Mniej bólu, mniej amputacji - możemy to osiągnąć

Autor: Wojciech Kuta • • 24 października 2016 11:05

Rozmowa z prof. ALEKSANDREM SIERONIEM, kierownikiem Katedry i Oddziału Klinicznego Chorób Wewnętrznych, Angiologii i Medycyny Fizykalnej w Bytomiu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, krajowym konsultantem w dziedzinie angiologii.

Mniej bólu, mniej amputacji - możemy to osiągnąć

Rynek Zdrowia: - Czy Polska nadal jest jedynym krajem Unii Europejskiej, w którym liczba amputacji wzrasta? Jakie są przyczyny tak dużej liczby amputacji w naszym kraju?

Prof. Aleksander Sieroń: - Osoba, której amputowano kończynę, staje się osobą niepełnosprawną. Przyczyną tego nieszczęścia są między innymi wypadki, ale, niestety, główne powody amputacji w Polsce to miażdżyca, stopa cukrzycowa oraz żylny zespół zakrzepowo-zatorowy.

Należy pamiętać, że u pacjentów z cukrzycą miażdżyca rozwija się nawet sześciokrotnie szybciej. Ponadto cukrzyca niszczy także nerwy, dlatego rozwijająca się w cukrzycy polineuropatia, powodująca zaburzenia czucia w kończynie, sprzyja powstawaniu zmian prowadzących do stopy cukrzycowej i następczo - do amputacji.

Liczba amputacji w Polsce jest nadal dramatycznie wysoka w porównaniu z innymi krajami, nawet skupiając się tylko na tzw. amputacjach dużych, a więc na poziomie podudzia czy uda. Niestety, ta liczba ciągle rośnie. Wśród osób po dużych amputacjach notujemy wysoki wskaźnik śmiertelności do roku po przeprowadzonym zabiegu, gdyż w większości przypadków prowadząca do nich miażdżyca jest chorobą uogólnioną.

Nie ukrywam, że ta dramatyczna sytuacja od wielu lat spędza sen z powiek mnie i moim zaangażowanym w angiologię kolegom. Jestem m.in. członkiem Zespołu Lekarzy Specjalistów Unii Europejskiej w Zakresie Chorób Naczyń. W ramach tego zespołu zorganizowaliśmy w Europie 12 edycji akcji "No more amputations". W Polsce udało się przeprowadzić już trzy edycje tej promującej profilaktykę antyamputacyjną akcji, a niebawem przeprowadzona zostanie czwarta.

Stopa cukrzycowa i inne wymienione wcześniej choroby, skutkujące przewlekłymi ranami kończyn dolnych, obejmują w naszym kraju setki tysięcy osób, stanowiąc istotny medyczny problem organizacyjny i finansowy. Liczba ta - według ostrożnych szacunków - sięga ok. 3 milionów chorych w Europie, a wśród ludności naszego globu równie ostrożne szacunki mówią o 300 000 000, czyli słownie - o trzystu milionach osób!

- W Polsce średnio na 100 tys. mieszkańców przypada ponad 10 amputacji. Biorąc pod uwagę te same wskaźniki, np. w Danii są to dwie, a w Holandii jedna. Co należy zrobić, aby zmienić fatalne statystyki dotyczące amputacji w naszym kraju?

- Niestety, w Polsce cierpimy na brak angiologów, w tym szczególnie specjalistów mających podstawy internistyczne. Jest nawet kilka województw, w których nie ma ani jednego angiologa. Z drugiej strony mamy dużo znakomitych ośrodków chirurgii naczyniowej mających zabiegowy profil działania. Według ostatnich danych zarejestrowanych jest ponad 80 jednostek w tej dziedzinie.

Podkreślę, że z natury rzeczy, chirurdzy naczyniowi odpowiadają za leczenie interwencyjne. Natomiast terapię, przed oraz po operacji, powinien prowadzić angiolog, który ma także dobre przygotowanie internistyczne. To niezwykle ważne, gdyż mówimy m.in. o pacjentach z cukrzycą, uogólnioną miażdżycą czy zespołem zakrzepowo-zatorowym.

Angiolog stara się nie dopuścić do amputacji, jednak, jak wspomniałem, w razie braku innej formy terapii powinien odpowiadać za przygotowanie pacjenta do zabiegu, a następnie prowadzić dalsze leczenie pozabiegowe. Warto w tym kontekście wskazać na doświadczenia Niemiec.

Funkcjonują tam instytuty chorób naczyń, w których pracują lekarze trzech specjalności: angiolodzy (niezabiegowi), chirurdzy naczyniowi i radiolodzy interwencyjni. Okazało się, że taki zespół przysporzył sąsiadom nie tylko wiele milionów euro oszczędności dla systemu, ale przede wszystkim skrócił czas pobytu w szpitalu, zredukował chorobowość oraz istotnie zmniejszył śmiertelność.

Ten schemat sprawdził się znakomicie. Dlatego po pierwszych sukcesach modelowego instytutu w Dreźnie takie rozwiązanie jest powielane w innych niemieckich ośrodkach.

- Czy jesteśmy kadrowo przygotowani do wdrożenia tego rodzaju ośrodków?

- Niestety nie. Dlatego uważam, że nowy model kształcenia angiologów wymaga konsekwentnego egzekwowania modułowej edukacji, gwarantującej internistyczne przygotowanie - a więc najpierw trzy lata kształcenia z zakresu interny, a następnie dwa lata angiologii.

Wspólnie z doc. Agatą Stanek (wojewódzkim konsultantem w dziedzinie angiologii w woj. śląskim - przyp. red.) jesteśmy współautorami europejskich wytycznych w zakresie chorób naczyń, koncentrującymi się na nowoczesnym przygotowaniu "nieinwazyjnych" lekarzy angiologów. To, w mojej ocenie, jest właściwą drogą do zmniejszenia liczby amputacji, także w Polsce. Zaproszenie do tworzenia tych wytycznych było dla naszego kraju dużym wyróżnieniem.

- Podczas targów "Brussels Innova" spośród trzystu wynalazków z 20 krajów wyróżniono bytomską Oxybarię S, uznając ją za najlepszy europejski wynalazek 2014 roku, a rok później wicepremier Belgii wyróżnił Laserobarię S, która na Targach dostała Złoty Medal z Wyróżnieniem. Jest Pan autorem obu wynalazków. W jakim stopniu te rozwiązania pozwolą uniknąć amputacji pacjentom z przewlekłymi ranami nóg, stopą cukrzycową, miażdżycą czy żylnym zespołem zakrzepowo-zatorowym?

- Zredukowanie ryzyka amputacji jest możliwe między innym dzięki poprawie ukrwienia. Nie u wszystkich pacjentów taka poprawa jest możliwa, gdyż miażdżyca zwęża lub wręcz zamyka światło naczyń. Podobne zmiany, acz już nie miażdżycowe, dzieją się w obrębie żył w wielu schorzeniach flebologicznych, w tym zwłaszcza w zespole zakrzepowo-zatorowym. Dlatego zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób, w przypadku tych właśnie pacjentów, dodatkowo wtłoczyć tlen?

Hiperbaria, czyli podwyższone ciśnienie tlenu w otoczeniu, umożliwia zwiększenie o 20% implementacji tlenu do tkanki. Leczenie hiperbaryczne znane i stosowane jest od ponad stu lat. Z tej metody korzystają między innymi nurkowie celem uniknięcia choroby dekompresyjnej.

Komora hiperbaryczna jest jednak bardzo droga, kosztuje około 6 mln zł. Do tej pory przekazywałem moich pacjentów do terapii hiperbarycznej do Centrum Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, z którym łączy mnie znakomita współpraca.

Z czasem doszedłem jednak do wniosku, że można pomóc chorym dzięki urządzeniu, którego koszt nie przekroczy 100 tys. zł. Wymyśliłem więc Oxybarię S, czyli połączenie hiperbarii z ozonoterapią, a rok później stworzyłem Laserobarię S, za co między innymi otrzymałem Belgijski Krzyż Oficerski.

W Laserobarii S do rozwiązań "oxybarycznych" dołączyłem metody medycyny fizykalnej - zmienne pola magnetyczne, jonowy rezonans cyklotronowy oraz leczenie laseroterapią niskoenergetyczną, czyli ledoterapię.

Oxybaria S nadal pozostaje na etapie prototypu i jest wykorzystywana terapeutycznie na razie tylko w naszej klinice. Powodem są długotrwałe, a zarazem bardzo kosztowne, procedury certyfikacyjne. Natomiast Laserobaria S jest wdrażana do produkcji.

- Jaka jest skuteczność tych metod?

- Po 4-5 dniach stosowania Laserobarii S u prawie 80 % pacjentów następuje całkowita lub bardzo istotna redukcja bólu, który wcześniej utrudniał im życie czasem przez wiele lat. To swoisty bonus dla osób, u których zasadniczym leczeniem jest ratowanie kończyn. Z kolei dzięki Oxybarii S, około 30% pacjentów naszej kliniki wcześniej skazanych na amputację, uniknęło tej dramatycznej, okaleczającej operacji.

- Leczenie bólu jest dla Pana równie ważnym wyzwaniem jak zmniejszanie liczby amputacji?

- Zdecydowanie tak. Myślę, że podejście typu - "boli, to znaczy, że pacjent żyje" - jest nie tylko szkodliwe, ale dawno powinno przejść do złej historii medycyny. Zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia są zresztą w tej materii jednoznaczne - pacjenta nie powinno boleć!

Metody leczenia bólu nadal są głównie związane z farmakoterapią. Jednak wiele leków przeciwbólowych niesie ze sobą istotne skutki uboczne i wręcz niebezpieczeństwa, jak choćby zagrożenie uzależnieniem od pewnych środków, a przy niesteroidowych lekach przeciwzapalnych - ryzyko zwłaszcza niekorzystnych zmian w obrębie śluzówki żołądka.

W naszym bytomskim ośrodku stosujemy leczenie bólu metodami wspomnianej medycyny fizykalnej, która jest także w nazwie kliniki, którą kieruję. Nie ma wątpliwości, że zastosowanie zmiennych pól magnetycznych i laserów niskoenergetycznych powoduje u pacjentów redukcję bólu.

To naprawdę bardzo ważne, między innymi dla pacjentów z przewlekłymi chorobami zwyrodnieniowymi, gdzie nie ma jeszcze dobrego leczenia przyczynowego. Możemy jednak wpływać na skutek choroby, czyli, m.in., ból. Dzięki jego zredukowaniu te osoby mogą normalnie funkcjonować w społeczeństwie.

- Skończył Pan zarówno studia politechniczne, jak i medyczne, mając dziś specjalizacje z interny, angiologii, kardiologii, hipertensjologii, balneoklimatologii i medycyny fizykalnej. Jest Pan między innymi Prezydentem Europejskiej Platformy Medycyny Fotodynamicznej. Która z tych dziedzin jest Panu najbliższa?

- Trudne pytanie, bo każda z tych dziedzin jest ważna. Wiedza lekarza nawarstwia się latami, wraz z wykształceniem i nabywanym doświadczeniem. Kiedyś często popełniano błąd, zakładając, że pacjent składa się niejako z części do parcjalnego leczenia. Oczywiście tak nie jest!

Człowiek stanowi całość. Dlatego dzisiaj szeroko pojęta diagnostyka i terapia - a taką staramy się prowadzić w naszej bytomskiej Klinice Chorób Wewnętrznych, Angiologii i Medycyny Fizykalnej - opiera się na możliwie pełnym, internistycznym oraz interdyscyplinarnym spojrzeniu na pacjenta. Każdy z pracujących w Klinice asystentów, docentów, profesorów ma dodatkowe specjalizacje.

Takie szerokie podejście do pacjenta czasem pozwala nam dotrzeć do zaskakujących rozwiązań terapeutycznych i dochodzić do niespodziewanych wniosków diagnostycznych. Jesteśmy jedną z niewielu takich klinik o tak szerokim, interdyscypl inarnym charakterze, nie tylko w Polsce. Potwierdzają to liczne opinie odwiedzających nas zagranicznych gości.

Ubolewam, że w naszym kraju maleje liczba oddziałów internistycznych. To duży błąd. Uprawianie interny będącej królową nauk medycznych, wraz z dworzanami w postaci wielu innych, wywodzących się z interny specjalizacjami, może być większą szansą dla chorych. Jestem przekonany, że jest to model medycyny, do którego powinniśmy dążyć.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum