Opowieść sercem pisana

Autor: Piotr Wróbel • • 29 sierpnia 2008 13:36

Mój ojciec byłby przeszczęśliwy, widząc mnie przy stole operacyjnym, kiedy wykonuję operacje na sercu, o jakich on mógł tylko marzyć - mówi docent Jacek Moll, szef Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej w Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Jest synem słynnego profesora Jana Molla, który w 1969 roku po raz pierwszy w Polsce dokonał przeszczepu serca.

Żona, docent Jadwiga Moll, kieruje kliniką dziecięcej kardiologii w tym samym szpitalu, piętro wyżej. Syn państwa Mollów, Maciej, sześć lat temu też skończył studia medyczne. Pod okiem ojca poznaje tajniki kardiochirurgii: - Marzę, żeby być tak dobry jak on - wyznaje...

Trzy pokolenia kardiochirurgów

Opowieść o familii Mollów, to pasjonująca rodzinna saga pisana mądrymi wyborami życiowymi i fascynacją medycyną. Już trzecie pokolenie kardiochirurgów noszących to samo nazwisko przywraca miarowe bicie polskim schorowanym sercom.
Docent Jadwiga Moll zawsze podziwiała teścia. Jan Moll był dla niej człowiekiem renesansu. Bardzo wymagającym, ostrym i zdecydowanym w kontaktach profesorem, a jednocześnie humanistą. Znał łacinę, grekę, był znawcą literatury, sztuki.
- Teraz już takich profesorów nie ma. On miał szerokie wykształcenie ogólne, my się troszkę zawężamy z racji ogromu wiedzy specjalistycznej, jaką musimy poznać - mówi pani docent. - Choć koncentrował się na sercu, był bardzo dobry również w innych dziedzinach chirurgii.

Był naszym mistrzem

W gabinecie docenta Jacka Molla jest galeria zdjęć. Z jednego z nich surowym wzrokiem patrzy profesor. Nim odszedł w 1990 roku, swoją wiedzę i zapał przekazał młodszym następcom. Był dla nich mistrzem.
- Miałem to szczęście, że zawsze mogłem zapytać ojca o radę. On był pionierem, nie zawsze rozumianym. Operacji na sercu uczył się od zera, w klinice w Minneapolis w USA. Tam po raz pierwszy na świecie chirurdzy zaczęli wykonywać takie operacje - wspomina docent Jacek Moll.
Pamięta piękne chwile triumfów ojca, ale i czas pracy okupionej ogromnym stresem. Profesor Jan Moll był pierwszym polskim kardiochirurgiem, który zdecydował się ratować pacjenta przeszczepiając mu serce. Pacjent zmarł. Profesor Moll już nigdy nie podjął ponownej próby.
- Spotkał się z ogromną krytyką, niezrozumieniem. Jeszcze wtedy przeszczep serca, pobranie tego narządu od dawcy, miało w sobie coś z zakazanego misterium. Gdyby ten pacjent przeżył i żył kilka lat, to może odbiór społeczny tej operacji byłby inny - zastanawia się Jacek Moll. - Mam statystkę pierwszych 100 operowanych pacjentów na świecie. Mój ojciec jest jednym z kardiochirurgów, który się znalazł się w grupie pierwszych 100 wykonujących przeszczep. Niestety śmiertelność była ogromna. Pacjent prof. Chrystiana Bernarda też zmarł, tylko przeżył nieco dłużej. Bernard kontynuował kolejne operacje. Ojciec zrezygnował z przeszczepów. Prowadził dalej swoją działalność wykonując wiele nowych operacji, m.in. wieńcowych.

