Ministerstwa Zdrowia nie ma za co chwalić

Autor: Wojciech Kuta • • 25 maja 2008 06:48

Rozmowa z posłanką Ewą Kopacz (Platforma Obywatelska), przewodniczącą Sejmowej Komisji Zdrowia

- Do swoich sukcesów w minionym roku minister zdrowia Zbigniew Religa zalicza m.in. ustawę o ratownictwie medycznym i projekt ustawy o sieci szpitali. Domyślam się, że opozycja nie podziela tego optymizmu szefa resortu.

- Tak, mam olbrzymie zastrzeżenia co do tego, że ustawę o ratownictwie obecna ekipa rządząca nazywa sukcesem.
Ustawa ta, głosami zaplecza politycznego pana ministra, spowodowała, że finansowanie realizacji jej zapisów, w wysokości 1,2 mld zł, zapewnione jest tylko w 2007 roku.
Problemy z utrzymaniem standardu tych świadczeń pojawią się zatem już w przyszłym roku. Jeśli więc nie jesteśmy w stanie zagwarantować odpowiednich nakładów pozwalających na funkcjonowanie tych standardów w przyszłości - nie na papierze, ale w rzeczywistości - to mamy do czynienia z propagandowym działaniem pod tytułem: "Oto wrażliwe państwo daje aż 1,2 mld zł na ratownictwo medyczne".
Szkoda tylko, że zaledwie przez jeden rok. A potem niech się o to martwią samorządy i dyrektorzy szpitali.

- Z drugiej strony o tej ustawie mówiło się od dawna. Wreszcie weszła w życie.
Źle się stało?

- Powiedzmy sobie szczerze, że o ratownictwie najgłośniej zrobiło się wtedy, kiedy kamery pokazywały czołowych polityków PiS podczas relacji z tragedii w katowickiej hali targowej.
Od tych wydarzeń minęło naprawdę sporo czasu, zanim ta ustawa wreszcie trafiła do Komisji Zdrowia. Opracowywana była bardzo szybko, trochę na takiej zasadzie, że trzeba ją wprowadzić, bo opozycja zauważała to propagandowe deklarowanie, iż właściwie to wszystko z ustawą jest już gotowe...
Teraz okazuje się, że nie wszystko z tym ratownictwem było gotowe. Największą wadą ustawy jest to, że zniknęły ambulatoria przy stacjach pogotowia. Rozumiem, że np. dla Warszawy czy innego dużego miasta nie ma to większego znaczenia.
Ale dla małego powiatowego miasteczka, oddalonego 70, a może i więcej kilometrów od szpitala, to już jest problem. Wcześniej owe miejscowości miały ambulatoria, w których byli chirurg i ortopeda. Teraz okazuje się, że w rejonie wielu miejsc, w których dochodzi do wypadków, np.
trasach szybkiego ruchu, tego chirurga i ortopedy nie będzie.

- Głównym celem tej ustawy jest jednak zagwarantowanie, by ludzie nie umierali między wypadkiem a dojazdem do szpitala.
I to zadanie ustawa spełnia - uważają jej twórcy.

- To wyobraźmy sobie sytuację, że ktoś w naszym przykładowym miasteczku w sobotę doznaje złamania nogi. Mamy wtedy dwa wyjścia: albo dyrektor ZOZ- u - pod opieką którego jest miejscowa stacja pogotowia - wiezie tego pacjenta zagipsować do szpitala na koszt tejże stacji, albo mówi: "Niestety, jestem bardziej ekonomistą niż lekarzem, więc będzie pan musiał z tą nogą poczekać do poniedziałku, bo dopiero od poniedziałku przyjmuje chirurg i ortopeda".
Życzę powodzenia wszystkim pacjentom, którzy znajdą się w tak bolesnej, dosłownie i w przenośni, sytuacji.

- Nie było możliwe dopracowanie przepisów o ratownictwie medycznym w komisji, której pracom Pani przewodniczy?

- Chciałabym przede wszystkim, aby ci, którzy pracowali nad tą ustawą, czyli wszyscy moi koledzy z Komisji Zdrowia, nie zachowywali się jak zakodowani politycznie. Powinni się kierować zdrowym rozsądkiem. Dobrze by też było, gdyby choć trochę wykorzystywali swoje doświadczenie medyczne zdobyte w terenie, kiedy jeszcze nie byli parlamentarzystami.
Jednak o głosowaniach zwykle nie decydują te właśnie zawodowe doświadczenia, ale dyscyplina partyjna i odgórny nakaz.
Wtedy nawet najrozsądniejsze głosy osób zaproszonych na komisję w charakterze gości zostają "uwalone" tylko dlatego, że optyka ludzi posiadających większość arytmetyczną jest zupełnie inna.

- Teraz pewnie rozprawi się Pani z projektem dotyczącym sieci szpitali. Dyskusja w tej sprawie rozgorzała na dobre. Minister zdrowia zachęca nawet do takiej burzy mózgów, zapewniając, że będzie brał pod uwagę różne uwagi i zastrzeżenia. To może Pani, konstruktywnie i bez partyjnej optyki, także wyrazi swoją opinię?

- Rozczaruję pana, bo ten projekt także uważam za klęskę. Ta sieć długo jeszcze nie wejdzie w życie, gdyż trzeba mieć mnóstwo determinacji i odwagi, aby istotnie przeprowadzić wiarygodny przegląd placówek oraz wyłonić szpitale, które faktycznie są potrzebne. Trzeba też zaryzykować poniesienie ogromnych strat politycznych związanych z decyzjami, m.in. o likwidacji szpitali powiatowych.
Przecież w obronie tych szpitali stawać będą całe powiaty i gminy! Chciałabym widzieć taką sytuację, kiedy pan minister Zbigniew Religa wyznacza do likwidacji takie szpitale - oczywiście wbrew protestom mieszkańców.

- Samorządy w tej sprawie niewiele będą miały do powiedzenia. Rola, jaką wyznaczyło im Ministerstwo Zdrowia, sprowadza się do zapewnienia finansowania całej restrukturyzacji. Jednak przy tej okazji minister zapomniał, że na razie ustawa o zakładach opieki zdrowotnej nie pozwala na to, by samorządy partycypowały w znacznym stopniu w jakichś szczególnych czynnościach dotyczących restrukturyzacji takiego zakładu. Owszem, samorząd może wymalować szpital, wyposażyć go, ale tak naprawdę inne formy finansowania ZOZ-ów przez samorządy nie wchodzą w grę.
Wracając do tego, kto w rzeczywistości będzie kwalifikował poszczególne szpitale do sieci, powiedzmy o 12-osobowych Radach Regionalnych - z których osiem osób reprezentuje stronę rządową, a czterech przedstawicieli ma samorząd.
Nietrudno wyliczyć, kto kogo przegłosuje...
Dlatego w istocie wspomniane "sieciowe" decyzje zapadną na poziomie ministerialnym.
Mało tego, owe Rady Regionalne mają wydawać opinie w kwestii restrukturyzacji szpitali, ale ostateczna decyzja i tak należy do ministra. Obawiam się tylko jednego - aczkolwiek broń Boże nie posądzam pana ministra o stronniczość - otóż może okazać się i tak, że szef resortu skorzysta ze swojego prawa, które daje mu wspomniane osiem głosów spośród dwunastu w Radzie Regionalnej i nagle jeden szpital będzie dla niego jakby bardziej bliski.

- Można w ogóle uniknąć takich domysłów podejmując decyzję o zamknięciu szpitala?

- Dlatego właśnie sądzę, że warto jeszcze pomyśleć o sprawiedliwym i uczciwym podziale głosów w Radach Regionalnych, aby uniknąć późniejszych komentarzy i domysłów, czy ktoś przypadkiem nie wykorzystał swojej mocniejszej pozycji albo nie scentralizował decyzji.
Na miejscu ministra oddałabym wszystkie tego rodzaju decyzje w ręce samorządów, które wprowadzając zmiany w organizacji szpitali nie umierałyby tak ze strachu, że w następnych wyborach przepadną. Żyliby sobie spokojnie w swoich powiatach, dzierżąc karteczki z hasłem: "Obroniłem nasz szpital" i wszyscy byliby szczęśliwi. Pan minister o tym zapomniał i wziął wszystko na siebie.
Teraz każe samorządom finansować i restrukturyzować zakłady, a decyzję dotyczącą przyszłości placówki będzie podejmował sam.
Stąd moje przypuszczenie, że tej sieci tak naprawdę nigdy nie będzie.

- Padają także opinie, że zapowiadany przez Ministerstwo Zdrowia pięcioletni okres tworzenia sieci nie jest przypadkowy i ma służyć rozmyciu całej sprawy.
Teoria spiskowa?

- Nie, to oczywiście nie jest żaden przypadek, że rząd mówi o budowaniu sieci przez pięć lat. Obecnej ekipie zostały jeszcze trzy lata rządzenia, więc prawdziwym egzekutorem miałaby być następna władza... Oczywiście minister Religa zakłada, że ten rząd utrzyma się przez następne 5-10 lat. Jestem jednak przekonana, że Opatrzność Boska czuwa nad naszym krajem i PiS za trzy lata nie będzie już rządził.

- Teraz to już wkracza Pani na teren czystej polityki, choć wcześniej sama krytykowała "zakodowanych politycznie" kolegów z Komisji Zdrowia.

- Ja biorę odpowiedzialność za to, co mówię. Chciałabym natomiast, aby piszący ustawę brali za nią pełną odpowiedzialność, a nie wyznaczali na przykład pięcio- czy siedmioletnią perspektywę realizacji jakichś celów.

- Dając rok na dyskusję o sieci, ministerstwo postępuje dość roztropnie. Może jest to jakiś sposób pozwalający ustrzec się przed uchwalaniem legislacyjnych potworków?

- Oczywiście, dyskutować trzeba.
Zresztą swobodne wyrażanie swoich poglądów, czyli wolność słowa, gwarantuje nam konstytucja. Tyle że my chcielibyśmy, oprócz udziału w dyskusji, mieć także możliwość współdecydowania o ważnych sprawach - np. w samorządach lokalnych.
Wtedy uwierzę, że jako obywatele cokolwiek znaczymy w całym systemie.
Teraz jednak od decydowania jest ktoś inny, ale odpowiedzialność za skutki tych decyzji spycha na innych - na przykład właśnie na samorząd. Mnie taki podział się nie podoba. Uważam, że nie tędy droga.

- W połowie stycznia poznaliśmy resortowe założenia funkcjonowania dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Firmy ubezpieczeniowe i eksperci tego rynku podeszli do tych propozycji ze sporą rezerwą.
Pani ugrupowanie o takie ubezpieczenia upomina się od dawna. Może zatem przy tej okazji przewodnicząca Komisji Zdrowia powie coś pozytywnego o obecnych sternikach służby zdrowia?

- Sama idea tworzenia ubezpieczeń dodatkowych i komercjalizacji rynku ubezpieczeń jest oczywiście korzystna dla pacjentów. Tylko - jak zwykle - diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli ministerstwo mówi o tzw. doubezpieczaniu, to od razu rodzi się pytanie - do czego się "doubezpieczamy"? Przecież ja już płacę składkę zdrowotną i chciałabym dokładnie wiedzieć, co za tę składkę pan minister mi zaoferował i do czego konkretnie mam dopłacać? A może ja jestem całkiem zadowolona z tego, co mam w ramach dotychczasowej publicznej składki?

- To akurat powiedziano dość wyraźnie - dopłacamy do wyższego standardu, a nie np. do omijania kolejek.

- Najpierw więc niech ministerstwo pokaże to, co jest ofertą dla obywateli, czyli m.in. koszyk świadczeń gwarantowanych, standard leczenia szpitalnego i pobytu w szpitalu - jaka sala, jakie wyposażenie, jakie wyżywienie itp. Tak więc mamy błędną kolejność podejmowanych działań. Ale i w tej materii ministerstwo nie postępuje przypadkowo.
Wnioski z terminu ogłoszenia rządowej wizji systemu dodatkowych ubezpieczeń są oczywiste. Na maj zapowiadane są kolejne masowe strajki lekarzy...

- ...których minister Zbigniew Religa specjalnie się nie obawia. Tak oficjalnie deklaruje, nie wierząc w poważną skalę protestu.

- Pan minister nie dotrzymał słowa i potrzebuje teraz pieniędzy na kolejne podwyżki dla lekarzy. Okazuje się, że obiecane w ubiegłym roku środki na wzrost wynagrodzeń poszły na inne cele.
Przypomnijmy - 1,2 mld przejęło państwo w związku z ustawą o ratownictwie, a kolejny miliard miał pochodzić z OC kierowców, ale ta ustawa jeszcze nie weszła w życie.
Skutek jest taki, że dyrektorzy placówek wprawdzie wypłacili podwyżki - bo rzeczywiście otrzymali na to pieniądze - jednak z tego powodu dostali o 4% mniej środków w ramach kontraktów z NFZ. Można więc powiedzieć, że to same dyrekcje zafundowały pracownikom podwyżki, które - jak się okazuje - wypłacono kosztem zmniejszonego poziomu finansowania świadczeń.
Zapanowało totalne niezadowolenie, strajki wiszą na włosku. Dlatego Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że dodatkowe ubezpieczenia, niczym ten sympatyczny rurociąg, doprowadzą nam paliwo do systemu. W ten sposób resort zyskuje dodatkowe miesiące, bo rozpocznie się wielka publiczna debata o ubezpieczeniach i widmo strajków zostanie na jakiś czas odsunięte. No bo przecież przed kamerą rządzący zapewnią: "Spokojnie, będzie kasa na podwyżki z dodatkowych ubezpieczeń".

- A wydawałoby się, że przynajmniej w kwestii dodatkowych ubezpieczeń będzie ponadpartyjne porozumienie, bo przed wyborami niemal wszyscy nasi czołowi politycy głośno mówili o potrzebie ich wprowadzenia. Także po to, aby lekarze lepiej zarabiali.

- Powtarzam - idea wprowadzenia na rynek dodatkowych ubezpieczycieli jest niewątpliwie słuszna. Chciałabym jednak, aby pan minister nie mylił ubezpieczeń dodatkowych z równoległymi i alternatywnymi. Nasza koncepcja ubezpieczeń dodatkowych oraz konkurencji na tym rynku jest zupełnie odmienna od tego, co proponuje obecny rząd. Jeśli bowiem ministerialne propozycje mają doprowadzić wyłącznie do tego, aby swojej jakości nie poprawiała nasza podstawowa ubezpieczalnia, jaką jest Narodowy Fundusz Zdrowia, to ja dziękuję za takie dodatkowe ubezpieczenia.
Ma być bowiem tak, że na rynku dodatkowych ubezpieczeń wszyscy będą musieli konkurować, tylko nie NFZ. Czy to ma jakiś sens? To jest ta wolnorynkowa gospodarka w sektorze ubezpieczeń? Oczywiście państwo musi kontrolować wiarygodność tych, którzy wejdą na nasz rynek. Należałoby pomyśleć np. o 5-letniej licencji, która - jeśli firma okaże się nierzetelna - pozwoli ją wywalić i wpuścić innego ubezpieczyciela.

- Mimo wszystko żywiłem, pewnie naiwną nadzieję, że choćby na zakończenie naszej rozmowy pochwali Pani za coś obecnych decydentów.
- Doprawdy, trudno mi za coś pochwalić Ministerstwo Zdrowia. Ten rząd wpadł w taką manierę, że lubi odtrąbić sukces, zanim cokolwiek zdążyło się naprawdę wydarzyć. W tym roku życzyłabym sobie wcale nie tego, aby rządzący za wszelką cenę zgadzali się z opozycją, np. z Platformą Obywatelską.
Bardzo natomiast chciałabym, aby byli bardziej otwarci na nasze rozsądne rozwiązania. Wtedy to ponadpartyjne prozumienie, o którym pan mówił, przyjdzie samo.
A jednak teraz widzę jakiś pozytyw w poczynaniach ekipy rządzącej. Otóż zauważyłam, że pan minister Zbigniew Religa ma od pewnego czasu wyższy niż kiedyś próg frustracji i w związku z tym rzadziej się obraża.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum