Panujemy nad tą chorobą?

Autor: Katarzyna Lisowska • • 01 sierpnia 2011 12:26

W poznańskim Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem na oddziale zakaźnym przebywało pod koniec czerwca br. 19 dzieci zarażonych prątkiem gruźlicy. Wydawało się, że z tą chorobą dawno już się uporaliśmy. Tymczasem specjaliści ostrzegają: rozwój oporności bakterii wpływa na gwałtowny wzrost wskaźników zachorowań na gruźlicę.

Dzieci przebywające na obserwacji w poznańskim szpitalu uczęszczały do przedszkola, w którym gruźlicę wykryto u jednej z nauczycielek. Dzieci zostały zarażone prątkiem gruźlicy. Lekarze musieli rozpocząć chemioprofilaktykę, która ma zapobiec dalszym etapom choroby.

- To incydent, który w żaden sposób nie świadczy o jakimś wyjątkowym wzroście zachorowalności na gruźlicę w regionie - zapewnia nas prof. Iwona Mozer-Lisewska z Kliniki Chorób Zakaźnych w Poznaniu, wojewódzki konsultant w dziedzinie chorób zakaźnych.

Jak podkreśla profesor, Wielkopolska ma najniższy w kraju wskaźnik zachorowalności na gruźlicę, a takie przypadki podejrzenia choroby u większej grupy są rzadkością.

U dzieci rozpoznać najtrudniej

Według badań WHO, nosicielem prątka gruźlicy jest co trzeci człowiek, jednak na szczęście tylko u 5% z nich w ciągu pięciu lat choroba się rozwija. Dzieci stanowią od 10 do 15% wszystkich chorych na gruźlicę na świecie. Problem ten jest jednak bagatelizowany, m.in. dlatego, że u najmłodszych schorzenie to trudniej diagnozować.

- Rozpoznawanie i leczenie gruźlicy u najmłodszych jest trudne, bo choroba zajmuje u nich zwykle inne narządy niż płuca i nie stwierdza się obecności prątków w plwocinie - wyjaśnia nam prof. Zofia Zwolska z Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie.

Dodaje: - Prątki często rozsiewają się w ich organizmie przez krew, co prowadzi do pozapłucnych postaci schorzenia, jak np. gruźlicze zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Jeśli nie wykryje się ich szybko i nie zacznie leczyć, grożą śmiercią.

Jak podkreśla profesor Zwolska, dziś wydaje się, że problem gruźlicy już nie jest tak dotkliwy jak jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Pełne zaufanie do leków rekomendowanych przeciw gruźlicy wpłynęło na przeświadczenie, że jesteśmy całkowicie przygotowani na eliminację ewentualnego ogniska chorobowego, a gruźlica będzie odchodziła w zapomnienie. W rzeczywistości tak nie jest.

- To przeświadczenie doprowadziło do ograniczenia nadzoru nad tą chorobą i dziś za to zaczynamy płacić - podkreśla prof. Zwolska.

Niepełne statystyki

Liczba zachorowań na gruźlicę co prawda w ciągu ostatnich lat zmalała, ale rośnie liczba przypadków gruźlicy lekoopornej, z którą trudno walczyć. Tymczasem w ciągu ostatnich lat zamknięto ośrodki zajmujące się leczeniem chorych na gruźlicę w wielu regionach.

Zdaniem specjalistów, zachorowań jest dużo więcej niż wskazują statystyki.

Badania diagnostyczne są drogie, więc nie wszyscy pracodawcy zlecają badania okresowe. Część chorych nie podejmuje leczenia, bo wstydzi się przyznać do tej choroby. W efekcie maleje wykrywalność gruźlicy, a zachorowalność spada tylko teoretycznie.

- Nadzór nad chorobami zakaźnymi i śledzenie procesu narastania oporności mikroorganizmów odgrywa dziś bardzo ważną rolę. Szczególnie istotne jest to w przypadku gruźlicy, która rozprzestrzenia się trudną do ograniczenia drogą kropelkową. W kraju jednak mamy obecnie poważny problem z diagnostyką, a to wpływa na możliwości walki z tą chorobą - przyznaje prof. Zofia Zwolska.

Praktycznie jedyną możliwością przerwania łańcucha transmisji jest wczesne wykrycie choroby i jej prawidłowe leczenie. Z tym jednak mamy wciąż duże problemy. - Przeważnie chory zostaje zdiagnozowany już w zaawansowanym stadium choroby, co niekiedy następuje po kilku miesiącach od zakażenia, niekiedy po kilku latach. W tym czasie chory zaraża prątkami gruźlicy kolejne osoby - podkreśla nasza rozmówczyni.

- Największym problemem w zwalczaniu choroby są też gruźlicy wypisujący się ze szpitala na własne życzenie lub nie stosujący się do zaleceń leczenia farmakologicznego. To właśnie u takich osób często dochodzi do uruchomienia mechanizmów lekoopornych.

Najczęściej nosicielami szczepów lekoopornych są bezdomni, więźniowie, emigranci, rodziny o niskim statusie finansowym. To grupy, które mają ograniczony dostęp do świadczeń zdrowotnych.

Szybciej z diagnostyką

Zdaniem prof. Zwolskiej, korzyści z prowadzonych badań epidemiologicznych nad częstością występowania lekoopornych form bakterii są wielorakie. Badania takie mogą być wskaźnikiem efektywności narodowych programów zwalczania gruźlicy, wskazując okręgi lub centra, które wymagają wsparcia finansowego i fachowego oraz określają czynniki ryzyka związane z występowaniem form lekoopornych. Badania te są również wskazówką do poszukiwań nowych leków przeciwprątkowych.

Na fakt, że gruźlica w kraju znów zaczyna być poważnym problemem, wpływa dodatkowo problem kulejącej diagnostyki.

- Ja wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego w ośrodku wojewódzkim badania diagnostyczne w przypadku gruźlicy trwają nawet do pół roku, podczas gdy zgodnie z zaleceniami WHO podstawowa diagnostyka powinna trwać około dwóch dni, a szczegółowa - do trzech tygodni - komentuje paradoksy prof. Zofia Zwolska.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum