziwy dramat - ostrzegał dyrektor Marian Przylepa.

Jego zdaniem, trudno się dziwić, że w badaniach opinii społecznej aż 65 % Polaków uznało, że w naszych szpitalach pacjenci są źle traktowani.

Z kolei dyrektor Andrzej Mielcarek zauważył z sarkazmem, iż w czasach PRL staliśmy w kolejce za wszystkim, a teraz tylko za zdrowiem: - Naszemu szpitalowi płatnik zaproponował kontrakt na 2010 r. niższy od ubiegłorocznego o 15%. Aby uniknąć nadwykonań, musiał-bym zredukować świadczenia o 15%. Łatwo wyliczyć, że kolejka do leczenia wydłużyłaby się w naszym szpitalu o 27% - szacował Andrzej Mielcarek.

Także o 15% niższy kontrakt grozi Szpitalowi SPZOZ w Kraśniku. Jego dyrektor, Piotr Krawiec, mówił o trzech sposobach wyrównania deficytu w placówce: - Musiałbym zamknąć niektóre oddziały - np. ginekologię i położnictwo - albo obniżyć wynagrodzenia, albo zredukować zatrudnienie. Nie wyobrażam sobie jednak wprowadzenia w życie jakiejkolwiek z tych metod - przyznał dyrektor Krawiec.

Zdaniem Dariusza Hankiewicza, już od dłuższego czasu narodowy płatnik i świadczeniodawcy "grają ze sobą w kotka i myszkę": - Tyle że w tej grze nie uczestniczy pacjent, który nie ma żadnego wpływu na to, co się dzieje ze szpitalami - stwierdził dyrektor Hankiewicz i dodał, że podobnie jak np. obrona narodowa, również opieka zdrowotna powinna być przez polityków "w y łączona" z finansowych skutków kryzysu gospodarczego.

Pacjent powinien znać koszty leczenia

W opinii Jacka Grabskiego, członka zarządu niepublicznego ZOZ-u Lekarze Specjaliści Sp. z o.o., tzw. nadwykonania to nic innego, jak "źle zaplanowany budżet centralny". - Nie może być tak, iż w jednym województwie wykonania świadczeń wynoszą 100%, a w innym np. 115%. Podobnie jak migracje pacjentów między regionami Polski, także nadwykonania powinny być rozliczane w skali całego kraju - mówił Jacek Grabski.

Uważa on, iż system dodatkowych ubezpieczeń w wersji, nad którą pracuje rząd, nie ma większych szans na wdrożenie: - Ludzie, którzy mają pieniądze, przyjdą bezpośrednio do placówki, a nie do pośrednika. Poza tym większości Polaków nie stać na wykupienie komercyjnych polis zdrowotnych - uważa Jacek Grabski.

Jego zdaniem, algorytm podziału środków na leczenie w poszczególnych województwach czy wspomniane ubezpieczenia dodatkowe to "tematy zastępcze". - Przede wszystkim musimy edukować społeczeństwo, aby pacjenci poznali rzeczywiste koszty leczenia - mówił Grabski. - Kiedy byłem w Hiszpanii, otrzymałem szczegółowy rachunek za leczenie - co do drugiego miejsca po przecinku...

Józef Stępień, ekspert medyczny, ubolewał m.in. nad tym, iż NFZ nie opracowuje wskaźników dostępności poszczególnych świadczeń. Wskazał też, że do najbardziej niedoszacowanych dziedzin "powiatowego lecznictwa szpitalnego" należą: interna, chirurgia oraz ginekologia: - SOR-y oraz izby przyjęć to nie są już miejsca leczenia, ale swoistej segregacji pacjentów - stwierdził Józef Stępień.

Ze specjalistami z zakresów onkologii i reumatologii rozmawialiśmy w tym panelu także m.in. o dostępie do programów terapeutycznych w Lubelskiem. Piszemy o tym na str. 54.

Jak inwestować z głową

Podczas dyskusji dotyczącej inwestowania w modernizację obiektów szpitalnych i ich wyposażenie powrócił temat kolejnego odsunięcia w czasie terminu wejścia w życie wymagań fachowych i sanitarnych dla szpitali - tym razem aż do roku 2022. Jak podkreślali dyrektorzy, niemożliwe jest inwestowanie bez angażowania środków własnych, ale - ich zdaniem - mimo finansowych kłopotów, nie można tego zaniechać, gdyż pacjenci wybierają placówki, w których warunki leczenia są jak najlepsze.

- Choć Fundusz nie płaci szpitalom za nadwykonania i brakuje nam pieniędzy, a termin wprowadzenia w życie wymagań się oddala, nie można rezygnować z planów inwestycyjnych. Aspirując o środki unijne, warto nawet zaangażować specjalistów i zapłacić im za profesjonalne przygotowanie wniosków aplikacyjnych - mówił Marian Przylepa, dyrektor Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 4 w Lublinie, w którym w 2010 roku rusza budowa nowego, dużego bloku operacyjnego.

A koszty poniesione

Jak tłumaczył prezes Krzysztof Tuczapski, w pewnym sensie przesunięcie w czasie terminu wejścia w życie przepisów dotyczących kryteriów fachowych i sanitarnych jest o tyle dobre, że pozwala szpitalom część środków przeznaczyć na inne cele, jak np. sprzętowe dostosowanie lecznic do standardów NFZ.

Z drugiej strony kolejne oddalenie terminu obowiązywania wymagań fachowych i sanitarnych stawia w niekorzystnej sytuacji te jednostki, które już poniosły koszty, decydując się spełnić wszystkie obostrzenia zawarte rozporządzeniu z 2006 roku. Teraz, pomimo zainwestowania w budowy i modernizacje, ich pozycja negocjacyjna podczas kontraktowania jest taka sama jak innych placówek.

Dyrektor Szpitala Specjalistycznego w Lubartowie Waldemar Dudziak powiedział, że określenie warunków w rozporządzeniu, nawet tych złagodzonych, pozwala na dokładne ustalenie w placówkach, jakie są ich realne potrzeby inwestycyjne w najbliższych latach. - Jest to dokument, który mimo wszystko narzuca na szpitale pewne obowiązki i nakazuje z pełną powagą podejść do tych wymagań - mówił dyrektor Dudziak, dodając, że w wielu przypadkach inwestowanie w szpitalną infrastrukturę nie byłoby możliwe bez udziału własnego, który znajdują w swoich budżetach powiat i gminy.

Kiedy brakuje środków

Podczas konferencji mówiono też m.in. o nowoczesnych systemach informatycznych obniżających koszty funkcjonowania placówek. Takie możliwości daje telemedycyna. Adam Rozwadowski, prezes Centrum Medycznego Enel-Med, podał przykład rozwiązań systemu teleradiologii, który umożliwia opisywanie zdjęć na odległość.

Centrum właśnie zainwestowało w Lublinie 7 mln zł, otwierając w Instytucie Medycyny Wsi pracownię wyposażoną w rezonans półtorateslowy i szesnastorzędowy tomograf. To rozwiązanie dla tych szpitali, które nie mają środków na otwarcie własnych pracowni, natomiast wydzierżawiając pomieszczenia pod taką pracownię, mogą korzystać z diagnostyki obrazowej na preferencyjnych warunkach.

Jak zaznaczył prezes Enel-Medu, brakuje specjalistów radiologów. Telemedycyna pozwala na pokonanie tej niedogodności i przesłanie zdjęć do wskazanego dyżurującego radiologa. - Poza tym szpital korzystający z takiego systemu płaci nie za etat radiologa, a jedynie za opisanie badania - mówił Adam Rozwadowski.

Jak wynika z danych przekazanych podczas konferencji, dostęp do badań diagnostyki obrazowej w woj. lubelskim jest wyraźnie niższy niż np. w mazowieckim. W 2008 r. NFZ zakontraktował na Lubelszczyźnie 62 badania rezonansem magnetycznym w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców, dla porównania - na Mazowszu 100 badań. W tomografii komputerowej tak samo liczone dane podają odpowiednio: 130 i 170 badań.

Informatyczny pilotaż

Prof. Piotr Książek, kierownik Katedry i Zakładu Zdrowia Publicznego z Pracownią Oceny Technologii Medycznych, Audytu, Badań Klinicznych i Sieciowych Systemów Informatycznych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, wskazał na możliwości, jakie daje inwestowanie w tworzenie sieci komputerowych. Aktualnie w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 1 w Lublinie uczelnia testuje pilotażowy program firmy UHC pozwalający na analizę stosowanych procedur i odpowiadającej im ordynacji leków, co daje podstawy do jej racjonalizowania. Programem mają być objęte kolejne kliniki.

W 2010 roku ma rozpocząć się realizacja programu pilotażowego opracowanego wspólnie z Telekomunikacją Polską SA, który zakłada instalowanie na wsiach tzw. kardiofonów dających możliwość stawiania na odległość wstępnej diagnozy u pacjentów zgłaszających dolegliwości w układzie krążenia.

Jak przypomniał prof. Piotr Książek, na UM w Lublinie powstał pierwszy klaster medyczny w Polsce. - Próbowaliśmy z tym klastrem pracy w dziedzinie diagnostyki laboratoryjnej - mówił profesor. Jak dodał, tworzone systemy informatyczne pozwalają na przegląd danych pacjenta i ułatwienie współpracy między lekarzem rodzinnym, specjalistyką ambulatoryjną i szpitalami. Współpraca w ramach klastra jest uregulowana w przepisach ustawy z 2006 roku i rozporządzeniu o wspólnej przedsiębiorczości, z których wynika, że uczestnikiem takiego projektu - pozwalającego podnieść efektywność zarządzania - może być zarówno podmiot publiczny, jak i niepubliczny.

Pytaj wszystkich

W trakcie dyskusji powrócił też wywołany podczas wcześniejszych naszych konferencji regionalnych temat zakupów i serwisowania sprzętu medycznego.

- Bardzo istotne jest, aby nim dojdzie do zakupu, jak najszersze grono ludzi, nie tylko lek arze, brało udział w sprecyzowaniu oczekiwań wobec sprzętu. Dzięki takiej konsultacji w naszym szpitalu zwrócono na przykład uwagę na to, że istotny jest ciężar aparatu rentgenowskiego z ramieniem C, który ma być przemieszczany między oddziałami - tłumaczył Wojciech Wąsik, z-ca dyrektora ds. administracyjno-technicznych w Szpitalu Wojewódzkim w Tarnobrzegu. Jego zdaniem, należy też dokładnie analizować opcje sprzętu, bo niektóre z nich w warunkach konkretnej placówki mogą się okazać nieprzydatne. Tymczasem koszty opcjonalnych głowic, końcówek itp. to często zbędny wydatek sięgający kilkudziesięciu, a nawet kilkuset tysięcy złotych.

W szpitalu w Tarnobrzegu zakupy sprzętu poprzedza dokładna analiza liczby wykonywanych badań. Okazało się, że część urządzeń diagnostycznych, np. USG, może być wykorzystywana przez kilka oddziałów. Szpital, nim zapadnie decyzja o zakupach, testuje jednocześnie kilka modeli sprzętu. Nie wystarczy sama demonstracja działania, najlepiej wypożyczyć kilka podobnych urządzeń. Często opinia o sprzęcie zmienia się po przetestowaniu go.

Jak serwis ze szpitalem

Zdaniem dyrektora Wojciecha Wąsik a, wiele do życzenia pozostawia niekiedy serwis aparatury: - Wprowadziłem zasadę, że części wymontowywane przez serwisanta pozostają w szpitalu. Wolimy ponieść koszt utylizacji we własnym zakresie niż zgadzać się na niepotrzebną, naszym zdaniem, czy nawet fikcyjną w niektórych przypadkach wymianę elementów.

Dyrektor jako kuriozalny wręcz przy-kład braku profesjonalizmu zewnętrznego serwisanta podawał problemy związane z naprawą aparatu rentgenowskiego, w którym firma wymieniła części za 20 tys. zł. - Gdy aparat dalej nie działał, poinformowano nas pisemnie, że serwis firmowy nie podejmuje się dalszych napraw, bo chodzi o stary model, do którego już nie ma części. Nasz własny serwisant dokładnie przyjrzał się aparatowi, umieścił we właściwych miejscach dwie wtyczki, dokupił zwornik za 100 zł i aparat, co do którego przekonywano nas, że jest nie do użytku, działa dalej - opisywał sytuację Wojciech Wąsik.

Jak dodali dyrektorzy szpitali, dla dobrej współpracy z firmą sprzedającą aparaturę medyczną ważne jest sprecyzowanie zasad. - Jestem zwolennikiem, aby w dokumentach dotyczących przetargów zakupowych zapisywać jednocześnie warunek o wieloletniej obsłudze serwisowej - przekonywał Marian Przylepa, tłumacząc, że taki zapis jest o tyle ważny, że części w sprzęcie medycznym mają określoną żywotność, czasami zaskakująco krótką i do niej dostosowane są warunki serwisowe proponowane przez firmy.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum