Piotr Wróbel/Rynek Zdrowia | 09-09-2020 15:55

Odmrożenie szpitali jednoimiennych nie będzie łatwe

Szpitale jednoimienne znalazły się w trudnej sytuacji finansowej i kadrowej;narasta niepewność wśród personelu medycznego co do przyszłości tych podmiotów - mówi dr n. o zdr. Jarosław Madowicz, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. medycznych w Megrez Sp. z o.o. – Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Tychach.

Jarosław Madowicz, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. medycznych Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego Megrez Sp. z o.o. w Tychach; FOT. PTWP

Rynek Zdrowia: – Czy szpitale jednoimienne utworzone po wybuchu pandemii COVID-19, takie jak na przykład Megrez Sp. z o.o. – Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Tychach, powinny zostać odmrożone?

Jarosław Madowicz: – Decyzja o tworzeniu szpitali jednoimiennych zapadła w marcu, kiedy obserwowaliśmy to, co działo się np. we Włoszech. Te kroki Ministerstwa Zdrowia były słuszne, to było rozwiązanie takie, jakie mogliśmy w tamtym czasie przyjąć. Natomiast niepokoi fakt, iż po wielu tygodniach, gdy zaobserwowaliśmy, że w Polsce ta epidemia nie rozwinęła się do takiego stopnia jak na zachodzie Europy, do dzisiaj nie ma decyzji, jak zweryfikować szpitalny system w związku z COVID-19.

Szpitale jednoimienne znalazły się w trudnej sytuacji finansowej i kadrowej, narasta niepewność wśród personelu medycznego. W oparciu o dotychczasowe doświadczenia z przebiegu pandemii można sądzić, że duże, wyodrębnione szpitale leczące wyłącznie pacjentów covidowych nie są nam teraz potrzebne.

Gdy rozmawiamy, w Megrez Sp. z o.o. – Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Tychach mamy 94 pacjentów, oczywiście tylko covidowych, bo innych jako szpital jednoimienny nie możemy przyjąć. Przed epidemią szpital leczył 180-200 pacjentów, takie były średnie dzienne stany obłożenia łóżek. Odeszli i za chwilę odejdą kolejni lekarze, specjaliści. Utrzymujemy w gotowości oddziały zabiegowe, w których miesięcznie wykonywanych jest 5-7 zabiegów. Wszystkich. To absurd. Poza tym zmieniono nam zasady finansowania. 

Złożyliśmy do NFZ wniosek o odmrożenie działalności. Decyzji ciągle jeszcze nie ma.

– Lekarze odeszli dlatego, że obawiali się COVID-19, czy dlatego, że uważali, iż za mało zarabiają? 

– Pierwszy powód dotyczył pojedynczych osób. Zarobki mają duże znaczenie, ale istotne jest i to, że nagle specjaliści, zabiegowcy de facto zostali pozbawieni możliwości pracy w wyuczonej specjalizacji.

Najpierw, w oparciu o rozporządzenie ministra zdrowia, pojawił się zakaz pracy personelu szpitali jednoimiennych i oddziałów zakaźnych w innym podmiocie. Zmiana przepisów, przywrócenie możliwości pracy w innym szpitalu, nie zda się nam na wiele, bo ci specjaliści, którzy odeszli, już nie wrócą.

Lekarze, którzy jeszcze pozostali, podkreślają, że przede wszystkim brakuje im codziennej pracy w specjalistyce, bo mamy zbyt mało chorych covidowych wymagających takich procedur np. z zakresu ginekologii, ortopedii, okulistyki czy chirurgii.

Zabiegowcy podejmują dyżury w innych podmiotach, żeby stanąć przy stole operacyjnym i zachować biegłość operatywy. I to jest drugi z zasadniczych powodów odchodzenia lekarzy ze szpitala. Mamy świadomość, że lekarz, który nie operuje, miesiącami traci nabytą sprawność. Po prostu staje przed sytuacją, że nie może wykonywać czynności, które od lat były dla niego codziennymi procedurami, a ich dalsze realizowanie jest warunkim utrzymania dotychczasowego poziomu umiejętności.

Dzisiaj personel medyczny oczekuje raczej konkretnych decyzji dotyczących przyszłości szpitala. Muszę oddać szacunek tym specjalistom, którzy jeszcze zostali. Stanęli na wysokości zadania i czy to jest chirurg, czy ortopeda, neurolog (trudno wymienić wszystkie specjalizacje), lekarze są przy tych pacjentach. Przestawili na inne tory swoje życie zawodowe. Taka sytuacja również dotyczy pozostałego personelu medycznego, w tym w szczególności pielęgniarek i położnych, ratowników medycznych, fizjoterapeutów itd.

Zabiegowcy jednak jasno się wyrazili, że jeżeli do końca tego miesiąca nie będzie decyzji co do odmrożenia, to będą składać wypowiedzenia. Wszyscy jednoznacznie powiedzieli, że nie zostaną w tym szpitalu. Przykładem takiego rozwoju zdarzeń są ginekolodzy – właściwie wszyscy odeszli od nas. Mamy dzisiaj oddział ginekologiczny zawieszony, o II stopniu referencyjności.

– Wspomniał pan, że szpitalowi zmieniono zasady finansowania. Przecież Fundusz płaci szpitalowi ekstra za gotowość, jest też specjalny ryczałt covidowy... 

– Na początku epidemii minister zdrowia ogłosił oficjalnie, że szpitale jednoimienne będą bardzo dobrze finansowane, że oprócz tego ryczałtu, który już otrzymywaliśmy, dostaniemy finansowanie covidowe. I tak było rzeczywiście w końcówce marca i w kwietniu. I my w ślad za tym podnieśliśmy personelowi wynagrodzenia. Płacimy od kilkunastu do kilkudziesięciu procent więcej w niektórych dyscyplinach za godzinę pracy. Uważaliśmy, że podwyżki były potrzebne ze względu na zachowanie konkurencyjności wynagrodzeń, jak i ze względu na to, że pacjent covidowy jest pacjentem trudniejszym.

W maju jednak NFZ zmienił zasady finansowania. Fundusz wycofał cały podstawowy ryczałt szpitalny płacony jeszcze w końcówce marca i w kwietniu. Dzisiaj płaci za gotowość, czyli za łóżko oczekujące na pacjenta covidowego – 100 zł, 200 zł za łóżko z respiratorem. Do tego dochodzi ryczałt covidowy.

Teraz Fundusz płaci nam mniej więcej równowartość tego ryczałtu, który wykonywaliśmy wcześniej, ale obiecywano nam przecież, że zostanie utrzymana podstawowa część ryczałtu. Zabrano nam ją i została tylko część ryczałtowa – covidowa. Zasada jest taka, że te środki mają zrekompensować wysokość ryczałtu sprzed epidemii koronawirusa. Dobrze, mamy finansowanie na leczenie, i nie o tym mówimy, ale o tym, że nie mamy już finansowania na dodatkowe wynagrodzenie dla pracowników, które daliśmy.

– A jak będzie wyglądać sytuacja szpitala po ewentualnym odmrożeniu, gdy założymy, że nie ma ryczałtu covidowego, nie ma ryczałtu za łóżka w gotowości, a Fundusz przywraca poprzedni ryczałt i poleca realizować kontrakt? 

– Nie jesteśmy w stanie zrealizować całości kontraktu, bo już nie mamy go kim w pełni zrealizować. I właśnie to wyższe finansowanie jest nam potrzebne, żeby zapewnić szpitalowi „poduszkę finansową” na rozruch. Zakładaliśmy, że będziemy w stanie zacząć  funkcjonować  z pewnym lepszym wynagrodzeniem, bo będziemy musieli coś zaproponować personelowi, żeby do nas wrócił, albo żeby była możliwość zatrudnienia nowego.

Niestety, mamy dzisiaj taką sytuację, że my wciąż nie wiemy, co dalej. Pozyskanie personelu wiąże się z tym, że osoba tu przychodząca chce mieć pewność, że będzie już tu pracowała na stałe w swojej specjalizacji, a szpital nie zostanie ponownie przekształcony w jednoimienny. Czy tak się nie stanie? Dopóki nam ktoś na to pytanie nie odpowie, to my personelu nie pozyskamy. Wstępne informacje płynące z ministerstwa o tym, że chorych z covidem mają leczyć wszystkie szpitale – wojewódzkie i powiatowe – to za mało.

– Jak formalnie dzisiaj wygląda możliwość odmrożenia działalności szpitala w Tychach? Z kraju jednak płyną komunikaty, że szpitale przygotowywane są do odmrożenia. 

– Tak, o odmrożeniu co prawda rozmawiamy, ale my mamy dzisiaj taką sytuację, że wiążące decyzje nie są podejmowane. Śląski NFZ odpowiada, że nie może podjąć decyzji bez centrali, centrala odpowiada, by sprawę odmrożenia załatwiać regionalnie. Myśmy deklarowali, że chcemy się odmrozić przynajmniej w części zabiegowej od 1 września; już wiadomo, że nie jesteśmy w stanie. Kolejna nasza deklaracja ze względu na poślizg decyzyjny – to od 15 września. Za chwilę i od 15 września nie będzie to możliwe, bo to nie jest takie łatwe.

Szacuję, że aby uruchomić szpital do poziomu poprzedniej działalności, będziemy potrzebowali 2 lata, głównie na odbudowanie kadry. Spodziewamy się, że pacjenci bedą mieli obawy przed położeniem się w szpitalu, w którym byli leczeni wyłącznie chorzy z COVID-19. Jako Zarząd Szpitala zapewniamy oczywiście, że po uzyskaniu zgody na prowadzenie poprzedniej działalności szpital będzie bezpieczny.