Medycyna z marszu

Jacek Moll, dzisiaj jeden z najbardziej cenionych polskich kardiochirurgów dziecięcych wcale nie chciał być lekarzem. Ma dyplom inżyniera. W młodości pasjonowały go motocykle i mechanika. Pragnął konstruować rotacyjne silniki spalinowe, które miały zrewolucjonizować motoryzację, budował nawet ich modele.
- Dlatego podjąłem studia na wydziale mechanicznym Politechniki Łódzkiej - wspomina tamte lata. - Po ich ukończeniu zorientowałem się jednak, że nie zrealizuję swoich marzeń. Kształcono nas dla wielkiego przemysłu, opartego wtedy głównie o licencje, a ja tam nie widziałem miejsca dla siebie jako konstruktora.
Z marszu rozpoczął studia medyczne. Nie ukrywa, że na jego wybór ogromny wpływ wywarła atmosfera rodzinnego domu. Tam praca zawodowa profesora zawsze przeplatała się z życiem rodzinnym. Mały Jacek często zaglądał do prowadzonej przez ojca kliniki. Do 14 roku życia mieszkał na terenie szpitala w Poznaniu. Widział pacjentów ojca, obserwował jego pracę i podziwiał.

Student asystował

- Ojca pasjonowały m.in. prace doświadczalne nad konstrukcją urządzeń do krążenia pozaustrojowego. Zabierał mnie z sobą do szpitala. Widziałem jak pracowały te urządzenia mechaniczno-elektryczne i elektroniczne, mające zastępować pracę serca podczas operacji. Wtedy nawet nikt nie myślał o sztucznym sercu - wspomina docent Moll.
Ale pod koniec lat 70. kiedy, kończył studia politechniczne, marzenia o skonstruowaniu sztucznego sercu nie były już tylko fantazją.
- A może będę inżynierem pracującym dla medycyny? - pytał wtedy sam siebie.
Pojechał z ojcem na zjazd kardiochirurgiczny do Norwegii. Z zainteresowaniem słuchał wykładów, chłonął wiedzę. Już po pierwszym roku studiów medycznych, dzięki ojcu brał udział w operacjach. Przebywał razem z nim w ośrodkach zagranicznych, przyglądał się, jak operują zachodni kardiochirurdzy.
- Nawet asystowałem - zdradza. - Ojciec puścił mnie na szerokie wody przekonując kolegów chirurgów, że mam zręczne ręce i właściwie, to już skończyłem studia, co prawda politechniczne... - uśmiecha się docent. - Praktycznie asystowałem do operacji jako lekarz, będąc studentem II roku medycyny. To na pewno przyspieszyło moją edukację lekarską.

Wszędzie dobrze...

Aby doskonalić swoje umiejętności w 1983 roku Jacek Moll wyjechał do Stanów. Był tam z niedużą przerwą do 1986 roku. Sprowadził rodzinę. Najpierw odbył stypendium, potem wykonywał prace doświadczalne. Nie zrezygnował z kardiochirurgii. Najdłużej pracował w szpitalu w Los Angeles.
Kiedy mimo propozycji dobrej pracy razem z żoną podjęli decyzję o powrocie do Polski znajomi pukali się w głowę.
- Nie chcieliśmy odrywać się od polskich korzeni - wspomina tamte trudne chwile docent Jadwiga Moll. - Mieliśmy bardzo serdeczne, mocne więzy z rodzicami. Pozostanie w USA oznaczałoby, że nie moglibyśmy wrócić do Polski.
Jacek Moll, po powrocie do kraju, z otwartymi rękami został przyjęty przez Zbigniewa Religę do kliniki w Zabrzu. Brał udział w doświadczeniach, operował pacjentów, wszczepiał sztuczne serca zwierzętom. Wiedział, że wraz z kolegami uczestniczy w czymś bardzo ważnym. Profesor Zbigniew Religa zaraził ich swoim entuzjazmem. Planowe operacje w nocy były normą: - Chwilę się przespałem i operowaliśmy znowu.

Łagodny i uparty

W Łodzi, gdzie docent Jacek Moll szefuje Dziecięcej Klinice Kardiologii, najważniejsze operacje planowe odbywają się zwykle do popołudnia. Pani docent, która dobrze pamięta, jak żelazną ręką teść rządził kliniką mówi: - Mąż jest łagodniejszy. Wydaje mi się, że wymagania ma wysokie przede wszystkim wobec siebie. Szczerze mówiąc ja mu zrzucam, że jest zbyt łagodny dla swoich asystentów, dla syna również.
Poza tym dla niej mąż jest perfekcjonistą, spokojnym, opanowanym i upartym człowiekiem: - Jak ma być coś zrobione, to musi być zrobione idealnie.
W domu państwa Mollów medycyna też jest obecna na co dzień. - Czy wy nawet przy obiedzie musicie też rozmawiać o operacjach? - karcą ich własne dzieci.
Mieszkają na wsi, pod Łodzią. Tam Jacek Moll wybudował rodzinne gniazdo. Dom stał się jego hobby. - Budowałem go przez 10 lat i nadal coś przy nim dłubię - mówi z dumą. Wykorzystał swoją wiedzę inżynierską. - Zadowolony jestem z tego, że ten
dom udało się zbudować według mojej koncepcji. Wszystko sam wymyśliłem. Oczywiście architekt potem ten projekt według moich wskazówek narysował. Znam też wszystkie błędy, jakie zrobiłem i do nich wszystkich się przyznaję. Jednak zastosowałem tam pewne oryginalne rozwiązania, chociażby konstrukcję dachu.
- Kiedy znajomi architekci wchodzili do domu pierwszy raz, to się aż cofali. "Przecież spadnie śnieg i dach nie wytrzyma" - przepowiadali. Nic takiego nie nastąpiło.

Ręka nie może zadrżeć

Docent Jacek Moll wyznaje, że nigdy nie przyzwyczaił się do widoku umierającego dziecka: - Najgorsze jest to, że umrze nam dzieciak, a my następnego dnia musimy operować kolejnego i ręka nie może zadrżeć. Największych wzruszeń dostarczają rodzice właśnie tych maluchów, które odeszły. Wiedzą, że chirurdzy zrobili wszystko co w ich mocy. Piszą na święta kartki z wiadomością, że mają teraz drugie zdrowe dziecko.
- Są i tacy rodzice, którzy mają żal do lekarzy i całego świata. Ja się im nie dziwię. Czasami i mnie ogarnia totalna bezsilność i rezygnacja, chęć rzucenia tego wszystkiego w diabły - dodaje Jacek Moll.
Wie jednak, że tego nie zrobi.
Pani Jadwiga poznała Jacka Molla na studiach. Ona była wtedy studentką medycyny, on jeszcze na politechnice.
- Doktorem to ja jestem starszym od ciebie o sześć lat - żartuje czasami z męża, przypominając mu czas jego pasji silnikami i "spóźnione" studia medyczne. W pracy wspierają się wzajemnie. - To ogromna satysfakcja dla żony, kiedy ja jej powiem, że pacjent był bardzo dobrze zdiagnozowany, że wszystko się zgadzało przy operacji - mówi Jacek Moll.
Docent Jadwiga Moll karierę naukową połączyła z wychowaniem czwórki dzieci - syna i trzech córek. Najmłodsza, 17-letnia Agnieszka jest licealistką. Zamierza studiować medycynę. Marysia w tym roku skończyła anglistykę. Uczy w szkole. Anna mieszka w USA. Skończyła studia biznesowe na stanowym uniwersytecie w Phoenix.

Posłuchał mamy

Maciej jest lekarzem. Pracuje u ojca w klinice kardiochirurgii. Też ciągnęło go w stronę politechniki. "Maciek skończ medycynę, jak ci się to już naprawdę nie będzie podobało, to sobie pójdziesz w kolejności odwrotnej niż ojciec" - prosiła mama. Posłuchał.
On również ma swojego mistrza, podobnie jak ojciec, który z całego serca życzy synowi, aby i on był kiedyś jednym z wybitnych polskich kardiologów dziecięcych.
- Będę się starał - zapewnia doktor Maciej - w końcu nazywam się Moll, muszę godnie reprezentować rodzinne nazwisko.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum