Mamy unikalny system za niewielkie pieniądze

Autor: RZ • • 28 maja 2013 09:41

W Polsce istnieje 147 pracowni hemodynamicznych. To, jak twierdzą specjaliści, w pełni pokrywa zapotrzebowanie pacjentów. Mimo to pracownie powstają nadal. Dlaczego? Bo NFZ płaci bez ograniczeń za leczenie zawałów. I jak wskazują niektórzy - płaci lepiej niż za inne udzielone świadczenia.

Mamy unikalny system za niewielkie pieniądze
Nie wszyscy jednak podzielają tę opinię. Kardiolodzy inwazyjni prezentują twarde dane, z których wynika, że mimo sukcesu, jaki odniosła polska kardiologia interwencyjna, pod względem finansowania daleko nam do państw "starej Unii".

1,6 mln zł za "niezakontraktowane" zawały

Oddział kardiologii inwazyjnej w Busku-Zdroju od ponad roku prowadzi prywatna firma Cardinox.

Choć przegrali batalię o kilkumilionowy kontrakt z prywatną placówką działającą w szpitalu w Pińczowie, to uznali, że będą leczyć chorych z zawałem serca.

Jak się okazuje, dobrze na tym wyszli.

Beata Szczepanek, rzecznik prasowy Świętokrzyskiego OW NFZ, informuje, że za leczenie pacjentów w ubiegłym roku Fundusz zapłacił tej placówce 1,6 mln zł. - Wchodzi tu w grę art. 19 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, zgodnie z którym pacjent w stanie nagłym może skorzystać ze świadczenia zdrowotnego u świadczeniodawcy, który nie zawarł umowy o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej - podkreśla rzecznik.

Cardinox to niejedyny świadczeniodawca, który bez kontraktu zamierza leczyć zawały. Podobna pracownia powstaje w Rzeszowie w Szpitalu MSW. Mimo że Podkarpacki OW NFZ poinformował inwestora, że nie podpisze z nim kontraktu, ten i tak liczy na zyski. Jak podkreśla rzecznik prasowy firmy Carint Marcin Mikos, każdy szpital ma obowiązek ratowania pacjenta w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia. Dlatego chorzy będą przyjmowani do pracowni w trybie 24-godzinnym.

Zabieg dobrze opłacany

- Na Podkarpaciu dostęp do tego typu procedur jest bardzo dobry, dlatego na prośbę podkarpackiego NFZ wystosowałem opinię na piśmie, w której poinformowałem, że kolejna pracownia hemodynamiki nie jest w Rzeszowie potrzebna - tłumaczy dr Jerzy Kuźniar, podkarpacki konsultant wojewódzki w dziedzinie kardiologii.

Wyjaśnia również, że mimo tych negatywnych opinii pracownia jednak powstaje. - Inwestorowi musi to się opłacać. Bo jaki byłby sens taką pracownię otwierać, gdyby nie przynosiła dochodu? Właściciel musi najpierw zainwestować 2 mln zł. w angiograf, wynająć pomieszczenia, opłacić lekarzy. Jeżeli ktoś decyduje się na taką inwestycję w miejscu, gdzie już takie pracownie działają, to musi zrobić biznesplan i wiedzieć, że na tym zarobi - stwierdza konsultant.

Dodaje: - Jest jednak pewna różnica pomiędzy pracownią prywatną a publiczną. W prywatnych pracowniach, jeśli okaże się, że pacjent wymaga dłuższego pobytu, bo ma np. cukrzycę albo 80 lat i nie można go wypisać po 3-4 dniach od zabiegu, to wówczas chory zostaje przeniesiony na oddział szpitalny, z którym prywatna pracownia współpracuje, przerzucając koszty związane z leczeniem chorób towarzyszących i starości na publiczną lecznicę. Dlatego dla publicznych szpitali koszty leczenia zawału są zupełnie inne.

- Kiedyś porównałam, jakich pacjentów przysyła do nas szpital powiatowy, a jakich do prywatnej pracowni hemodynamicznej, jeśli trafi do niego chory z zawałem. Szpital ten leży pośrodku - pomiędzy dwoma pracowniami. Okazało się, że średnia wieku chorych kierowanych przez ten szpital do nas była o 6 lat wyższa, niż średnia wieku chorych kierowanych do prywatnej pracowni. To nie mógł być przypadek, tylko świadoma selekcja chorych - uważa dr Jerzy Kuźniar.

W ogonie finansowym Europy

Prof. Maciej Lesiak, kierownik Pracowni Hemodynamiki Serca Szpitala Klinicznego Przemienienia Pańskiego w Poznaniu, nie zgadza się z opinią, że kardiologia inwazyjna to złoty interes.

- Czy procedury są przeszacowane?

- pyta. - Gdy zaczynałem pracę w instytucie kardiologii, to zawał serca leczyło się podając lek, który rozpuszcza skrzeplinę. Koszt tego leku w obecnych czasach wynosiłby 200- 300 zł. A w tej chwili NFZ płaci za leczenie zawału serca ok. 10 tys. zł. Z tym że w latach 80. i wczesnych 90.

śmiertelność szpitalna w ostrym zespole wieńcowym wynosiła 15-20%, a w tej chwili jest niższa niż 5%. Jest to przynajmniej trzykrotna redukcja śmiertelności uzyskana dzięki odpowiednim środkom.

Wyjaśnia również, że aby móc ustalić, czy to jest dużo, czy mało - trzeba te wyceny z czymś porównać.

Na szczęście, ok. dwóch miesiący temu w European Heart Journal niezależne źródła podały dokładne wyceny procedur leczenia zawału serca w 11 krajach Europy, w tym w Polsce. Wynika z nich jasno, że wycena zawałów w Polsce była najniższa na tle UE.

- W naszym kraju, jak już wspominałem, leczenie inwazyjne zawału serca mieści się pomiędzy 3 a 4 tys. dol. A w takiej Szwecji np. leczenie zawału serca angioplastyką pierwotną to jest już koszt 9 tys. dolarów dol.

Czyli trzy razy tyle co w Polsce, a PKB nie jest tam trzy razy większe od naszego - zaznacza prof. Lesiak.

W jego ocenie, warto też podkreślić, że koszt samego zabiegu nie jest mały, ale koszty, jakie ponosi państwo z powodu inwalidztwa, absencji chorobowej, są nieporównywalne.

Leczenie inwazyjne znacznie skraca czas niezdolności do pracy i zmniejsza stopień inwalidztwa. I o tym trzeba pamiętać.

Profesor zauważa również, że chociaż polskie pracownie hemodynamiczne dostają o wiele mniejsze środki finansowe niż te w starej UE, to jednak lekarzy obowiązują te same wytyczne, standardy postępowania jak na świecie.

- Nam nie pozwala się leczyć pacjenta gorzej. Skąd więc te różnice w wycenie? Wynikają one z kosztu pracy, który w Polsce - mimo że stale rośnie - nadal jest znacznie niższy niż w Europie. Przy tym należy pamiętać, że u nas w tych 150 pracowniach wykonujemy prawie 800 zabiegów angioplastyki pierwotnej na milion mieszkańców, podczas gdy w wielu bogatszych krajach Europy jedynie 300 - podkreśla.

Nasz sukces zainteresował Amerykę

Prof. Dariusz Dudek, Kierownik II Oddziału Klinicznego Kardiologii oraz Interwencji Sercowo-Naczyniowych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie i przewodniczący Asocjacji Interwencji Sercowo-Naczyniowych Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, wyjaśnia, że ostatnio próbuje się krytykować sukces polskich kardiologów, a to jest zupełnie nieuzasadnione zachowanie.

- W Polsce istnieje niezwykle ciekawe zjawisko, że za nieduże pieniądze, które są dedykowane zabiegom hemodynamicznym, stworzono jeden z najlepszych na świecie serwisów opieki nad pacjentami z zawałem serca. Nasz sukces jest tak wielki, że nawet Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne zainteresowało się tym fenomenem i zaproszono mnie, abym jesienią tego roku na odbywającym się w Stanach Zjednoczonych zjeździe wygłosił wykład na temat polskiego systemu leczenia zawałów serca. Inni nas doceniają, a tymczasem u nas w kraju sukces kardiologów inwazyjnych drażni kolegów - przyznaje prof. Dudek.

Nie zgadza się także z twierdzeniem, że na publiczne pracownie przypadają trudniejsi chorzy. Podkreśla, iż większość pracowni działa na określonym terenie i trafiają tam wszyscy chorzy wymagający natychmiastowej interwencji, więc o żadnej selekcji nie ma mowy. Potwierdzają to dane wskazujące, że średnia wieku leczonych chorych w woj. małopolskim w oddziałach publicznych i niepublicznych jest taka sama.

Co zależy od NFZ

- Charakterystyka wyjściowa pacjentów leczonych przez te wszystkie ośrodki wskazuje na ten sam profil leczonych. Co więcej, dane oficjalne NFZ pokazuje, że czas hospitalizacji w prywatnych placówkach jest krótszy niż w publicznych, czyli prawdopodobnie w tych pierwszych sprawniej zarządza się ruchem chorych - dodaje Dariusz Dudek.

Wskazuje, iż osobnym problemem jest kwestia pojedynczych pracowni, które nie są zakontraktowane, a realizują świadczenia: - Jednak to są rzeczy zależne od NFZ i tego nawet bym nie chciał komentować. To NFZ powinien decydować, czy respektuje kontrakty, czy płaci za zabiegi ratujące życie bez kontraktu - stwierdza nasz rozmówca.

Zaznacza jednak, że budżetu państwa w żadnym wypadku to więcej nie kosztuje. - Jako przewodniczący Asocjacji Interwencji Sercowo-Naczyniowych PTK mam raporty z całej Polski i liczba zawałów jest stała - cały czas ok. 50 tys. rocznie od wielu lat. Czyli jeżeli nawet zawał leczy ośrodek, który nie ma kontraktu, to budżet państwa na tym nie traci, tylko jest inna dystrybucja pieniędzy między tymi ośrodkami - podkreśla prof. Dudek.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum