Mimo bolesnego doświadczenia ze skorumpowanym lekarzem, KEVINAISTON, znany z programu "Europa da się lubić", zapewnia: Niema, jak publiczny szpital w Polsce

Autor: Piotr Stefaniak • • 24 września 2008 12:03

W trakcie zwiedzania Krakowa pewien Anglik złamał nogę. Trafił do miejscowego szpitala i był zachwycony polską, publiczną służbą zdrowia. Bynajmniej nie dlatego, że uszedł z życiem...

Kevin Aiston: - W Krakowie? A kto to był?

- Znajomy znajomych.
- To pewnie nie znam... Ale wcale się nie dziwię jego opinii.

- Ponieważ...?
- Też jestem zadowolony z polskiej służby zdrowia.

- Miał Pan z nią do czynienia osobiście?
- W ubiegłym roku rozbiłem się na motorze. Miałem uszkodzoną czaszkę, otwarte złamanie nogi. Ale świetnie mi ją złożyli w polskim szpitalu. Tańczę i biegam.

- To był wyjątek od reguły?
- Wcale nie. W Polsce wycinano mi też woreczek robaczkowy, moja córka urodziła się w publicznym szpitalu w Wołominie, a żona miała tam superowe warunki porodu. Zapewnił je doktor Ryszard Stańczak, osobiście też odebrał poród. Mówi się o tym szpitalu, że można tam rodzić po ludzku. A on zapewnia rodzenie po królewsku, daję słowo. I gdybyśmy byli wtedy akurat w Anglii, to i tak bym przyjechał z żoną do ginekologa Stańczaka, aby się nią opiekował.

- Co Pan podziwia?
- Fachowość, kunszt, osobiste podejście do pacjenta. Żona się bardzo bała porodu, ale doktor ją rozbroił - nim jeszcze urodziła córkę. Piętnaście minut i po krzyku. Nie ma obawy przy nim. Zero komplikacji.

- W szpitalu w Wołominie obsłużono tak ekstra Pana i żonę, bo już był Pan osobą medialną?
- To nie ma znaczenia. Każdy pacjentka jest tam podobnie traktowana. Wiedzieliśmy o tym od znajomych i sąsiadów.

- Nie szokują Pana krzywe krzesła w poczekalniach polskich szpitali, ich siermiężność i kolejki?
- Nie, taka jest też Europa. Różna. Nie mam powodu narzekać na polską służbę zdrowia. Zresztą zmiany, choć powolne, ale są, widzę to z perspektywy kilkunastu lat. Teraz jest Francja-elegancja. Na przykład najlepszy dentysta też mieszka w Polsce, konkretnie w Radzyminie, to doktor Jacek Kowalski. Nawet mój ojciec przyjeżdża do Polski leczyć zęby, gdy mu powiedziałem, jak tutaj jest.

- Taniej?
- Też, ale liczy się fachowość dentysty - Polaka.

- Czyli nie możemy mówić o różnych warunkach w polskich szpitalach i w Anglii?
- Nie, ale dlatego, że ja nie byłem w angielskim szpitalu.

- Nigdy?
- No nie. Rozbijać się zacząłem w Polsce.

- Szaleje Pan na motorze, czy furmanki wyjeżdżają?
- Motorem jeżdżę powoli, a uszkodziłem się jadąc samochodem na autostradzie.

- Ale może Pan chyba autorytatywnie stwierdzić, że polski personel średniego szczebla w służbie zdrowia jest ładniejszy od brytyjskiego?
- (śmiech) Ładniejszy, nawet kilka pielęgniarek ściągnęli do Anglii.

- A co poza tym - jakie są różnice?
- Nie wiem. Proszę pamiętać, że od 14 lat mieszkam w Polsce, przez cały ten czas mam do czynienia z polskimi lekarzami. Nie jestem w stanie opowiedzieć o różnicach, bo musiałbym zmyślać.

- Jestem zaskoczony Pana wysokimi notami dla polskiej opieki zdrowotnej. U nas wszyscy narzekają.
- A ja chwalę.

- Z kurtuazji?
- Nie.

- I nie miał Pan przykrych doświadczeń?
- To co innego. Szpital na Szaserów, gdzie leżałem zaraz po wypadku, twierdził, że nie zapłaciłem za fakturę. A nie zapłaciłem, bo byłem tak skołowany, że nie mogłem szybko zarobić na opłacenie szpitala. Ale pieniądze wysłałem przed upływem terminu, w każdym razie wcześniej, nim szpital przekazał informację do "Faktu", że "Kevin Aiston był u nas i nie zapłacił".

- Po co zrobiono taką krzywdę?
- Chciano chyba mnie postraszyć, może chciano zrobić sobie popularność. Od tej pory szpital ten źle mi się kojarzy i ostrzegam znajomych, żeby tam nie jechali, bo też mogą znaleźć się w tabloidzie.

- Czy chciał Pan zostać lekarzem?
- Nie. Zawsze chciałem być strażakiem.

- Jak się Pan odnosi do zawodu lekarza?
- Szlachetny. Strasznie mi żal, że niektórzy lekarze w Polsce muszą dorabiać, że nawet kradną "skóry", jak ci dwaj z Łodzi. Chociaż, jeżeli ktoś jest prawdziwym lekarzem, to pod żadną szerokością geograficzną by tak nie postąpił. Lekarz pomaga ludziom, służy wszystkim, tak samo jak strażak.

- Czy wręczył Pan kiedyś dowód wdzięczności?
- A co to jest?

- Kopertówa, załącznik, wziątka, czyli łapówka.
- Aaa. Dawałem.

- Lekarzom?
- Wyłącznie.

- W jakich okolicznościach, można wiedzieć?
- Moja pierwsza żona była w ciąży. Lekarz ze szpitala przy ulicy Madalińskiego w Warszawie nie chciał jej pomóc bez "koperty". Sam ustalił taksę, trzy tysiące złotych. Musiałem stamtąd ukraść żonę...
- ... no, zabrałem ją w piżamie, bez dokumentów i przewiozłem do szpitala przy ulicy Karowej. Niestety, tam nasz synek zmarł.

- Zaraz, po kolei, o jaką tragedię chodzi?
- Żona była w piątym miesiącu ciąży, źle się czuła. Pojechaliśmy na Madalińskiego, wtedy odeszły jej wody. Brak wód spowodował z czasem uszkodzenie płodu, złamanie kości nóg i rąk u nienarodzonego synka. Przez cztery miesiące w szpitalu dawali żonie tylko No Spa, bez uzupełnienia brakującego płynu, a lekarz domagał się łapówki. Wkurzyłem się, nie mogłem się na to zgodzić. Ale straciliśmy cenny czas, a dziecko zmarło.

- Nie było konsekwencji? Dla lekarza, szpitala?
- Nie.

- Czy ma Pan prywatną polisę zdrowotną?
- Korzystam wyłącznie z państwowej opieki zdrowotnej. Płacę już regularnie podatki, jestem zadowolony z opieki, nie muszę kupować prywatnej opieki.

- Bo jest Pan piękny i zdrowy... Czy ma Pan swój sposób na wellness, czy musi się Pan "doładować" w specjalny sposób, na przykład puszczając adrenalinę na motocyklu.
- Mam główną zasadę, że w lipcu i w sierpniu nie pracuję. Wtedy ładuję akumulatory. A motocyklami jeżdżę na trasie Radzymin-Białobrzegi, 80-90 kilometrów na godzinę, podziwiam okolicę. Mam trzy motocykle; skutera osę, rosyjski motocykl M-72, który jest równie stary, liczy 50 lat i też nie przekracza setki na godzinę. No i mam jeszcze jeden taki odkurzacz.
- Czyli?
- Hondę. Automatyczne biegi, bajery, itepe. Ale nim też nigdy nie jeżdżę slalomem między autami. Zresztą nad odkurzacz wolę M-72.

- A czym jest dla Pana działalność w straży?
- To powinność wobec ludzkości, no i spełnienie moich marzeń. Wczoraj z drugim programem TVP kręciliśmy program w remizie przy ulicy Chłodnej w Warszawie. Tylko wspomniałem komendantowi, aby zaprosił dzieci z domu dziecka z Białegostoku, a ten mówi: "Daj je". Bawiły się świetnie, sikawkami, zjazdami na poręczy.

- Pan w straży też jest dużym chłopcem?
- To moje spełnienie marzeń. A zapraszam dzieci z domu dziecka, bo też się tam wychowałem. Jeżeli chcą się bawić, to gdzie, jak nie w straży. Wszyscy strażacy miękną i pomagają.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum