Magia podwodnego świata

Autor: Jacek Janik • • 08 kwietnia 2009 10:07

Nurkowanie może być niebezpieczne. Jednak odpowiednie przygotowanie, zwłaszcza emocjonalne, pozwala wyjść obronną ręką z najtrudniejszych sytuacji.

Magia podwodnego świata

O przygodzie z nurkowaniem marzył już jako młody chłopak. Bywając na Śląskiej Akademii Medycznej, bo jego rodzice również są lekarzami, wiedział o istnieniu studenckiego klubu płetwonurków Alga przy katowickiej uczelni. Kiedy Michał Arkuszewski rozpoczął studia medyczne, od razu zapisał się na kurs płetwonurków.

- Przez całe studia miałem szansę uczestniczyć w działalności klubu. To były jeszcze czasy, kiedy stowarzyszenia były elementem życia studenckiego - wspomina neurolog, doktor Michał Arkuszewski.

- W tej chwili życie się niesamowicie komercjalizuje. Kto ma pieniądze i ochotę na kurs nurkowy, po prostu wyjmuje pieniądze, kupuje uprawnienia podczas kursu na basenie w Egipcie czy Tajlandii i wraca z patentem płetwonurka. Ale nie ma to już takiej magii jak kiedyś...

Kiedy Michał Arkuszewski zaczynał swoją przygodę z nurkowaniem, o sprzęt do nurkowania nie było łatwo. Kto miał kontakty czy krewnych na Zachodzie, sprowadzał różnymi sposobami, co tylko mógł.

- Butle ładowaliśmy powietrzem sprężarkami spalinowymi produkcji NRD marki Gera - opowiada dr Arkuszewski. - Nie można było tego uniknąć, że spaliny dostawały się do butli. W tym wszystkim było wiele przygody i partyzantki. Podróż na obóz do Grecji czy Hiszpanii Jelczem PR110 trwała cztery dni i była potwornie męcząca. Ale dzięki temu cementowały się przyjaźnie, mieliśmy ze studiowania znacznie więcej niż dzisiejsi studenci. Dla każdego płetwonurka pierwsze zejście pod wodę jest niezapomnianym przeżyciem.

- Mój pierwszy raz to było zaledwie 6 czy 8 metrów na obozie we Wdzydzach Kiszewskich na Pojezierzu Kaszubskim.

Pamiętam, że miałem na plecach nasz algowski patent - dwie stalowe ośmiolitrowe butle, skręcone ze sobą niewygodnym łącznikiem, które zakładało się na plecy bez żadnego noszaka.

- Miałem też neoprenowy skafander produkcji radzieckiej, o cztery rozmiary za duży. Nie było żadnych szans, żeby go ogrzać, było w nim nieprawdopodobnie zimno. To wszystko jednak było nieistotne. Niesamowicie podniecony, jak dzieciak rzuciłem się pod wodą do łapania raków, zbierania wszystkiego, co znalazłem na dnie.

- Nie muszę nawet oglądać zdjęć, bo wszystko mam przed oczami, jakby to było wczoraj. Tam moim najgłębszym nurkowaniem było 30 metrów, czyli tego najniższego stopnia. Niezapomniane przeżycie. Do dziś pamiętam ten paraliżujący chłód, który oblewał człowieka.

Granice własnej słabości

- Nurkowanie może być niebezpieczne. Jednak odpowiednie przygotowanie, zwłaszcza emocjonalne, pozwala opanować trudne sytuacje - twierdzi Arkuszewski.

- Poznanie granic własnych słabości - to jest najważniejszy element w całym szkoleniu.

Życie towarzyskie toczy się od rana do wieczora - wokół "rozpływania", przygotowywania sprzętu, samego nurkowania. Właściwie cały dzień jest wypełniony zajęciami. Wieczorem wszyscy siadają przy wspólnym stole i opowiadają o przygodach pod wodą, także tych najbardziej niebezpiecznych.

- Nie mówimy o tym, żeby się chwalić, ale po to, aby wyciągać z takich sytuacji wnioski. Staramy się analizować, gdzie popełniliśmy błąd. Najdramatyczniejszy dla mnie moment przeżyłem jeszcze na kursie. Mieliśmy do wykonania dość trudne ćwiczenie - kolega udawał nieprzytomnego, a ja miałem go wyciągnąć.
Musiałem to zrobić siłą własnych nóg. To bardzo trudne.

- Zanim się zorientujemy, że partner pod wodą stracił przytomność, spadamy ok. 20 metrów w dół. Pianki robią się ciasne i holowanie człowieka jest sporym problemem. Udało się, ale byłem potwornie zmęczony. Kolega jednak przypadkowo wytrącił mi automat z ust.

I to w momencie, kiedy potrzebowałem bardzo dużo powietrza. Zachłysnąłem się. Udało nam się jednak opanować sytuację. Na szczęście nie było żadnej paniki i ucieczki. Był to jednak moment, kiedy zadałem sobie pytanie - to jest już ta ostatnia chwila? - Pamiętam też sytuację, kiedy w jednej z podwodnych jaskiń uderzyłem się przez nieuwagę w głowę. Oszołomionego zaintrygowało mnie, dlaczego krew jest zielona. Po chwili odpowiedziałem sobie - bo… jest głęboko. Zastanawiałem się, czy nie przypłyną rekiny i czy uda mi się wypłynąć? Był to przejaw paniki, który udało mi się szybko opanować…

Usłyszeć ciszę

Pytany o swoje rekordy w głębokim nurkowaniu Arkuszewski wydaje się być wyraźnie speszony: - Mając doświadczenie, i przede wszystkim wiedzę medyczną, świadomość tego, co się może człowiekowi stać na dużych głębokościach, staram się ograniczać głębokie nurkowania.

Oczywiście można schodzić bardzo głęboko, ale trzeba mieć do tego świetne przygotowanie. Miałem swego czasu pęd do głębokości, ale nabrałem już do tego odpowiedniego dystansu.

Mówi się, że płetwonurek czeka cały rok na moment, kiedy będzie mógł "usłyszeć" ciszę panującą pod wodą. Kiedy wszyscy inni, nieznający tej przyjemności, tłoczą się w wielkomiejskim hałasie, stoją w korkach, on tęskni za niezwykle kolorowym, wręcz bajecznym podwodnym światem. Arkuszewski wspomina miejsca, gdzie nurkował - jeziora na Kaszubach, na Pojezierzu Augustowskim, jeziora w Austrii, Grecję, Hiszpanię, Włochy, Słowenię, Egipt… - Najpiękniejsze nurkowania przeżyłem w pobliżu wyspy Vis w Chorwacji.

Nie ma tam takiego spędu nurków jak w Egipcie, gdzie nad jednym wrakiem potrafi się kłębić piętnaście łodzi. Wyspa Vis jest od niedawna otwarta dla turystów. Wcześniej była na niej baza wojskowa. Dla płetwonurka są tam idealne warunki.

Woda jest przeźroczysta, liczne wraki leżące wokół wyspy Vis polecałbym każdemu nurkowi, który posiada już jakieś doświadczenie, a chciałby wziąć udział w nurkowaniu eksploracyjnym.
Wokół wysypy są jaskinie, groty. Chciałbym tam wrócić.

Forteca kusi

Doktor Arkuszewski razem z kolegami z Algi planuje już wyprawę do legendarnego miejsca obok wyspy Vis, gdzie spoczywa na głębokości 72 metrów latająca forteca B17. Bombowiec jest znakomicie zachowany. Z powodu braku paliwa nie zdołał wylądować na pasie startowym, usiadł na wodzie i zatonął. To wręcz kultowe miejsce dla płetwonurków. Na głębokości około 60 m oczom ukazuje się zarys wraku.

Ogromna sylwetka fortecy, która ma 32 m rozpiętości skrzydeł, cztery silniki z ogromnymi płatami śmigieł oraz doskonale zachowane działka karabinów maszynowych. Wrak spoczywa na otwartym podwoziu, sprawiając wrażenie, że właśnie wylądował na dnie.

- Gdzie chciałbym jeszcze nurkować? Filipiny, Australia - takie miejsca odwiedziłbym bardzo chętnie… - rozmarzył się mój rozmówca. - Kiedy dolar kosztował prawie 2 złote, a euro 3,5, myślałem nawet o wyprawie na Zanzibar.

Niestety, bardzo szybko przyszło zweryfikować te plany. Kto jednak wie, może w przyszłości uda się zorganizować taką wyprawę?

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum