Plan B, czyli bojaźń

Autor: Andrzej Bęben • • 05 lutego 2010 13:47

Byliśmy w Tarnowskich Górach, aby przekonać się, jak w tym mieście postrzegany jest rządowy program "Ratujemy polskie szpitale"

Terapia miała być prosta i skuteczna. Władza skonstruowała ustawę zakładającą obligatoryjne przekształcenie SPZOZ-ów w spółki prawa handlowego. Sejm ją nawet przyjął, ale, na nieszczęście dla zwolenników takiego rozwiązania (a na szczęście dla nieprzekonanych do tegoż), prezydent Rzeczypospolitej zawetował ową ustawę. Rządzącym nie udało się stworzyć w parlamencie większości zdolnej odrzucić prezydenckie weto. I w ten sposób wspomniana obligatoryjność przeszła do historii. Tak zrodził się program "Ratujemy polskie szpitale", zwany potocznie planem B.

Przypomnijmy, z grubsza rzecz biorąc, na czym on się zasadza. Zacytujmy w całości informację z 29 kwietnia 2009 r., to jest z dnia, w którym ów program wszedł w życie: "Samorządy, które zdecydują się na przekształcenie szpitali w spółki prawa handlowego, mogą ubiegać się o pomoc finansową z budżetu państwa. Rusza rządowy program "Ratujemy polskie szpitale", który ma obowiązywać w latach 2009-2011.

Program ma zachęcać samorządy do powołania spółek kapitałowych, w miejsce dotychczasowych Samodzielnych Publicznych Zespołów Opieki Zdrowotnej. Rząd przekonuje, że rezygnacja z dotychczasowej formy prawnej pozwoli samorządom na lepsze zarządzanie szpitalami oraz poprawi ich organizację i finansowanie.

Pomoc otrzymają samorządy, które przygotują i przyjmą plan restrukturyzacji, powołają spółkę kapitałową, przedstawią biznesplan oraz propozycję spłaty zobowiązań. Samorządy muszą także uzyskać pozytywne oceny Narodowego Funduszu Zdrowia i Banku Gospodarstwa Krajowego oraz akceptację wojewody. Przekazanie pieniędzy na restrukturyzację odbywać się będzie na podstawie umów zawartych między rządem a samorządem terytorialnym".

Rzeczywistość pokazała, że przez kilka miesięcy samorządy nie paliły się do korzystania z dobrodziejstw tego alternatywnego rozwiązania. Fala wniosków ruszyła, w liczbie ponad 20, dopiero w grudniu 2009 r. (piszemy o tym na str. 24-25). Jeśli lokalni włodarze przestali się obawiać nowego, to czy taki optymizm podzielają zatrudnieni w placówkach mających w niedalekiej przyszłości działać w oparciu o kodeks handlowy?

Wtorek, 5 stycznia 2010 r.

Tegoż dnia otrzymałem, z biura prasowego Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność, e-maila następującej treści: "Likwidacja od 30 do 50 procent łóżek na poszczególnych oddziałach, likwidacja części poradni i zwolnienia personelu. Takie, zdaniem związkowców z zakładowej Solidarności, mogą być skutki przekształcenia Wielospecjalistycznego Szpitala Powiatowego im B. Hagera w Tarnowskich Górach w spółkę prawa handlowego.

Od poniedziałku w szpitalu trwa referendum, zorganizowane przez zakładową Solidarność. Pracownicy odpowiadają na pytanie, czy są za, czy przeciw przekształceniu szpitala w spółkę prawa handlowego. Głosowanie zakończy się 8 stycznia.

- Trzymamy za słowo panią minister zdrowia, która obiecała, że jeśli pracownicy jakiegoś szpitala sprzeciwią się w referendum przekształceniom, to ona dokładnie przyjrzy się takiemu przypadkowi i jeśli zajdzie konieczność, będzie interweniować - podkreśla Jacek Szarek, przewodniczący MKZ Solidarności.

- Mamy świadomość, że zadłużony na 15 mln szpital wymaga restrukturyzacji, ale wszystkie działania z tym związane muszą się odbywać w porozumieniu ze stroną społeczną. Tymczasem władze powiatu nie poinformowały nas o zawiązaniu spółki prawa handlowego i wyborze jej prezesa oraz zarządu. Ani też o tym, że w porządku jednego ze styczniowych posiedzeń rady powiatu zaplanowane zostało głosowanie nad uchwałą o likwidacji SPZOZ-u.

Tarnogórski szpital wielospecjalistyczny zatrudnia 645 pracowników i jest jedyną taką placówką w powiecie. Szarek podkreśla, że likwidacja poradni i planowane zmniejszenie liczby łóżek, szczególnie na oddziałach ginekologicznym, pediatrycznym i internistycznym, oznaczałyby zwolnienia nawet 30 procent załogi. A mieszkańcy powiatu tarnogórskiego, aby skorzystać ze specjalistycznych porad lekarskich i leczenia szpitalnego, będą zmuszeni jeździć do Bytomia, Chorzowa, Gliwic czy Zabrza".

Czwartek, 7 stycznia 2010 r.

Dobrze byłoby pojechać do Tarnowskich Gór 8 stycznia, by na własne oczy zobaczyć to referendum, dowiedzieć się, czy do urny pcha ludzi strach przed przyszłością, czy też nadzieja na lepsze jutro... Dzwonię do sekretariatu szpitala, by umówić się na rozmowę również z jej dyrektorką - dr Barbarą Wawrzeńczyk-Anders.

Słowa z panią dyrektor zamienić się jednak tego dnia nie udało, gdyż kierująca SPZOZ-em, a za kilka miesięcy mająca prezesować szpitalnej spółce, jest zajęta i nie ma czasu na nieplanowane rozmowy. Dowiaduję się, że jutro też nie porozmawiam z dyrektorką, gdyż udaje się w delegację do Warszawy.

Piątek, 8 stycznia 2010 r.

W południe jestem przed zasypanym śniegiem szpitalem. Budowla z epoki Gierka. Pięć pięter i - jak podają na stronie internetowej - "3 oddziały szpitalne o łącznej liczbie łóżek 467 i 19 w przyszpitalnych poradniach specjalistycznych, które ulokowane są zarówno przy ulicy Pyskowickiej 47-51, jak również przy ulicy Opolskiej 21".

Dodajmy, że obiekt przy tej ostatniej ulicy do lipca 2004 r. egzystował pod nazwą: Szpital Powiatowy nr 1, a ten 5-piętrowy był Wielospecjalistycznym Szpitalem Rejonowym, ale jak się jedno z drugim połączyło, to zaistniał ten, który latem ma stać się spółką akcyjną.

Właśnie swój pogląd na to, czy tak ma być, wyrażają pracownicy WSP. W jednej z izb na parterze związki zawodowe urządziły lokal referendalny. Przy wejściu wielka urna oklejona paskami z pieczątkami; w narodowych barwach z lekko pożółkłą bielą. Na wprost wejścia, parę metrów w głębi - stół przykryty zielonym suknem. Na nim lista obecności i kartki do głosowania. Na karcie: "Czy jesteś za likwidacją SPZOZ WSP im. B. Hagera w Tarnowskich Górach i za utworzeniem NZOZ WSP spółka akcyjna". I trzy kwadraciki, a nad każdym: "Tak", "Nie", "Nie wiem". Za stołem aktyw związkowo-pracowniczy czuwający nad sprawnym przebiegiem głosowania.

Joanna Haba, pielęgniarka z 30-letnim stażem, przewodnicząca zakładowej struktury Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych; około 160 członków w WSP:

- Panie redaktorze, jakbyśmy się nie bali tej przyszłości, to byśmy nie organizowali tego referendum. A obawy ma nie tylko Solidarność, ale podzielają je także lekarze, pielęgniarki i OPZZ. Czy będzie pakiet socjalny? Czy i jakie będą gwarancje zatrudnienia? Jakże ma wyglądać ta wizja przyszłości, bo do tej pory nikt nam takiej nie przedstawił. Owszem, słyszy się, że ma być lepiej, ogólnikowo mówi się, że zostaną zwolnieni "wybrani pracownicy", że taką listę tworzy dyrekcja... Ale na podstawie jakich kryteriów, to już m y, tak pracownicy, jak i strona społeczna, nie wiemy. Więc co mi tu pan mówi, że nie powinniśmy się bać przyszłości? Pan by się nie bał na naszym miejscu? Pan sobie tu troszkę popatrzy, to zobaczy, że to, co mówię, to nie jest tylko mój punkt widzenia!

Głosują i anonimowo opowiadają

Kilka minut po dwunastej. Z listy wynika, że dotychczas swój pogląd na sprawę wyraziło 450 osób. Końcówka referendum. Do pokoju wchodzą dwie kobiety. Na oko: jedna to lekarka, druga pielęgniarka.

- Czego się panie boicie?

- Nie, dziękujemy, wywiadów nie udzielamy! - bronią się chórem.

- To mogę cyknąć zdjęcie, jak głosujecie? Bez twarzy - asekuruję się na wszelki wypadek.

- Co pan? Pan chyba żartuje. Nie, nie chcemy!

Za kilka minut wchodzi następna osoba. To samo pytanie, ta sama odpowiedź. Ostatecznie jednak pielęgniarka z 25-letnim stażem i uposażeniem na rękę, wg 8-godzinnego dnia pracy, w wysokości ok. 1,3 tysiąca złotych, przyznaje - prosząc o zachowanie anonimowości:

- Przyszłość w przekształconym szpitalu to kontraktowe zatrudnienie uzależnione od liczby wykonanych zabiegów. Mam za mało danych, by wiedzieć, czy będę zarabiać tyle, co teraz, czy mniej. A poza tym nie ukrywam, że nie mam pewności, czy zostanę zatrudniona. Nie mam studiów. rzyjdzie ktoś po licencjacie, a wtedy moje doświadczenie nie będzie się liczyło, bo nie będę miała papierka i usłyszę: pani dziękujemy!

Wchodzi głosować lekarz i również woli pozostać anonimowym bohaterem tego tekstu:

- Jeśli plan zakłada likwidację przychodni specjalistycznych, to trudno, bym zakładał, że będę w tej spółce pracował.

Jacek Szarek uzupełnia:

- Rada powiatu miała zadecydować o przekształceniu w spółkę akcyjną w styczniu. Słyszymy, że decyzja zapadnie w lutym. To radni też się czegoś obawiają? Wiadomo, że 1 kwietnia ma się rozpocząć likwidacja istniejącego podmiotu, a nowy, czyli spółka akcyjna - ze 100-procentowym udziałem dotychczasowego właściciela - ma zacząć działać 1 lipca...

- I po roku okaże się, że ogłosi upadłość - wtrąca lekarz, który już jest pewien, że musi sobie szukać posady w innej placówce.

- Żeby po roku... Już z końcem grudnia okaże się, że spółka splajtowała - prorokuje Szarek.

Bożena Grzanka, położna z 24-let-nim stażem i zarazem przewodnicząca szpitalnej rady pracowniczej:

- Obecna pani dyrektor będzie prezesem tej spółki. Z tego, co wiemy, będzie miała roczną umowę o pracę. Pracownicy boją się o swoją przyszłość, bo zbyt wiele się przed nimi ukrywa, nie wyjaśnia. I co z tego, że jestem przewodniczącą rady, że powinnam mieć oficjalną wiedzę o tym, co się z tym szpitalem będzie działo? Gdybym się wczoraj nie wprosiła na spotkanie rady społecznej szpitala, to nikt by mnie na nie nie zaprosił, a powinien. Ludzie, proszę pana, boją się generalnie każdych zmian. Boją się ich jeszcze bardziej, gdy nie gra się z nimi otwartymi kartami!

Poniedziałek, 11 stycznia 2010 r.

Nietrudno było przewidzieć, jaki rezultat przyniesie referendum.

Głosowało w nim 467 (z 645) zatrudnionych.

Głosów nieważnych: 1 Przeciwko przekształceniu: 465 Za przekształceniem: 1 Bez zdania: nie było takich osób. Starostwo Powiatowe ustami rzeczniczki Katarzyny Majsterek przyznało: - Nie spodziewaliśmy się innych wyników referendum, ale postawieni jesteśmy pod ścianą. Szpital ma ogromne zadłużenie, musi zostać zmodernizowany. Trzeba w nim wybudować blok operacyjny, którego koszt przewidywany jest na około 20 mln złotych. Samorządu na takie inwestycje nie stać, podobnie jak na powiększanie zadłużenia szpitala.

Czy będzie stać na to spółkę, których akcji - na razie przynajmniej - nie zamierza nabywać tzw. strategiczny inwestor?

Wtorek, 12 stycznia 2010 r.

Wysłałem do minister Ewy Kopacz, za pośrednictwem rzecznika Ministerstwa Zdrowia, e-maila z pytaniem: "Czy, a jeśli tak, to czego bym się obawiała, gdybym była pracownikiem szpitala przekształcanego ze SPZOZ-u w NZOZ - spółkę prawa handlowego?".

Czwartek, 14 stycznia 2010 r.

Starostwo Powiatowe w Tarnowskich Górach, godz. 15.00. Około setki ludzi w sali konferencyjnej. Za stołem, przykrytym zielonym płótnem, władze powiatu i dyrektorka szpitala.

Związkowcy z Solidarności napięli mięśnie, bo przecież boją się tego, co chce uczynić organ założycielski szpitala i w komunikacie prasowym wydanym w przeddzień spotkania po raz kolejny oświadczyli: "Jesteśmy zdeterminowani, by bronić szpitala w obecnej formie".

Wyszło na to, że swej siły pewny nie jest również starosta Józef Korpak i w obawie przed tym, by związkowcy z ochrony zdrowia nie przyszli na spotkanie z liczną reprezentacją, na przykład, górników, za-apelował w specjalnym piśmie: "Uprzejmie proszę o zachowanie ogólnoprzyjętych nor m kultury osobistej, jak również oczekuję merytorycznej dyskusji w przedmiocie prowadzonego procesu restrukturyzacji szpitala oraz jego przyszłości".

Spotkanie trwało dwie godziny. Nie ma miejsca na przytaczanie nawet skrótów stenogramu. Zatem podsumuję tak: ci za stołem bali się tych, co siedzieli przed nim i odwrotnie.

Starosta stwierdziwszy, że plan restrukturyzacji został już przegłosowany przez radnych, jasno dał do zrozumienia, że szpital będzie, czy to się komuś podoba, czy nie, spółką akcyjną.

- To przekształcenie jest potrzebne, by dostosować jednostkę do wymogów stawianych przez Ministerstwo Zdrowia, a na to potrzeba 30 milionów, z czego budowa nowego bloku operacyjnego pochłonie ok. 20 milionów - wyjaśniał starosta. - Następnie musimy ograniczyć zadłużanie się szpitala. Teraz 400 wierzycieli czeka na ok. 15 milionów. Przekształcenie poprawi również zarządzanie, spółka będzie startowała z zerowym kontem zadłużenia. Dzięki temu, że będzie to NZOZ, to będzie można świadczyć usługi płatne lub częściowo płatne. Chcemy również skorzystać z planu B, chodzi o 3 miliony i dlatego tak spieszymy się z przekształceniem, bo plan obowiązuje do 2011 roku.

Grad pytań

Krótka inwokacja starosty, burza w sali konferencyjnej. Jak to, prezesem spółki będzie obecna dyrektorka? I co, zarządzanie ma się poprawić? Przecież teraz szpital po jej kierownictwem przynosi straty? Że to nie jej wina, lecz systemu? To co, jak zaistnieje NZOZ, to będzie funkcjonował w innym systemie? A co z ludźmi, co z oddziałami i przychodniami, które nie będą przynajmniej bilansowały się na zero? Przecież to spółka prawa handlowego i jak będzie na minusie, to splajtuje! - grzmieli ci siedzący przed stołem.

- Ograniczenie liczby łóżek znajduje się w programie dostosowawczym szpitala niezależnie od tego, czy stanie się spółką czy nie - wyjaśniła dyrektor Barbara Wawrzeńczyk -Anders. - Mamy w sumie 465 łóżek, natomiast wykorzystanie za 2009 rok wynosi 62 procenty. Zgodnie z wymaganiami Ministerstwa Zdrowia wykorzystanie to powinno być na poziomie 75 procent. Ograniczenie liczby łóżek nie oznacza redukcji personelu. Pielęgniarki na tych samych warunkach płacowych znajdą zatrudnienie na innych oddziałach.

- Mnie niepokoi to, iż spółka będzie w 100 procentach własnością obecnego organu, zatem jak zamierza pozyskać dopływ nowego kapitału? Skąd weźmie te 30 milionów? - zapytał pacjent Mi-rosław Sobczak.

Starosta wyjaśnił: - Spółka zostanie dokapitalizowana minimum 3 milionami, bo wiadomo, że z kapitałem w wysokości 100 tys. złotych niewiele można zdziałać. Powiat wniesie aportem grunty i nieruchomości, pod które będzie chciał wyemitować obligacje albo wziąć kredyt hipoteczny. Oczywiście aktualne zadłużenie spłaci. Ludzie nie muszą się martwić, bo dostępność usług będzie na co najmniej dotychczasowym poziomie. A co się tyczy redukcji zatrudnienia, to związki zawodowe sieją ferment, bo do spółki przejdą wszyscy obecnie zatrudnieni minus 5% załogi, czyli trzydzieści parę osób. To będą emeryci, ludzie zatrudnieni na umowy czasowe itp.

Starosta Korpak, na dowód tego, że mówi prawdę, zaproponował zakład związkowcowi Szarkowi...

- Panie przewodniczący, jeśli stanie się tak, jak ja mówię, to pan poda się do dymisji - rzekł starosta, wyszedł do związkowca, wyciągnął ku niemu rękę, ale... zakład nie został przyjęty.

Co innego, znacznie ważniejszego, zostało przez obie strony zaakceptowane podczas tego spotkania. Starosta zobowiązał się rozmawiać o gwarancjach zatrudnienia.

- Proponuję spotkać się 27 stycznia. Podpiszemy odpowiednie porozumienie - rzekł starosta.

- I panu wydaje się, że takie rozmowy można przeprowadzić w jeden dzień? - zdziwił się przewodniczący Szarek.

27 stycznia 2010 r.

Tego dnia tzw. strona społeczna rozmawia z władzami powiatu i dyrekcją szpitala o gwarancjach zatrudnienia. Dyrekcja nadal uważa, że redukcja zatrudnienia będzie minimalna, w co załoga i związki zawodowe nie wierzą.

Jeśli 80% nakładów na funkcjonowanie systemu idzie na płace, jasne jest, że na redukcji tej części wydatków można zaoszczędzić najwięcej.

W 2005 r. w WSP koszt wynagrodzeń wyniósł 16,2 mln zł. Po strajku OZZL w 2007 r. na płace wydawano już 21 milionów. W 2008 r. - 27, a w minionym jeszcze o pół miliona zł więcej. Czy szpital-spółka, jeśli zmniejszy zatrudnienie o 32 etaty, będzie miał przed sobą gwarancję istnienia, a pracownicy pewność zatrudnienia?

Rozmowy zaczęły się o trzynastej. Trwały mniej niż pół godziny. Odbyły się w duchu wzajemnego zrozumienia i zakończyły wymianą dokumentów. Związkowcy przekazali staroście swój punkt widzenia sformułowany na papierze, a tenże sprezentował im stanowisko powiatu. Ustalono, że kolejne spotkanie, na którym ma być podjęta dyskusja o gwarancjach zatrudnienia, będzie 9 lutego.

W tym czasie starosta będzie kontynuował odwiedziny w gminach powiatu i przekonywał tamtejsze władze i społeczności do słuszności powiatowej koncepcji przekształcenia szpitala. Jak wieść niesie, niełatwo mu to idzie, gdyż gminni radni, czując na plecach jesienny wiatr wyborów, są bardzo powściągliwi w wyrażaniu aprobaty dla planów starostwa.

Również związki zawodowe nie zamierzają klaskać i taka Solidarność nie ukrywa, że prędzej niż później ogłosi pogotowie strajkowe.

Lutowa sesja, podczas której radni powiatowi mają ostatecznie zaakceptować przekształcenie SPZOZ-u w NZOZ, też jakoby ma być przesunięta w czasie, na początek marca.

Jak widać, obawy mieszają się z odwagą. Bo z jednej strony odważnie jest iść pod prąd, ale trochę strach, co z tego może wyniknąć...

Minister nie czuje strachu?

Naszkicowałem obrazek z jednego szpitala, który będzie wkrótce spółką. Podobne obawy, nadzieje i wątpliwości rodzą się wszędzie tam, gdzie ze starego przechodzi się w nowe. Czy to ostatnie sprawdzi się w praktyce, czy poprawi diametralnie funkcjonowanie systemu? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Jeszcze jedno - w kilka dni po pytaniu skierowanym, za pośrednictwem rzecznika resortu zdrowia, do Ewy Kopacz otrzymałem odpowiedź:

"Wszelkie procesy zmierzające do zmiany stanu prawnego funkcjonujących jednostek, w tym "przekształcenie" samodzielnego publicznego zakładu opieki zdrowotnej w samorządową spółkę kapitałową prowadzącą niepubliczny zakład opieki zdrowotnej, mogą budzić niepokój wśród pracowników, szczególnie w sprawach dotyczących gwarancji zatrudnienia w przekształconych jednostkach. Program nie rozstrzyga kwestii dotyczącej sytuacji pracowników "przekształcanego" zakładu.

Jednocześnie na podstawie ogólnych przepisów, a przede wszystkim art. 231 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. Kodeks pracy (Dz. U. z 1998 r. nr 21, poz. 94, z późn. zm.) możliwe jest rozwiązanie, zgodnie z którym, stosunki pracy z pracownikami zatrudnionymi w zakładzie (likwidowanym samodzielnym publicznym zakładzie opieki zdrowotnej) w chwili przejęcia zakładu przez innego praco-dawcę (spółkę prowadzącą niepubliczny zakład opieki zdrowotnej) trwają nadal z tą różnicą, że w miejsce dotychczasowego pracodawcy wstępuje jako strona nowy podmiot posiadający zdolność zatrudniania pracowników. Likwidacja pracodawcy nie jest bowiem zdarzeniem powodującym wygaśnięcie umowy o pracę.

Nowy pracodawca nabywa na zasadzie następstwa prawnego wszelkie prawa wynikające z nawiązanych stosunków pracy z poprzednim pracodawcą oraz przechodzą nań wszystkie obowiązki, jakie ciążyły na poprzednim pracodawcy wobec pracowników przejętego zakładu. Pracownicy tego zakładu zachowują prawa przysługujące im przed przejściem tego zakładu na nowego pracodawcę i wiążą ich te same obowiązki, jakie byli obowiązani wykonywać wobec poprzedniego pracodawcy".

Czyżby pani minister nie miała jakichkolwiek obaw związanych z realizacją planu B?

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum