Nie bójmy się mówić o przeszczepach

Autor: Piotr Wróbel • • 15 maja 2008 17:29

Rozmowa z prof. Wojciechem Rowińskim, konsultantem krajowym w dziedzinie transplantologii

- Panie profesorze, środowisko lekarskie jest przekonane, że wypowiedzi polityków po zatrzymaniu doktora G. i wywołany nimi medialny szum zaszkodziły idei przeszczepów narządów.

- Zaszkodziły i to bardzo, bo w ubiegłym roku wykonano o 45% przeszczepień mniej niż w 2006 roku. Początkowo sądziłem, że po chwilowym załamaniu wywołanym zarzutami, jakie prokuratura wytoczyła wobec doktora G., liczba pobrań wzrośnie. Jednak potem dla opinii publicznej szokiem okazały się doniesienia, jakoby w jednej z białostockich klinik mogło dochodzić do celowego usypiania pacjentów barbituranami w celu pobrania organów. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek w życiu usłyszę tego typu nonsensy. Lekarzom niczego nie muszę tłumaczyć, ale statystyczny Kowalski poczuł się mocno zaniepokojony.

- Chce pan powiedzieć, że część Polaków uwierzyła, iż lekarze mogą uśmiercać pacjentów?

- W kwietniu minionego roku, w badaniu opinii publicznej zleconym Demoskopowi przez Polską Unię Medycyny Transplantacyjnej, aż 2/3 ankietowanych osób dopuszczało myśl o możliwych nadużyciach związanych z celowym usypianiem pacjentów po ciężkim urazie głowy w celu zwiększenia liczby dawców. Blisko 1/3 ankietowanych uważała, że o wyborze biorcy przez lekarzy decydują także inne czynniki niż pozamedyczne. Tymczasem transplantologia jest bodaj najczystszą etycznie dziedziną medycyny. Skoro są lęki w społeczeństwie, pojawia się i niepokój, czasami agresja ze strony rodzin potencjalnych dawców, a wraz z nią i brak zaangażowania ze strony lekarzy. Bojąc się pomówień nie identyfikują dawców tak często, jak jeszcze rok temu.

- Ale nim jeszcze doszło do zamieszania wokół przeszczepów, na polskiej mapie pobrań narządów istniały białe plamy: Świętokrzyskie, Podkarpackie.

- Te białe plamy wynikają stąd, że do największej liczby pobrań dochodzi w tych województwach, w których istnieją ośrodki transplantacyjne. To stamtąd jeżdżą transplantolodzy i rozmawiają z lekarzami w okolicznych szpitalach. Zresztą aktywność lekarzy w zakresie identyfikacji dawców i orzekania o śmierci mózgowej to tylko jeden z czynników decydujących o skali pobrań. Skoro mowa o tej kwestii, to drogą do zwiększenia przeszczepów jest wprowadzenie modelu hiszpańskiego, czyli zatrudnienie koordynatorów ds. donacji narządów w każdym szpitalu, w którym umierają potencjalni dawcy. U nas jest ich bardzo niewielu, a szpitali, w których powinni być, mamy w Polsce około 350.
Z inicjatywy Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej, Akademia Medyczna w Warszawie otworzyła zaoczne studia dla koordynatorów. Zamiarem byłoby wyszkolenie 300-400 osób - lekarzy i pielęgniarek, którzy zechcieliby wziąć na siebie obowiązki związane z identyfikowaniem dawców. Są potrzebni, ponieważ cała procedura pobrań jest bardzo czasochłonna i skomplikowana. Te osoby za swoją dodatkową pracę powinny otrzymywać dodatkowe wynagrodzenie, sądzę, że z budżetu Ministerstwa Zdrowia.

- Panie profesorze, ale czy nie uważa pan, że zaangażowanie w proces donacji, a więc i na przykład umiejętność rozmowy z rodziną dawcy, jest już dzisiaj elementem kompetencji zawodowych w niektórych dziedzinach medycyny?

- Powtarzam: to tylko jeden z czynników decydujących o liczbie pobrań narządów, ale na pewno ważny. W Polsce zgoda rodziny na pobranie narządów nie jest konieczna, jednak zawsze rozmawiamy z najbliższymi, zawiadamiając o zamiarze pobrania i pytając, czy znają wolę zmarłego. Rozmowa z rodziną potencjalnego dawcy jest bardzo trudnym zadaniem, przed jakim stają lekarze. W województwie zachodniopomorskim, gdzie dochodzi do największej liczby pobrań w Polsce, w ośmiu na dziesięć przypadków uzyskiwano akceptację rodziny. Są województwa, gdzie te relacje bywają odwrotne. Ale efekt takich rozmów zależy i od tego, co ludzie wiedzą i myślą na temat przeszczepów. Proszę pamiętać, że są dwa województwa w Polsce, w których kilka lat temu dwie rady powiatu przeciwstawiły się pobieraniu organów od osób zmarłych w tamtejszych szpitalach powiatowych.

- Czyli jednak mamy do czynienia i z niechęcią wobec transplantacji jako metody leczenia?

- To nie jest niechęć wobec transplantacji. Jest strach, obawa, brak akceptacji. Te wszystkie lęki mają źródło w braku dostatecznej edukacji. O transplantacjach trzeba rozmawiać ze społeczeństwem stale, już w szkole. Reszta jest kwestią wyboru, ale niech on wynika z osobistych przemyśleń opartych na wiedzy o tym, o czym się mówi, a nie na emocjach. Bardzo źle, jeśli wybór bywa dyktowany - a tak, można przypuszczać, jest dzisiaj - obawami przed komercjalizacją procedur.

- W 2007 roku dzięki przeszczepom narządów ratowano w Polsce około 1000 osób. To bardzo drogie procedury. W jakim stopniu stać nas na ich finansowane?

- Nie stoimy przed barierą braku środków na procedury, tylko przed problemem braku narządów do przeszczepień. Co więcej, np. przeszczep nerki to dzisiaj już taka procedura, o której w wielu przypadkach można z całą pewnością powiedzieć, że jest lepszą alternatywą niż dializoterapia. Lepszą zarówno ze wskazań medycznych, jak i bardziej opłacalną ekonomicznie.

- Czy należy rozumieć, że przeszczep nerki jest dzisiaj tańszy niż dializowanie pacjenta?

- Jest dwa razy tańszy i pozwala zaoszczędzić pieniądze, nie mówiąc już o tym, że zapewnia pacjentowi większy komfort życia. Dializa jednego chorego oczekującego na przeszczep nerki kosztuje rocznie około 56 tys. zł, czyli dializowanie 1000 takich chorych to dla budżetu roczny wydatek 56 mln zł. Przez 5 lat - 280 mln zł. W przypadku przeszczepu pierwszy rok życia pacjenta kosztuje około 55 tysięcy złotych rocznie, a więc tyle samo, co dializoterpia, ale w następnych latach życia pacjenta te relacje zmieniają się na korzyść procedury przeszczepu. Drugi, trzeci, czwarty, piąty rok przeżycia chorego z przeszczepioną nerką uzyskujemy kosztem około 22 tys. zł rocznie. Tak więc 5 lat przeżycia takiego pacjenta to dla budżetu ochrony zdrowia koszt ok. 144 tys. zł, a 1000 pacjentów przez 5 lat - ok. 144 mln zł.

- Czyli przeszczepy nerek są procedurą bardziej uzasadnioną ekonomicznie i medycznie niż dializoterapia?

- W wielu przypadkach tak. Tymczasem mamy sytuację taką oto, że co roku liczba dializowanych wzrasta o około 1000 osób. Na dializach leczymy około 17 tysięcy pacjentów, a zgłoszonych jako oczekujących na przeszczep mamy 1300-1400. To skandalicznie mało, jeśli pamiętać o relacjach kosztów dializ do przeszczepów i ciągłym braku pieniędzy na ochronę zdrowia. Kiedy liczyłem relacje kosztów 2 lata temu, NFZ na dializy wydawał około 1 miliarda złotych mając budżet ok. 38 mld zł.

- Pacjentów z przeszczepioną nerką jest mało, ale dla tylu z nich można było znaleźć nerkę pobraną od zmarłego dawcy. Tak odpowie każdy lekarz nefrolog.

- Tak, ale żeby możliwe było identyfikowanie dawców i pobieranie organów od zmarłych potrzebna jest społeczna edukacja. Wspólnie ze wspaniałymi osobami, które działają ze mną w Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej, próbuję dotrzeć do polityków, Sejmu, rządu, spotykamy się z kapelanami szpitalnymi. Regionalne ośrodki transplantacyjne też prowadzą akcję edukacyjną, m.in. w szkołach. Wspaniałej rzeczy dokonali biskupi polscy wystosowując do wiernych czytany we wrześniu w kościołach list pasterski, w którym jednoznacznie poparli transplantacje narządów. Ale czasami idzie jak po grudzie. Nagraliśmy specjalnie przygotowaną audycję, siedem piętnastominutowych, mądrych wywiadów z lekarzami i pacjentami opowiadającymi o transplantacjach. Żadna stacja radiowa nie chce tego wziąć. Za długie...

- Panie profesorze, czy uważa pan, że uda się zwiększyć liczbę przeszczepów?

- Tak, ale zdecydowanie będzie to możliwe tylko wtedy, gdy zostanie przyjęty rządowy program transplantacji. Przemawia za nim opłacalność tej metody leczenia i postęp, jaki dzięki rozwijaniu transplantacji dokonuje się w medycynie.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum