Leczenie przez płotki

Autor: Anna Lenar • • 15 maja 2008 15:25

We Francji czy Niemczech znacznie większy nacisk niż u nas kładzie się na przygotowanie fizyczne młodzieży do uprawiania sportu

Zdefiniowanie pojęcia medycyna sportowa nie jest proste, sądząc po ilości i różnorodności podejmowanych w fachowej literaturze prób... Obecnie funkcjonującą definicję skomentował w rozmowie z Rynkiem Zdrowia profesor Krzysztof Klukowski, kierownik Katedry Fizjoterapii AWF w Warszawie, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Sportowej (PTMS).
- Współczesna medycyna sportowa, będąc gałęzią interdyscyplinarną medycyny, ma niezwykle szerokie pole eksploracji, począwszy od rekreacji i sportu powszechnego, aktywności ruchowej w różnych stanach chorobowych i w różnym wieku, sportu ludzi niepełnosprawnych, sportu kwalifikowanego i wyczynowego, wysiłku fizycznego w skrajnych warunkach środowiska zewnętrznego, po sporty ekstremalne - mówi prof. Krzysztof Klukowski. - Medycyna sportowa wykorzystując dokonania nauk przyrodniczych, biomedycznych i bioinżynieryjnych, technicznych i humanistycznych przyczynia się do pokonywania przez sportowców coraz to nowych barier biologicznych.

Konieczny certyfikat

Według informacji PTMS, w medycynie sportowej mogą specjalizować się lekarze posiadający już specjalizację I stopnia w chirurgii dziecięcej, chirurgii ogólnej, chorobach wewnętrznych, ortopedii i traumatologii, pediatrii, anestezjologii i intensywnej terapii, medycyny ratunkowej (więcej informacji na stronie www.
ptms.org.pl).
Po zdobyciu specjalizacji mogą zajmować się: orzekaniem o zdolności do uprawiania różnych form aktywności ruchowej, profilaktyką, diagnozowaniem, leczeniem oraz rehabilitacją zaburzeń i chorób związanych z uprawianiem sportu wyczynowego i rekreacji, współuczestniczyć w ustalaniu optymalnych metod treningu. Jeśli lekarz nie jest specjalistą w zakresie medycyny sportowej, a chce się zajmować tą dyscypliną, musi zdobyć na kursach (podstawowych i zaawansowanych), organizowanych przez PTMS, stosowne uprawnienia (certyfikat) - ABC medycyny sportowej.
Tylko tacy lekarze mają prawo podbijać książeczki zdrowia sportowców, co zresztą nie było dotychczasową praktyką.
Zdaniem profesora Klukowskiego, byłoby znakomicie, żeby w każdym powiecie taki specjalista był osiągalny, chociażby dlatego, aby było komu udzielić właściwej porady ludziom uprawiającym sport rekreacyjnie czy zawodnikom klubów sportowych.

Brakuje poradni

- Uważamy, że trzeba tak wyszkolić lekarzy - w zakresie wiedzy i umiejętności - aby w sprawach błahych nie odsyłali na konsultacje, a w przypadkach, które przekraczają ich możliwości i wiedzę, skierowali do najlepszego specjalisty - dodaje profesor Klukowski.
Brak specjalistów to nie jedyny problem polskiej medycyny sportowej; jest nim także brak poradni sportowo-lekarskich.
Kiedyś istniała dobrze zorganizowana sieć takich placówek - centralna, wojewódzkie, powiatowe oraz w klubach sportowych. W tej chwili cały system zawalił się i trzeba go odbudować, a to już domena Ministerstwa Zdrowia. Oczywiście, potrzeba na to czasu i pieniędzy.
Tych ostatnich również i na przeszkolenie lekarzy oraz zakup aparatury diagnostycznej, no i kontrakty NFZ na konsultacje, nowoczesne leczenie.
- Dzisiaj jest tak, że NFZ opłaca młodzieży do 21. roku życia poradnictwo sportowo-lekarskie. Polega ono na stwierdzeniu, czy sportowiec nie ma chorób dziedzicznych, wad rozwojowych, które decydują później o wyborze dyscypliny sportu. Jednak ponieważ są to kontrakty nisko opłacane, jeżeli trzeba wypisać skierowanie na drogie badania lekarz dwa razy się nad tym zastanowi.
Efekt jest taki, że co bardziej zasobni i ambitni rodzice posyłają swoje dzieci na prywatne konsultacje. Albo płacą kluby, jeżeli oczywiście zależy im na jakimś zawodniku - tłumaczy profesor Krzysztof Klukowski.
A gdzie mogą zgłaszać się po pomoc medyczną sportowcy, którzy nie są w kadrze lub klubach pierwszoligowych, skoro nie ma systemu opieki medycznej nad zawodnikami na poziomie drugiej i niższych lig? Centralny Ośrodek Medycyny Sportu przeznaczony jest dla sportowców reprezentacji, jego głównym zadaniem jest orzekanie, czy zawodnik może uprawiać sport czy nie.
Wojewódzkich i powiatowych poradni, jako się rzekło - nie ma.
Zawodnikom "z terenu" pozostają znajomości, prywatne kontakty. Nie każdego zawodnika i nie każdy klub na to stać. Pomóc jeszcze może krajowy konsultant w dziedzinie medycyny sportowej, ale to też generał bez armii, bo nie dysponuje bazą kliniczną.

Przypadek Mariusza Wlazłego

Poziom polskiej medycyny sportowej dość dobrze obrazuje przypadek naszego czołowego siatkarza Mariusza Wlazłego.
Wszyscy interesujący się tym sportem wiedzą, że od ubiegłego roku zawodnika nękają skurcze mięśni łydek. Trener Raul Lozano nie dowierzał w pełni diagnozom polskich lekarzy i wysłał Wlazłego na badania do kliniki w Barcelonie. Okazało się, że potwierdziły się wszystkie przypuszczenia...
Jak powiedział nam dr Wiesław Maroń, ordynator oddziału ortopedycznego szpitala powiatowego w Pszczynie i lekarz naszej reprezentacji siatkarzy, Mariusz Wlazły dokładnie, jak chyba nikt przed nim w historii polskiej siatkówki, przebadany został w Instytucie Sportu i skonsultowany wielokrotnie przez wybitnych polskich specjalistów. Co najważniejsze, wszystkie wyniki badań biochemicznych nie odbiegają od normy.
Co się w takim razie dzieje? Lekarze reprezentacji, łącznie z dr.
Grzegorzem Adamczykiem, ortopedą i traumatologiem, który ostatnio bezpośrednio opiekował się Mariuszem, przypuszczają, że dolegliwości zawodnika wynikają z nakładających się na siebie kilku problemów.
- Jednym z nich jest przewlekły, utajniony zespół ciasnoty powięziowej w obrębie lewej łydki. Mariusz ma także wrodzony przykurcz czy niedobrze rozwinięte stawy skokowe, a tym samym ograniczenie ich ruchomości - wyjaśnia dr Wiesław Maroń.
- To może, przy dużej ilości wykonanych skoków, powodować skurcze, które występują zresztą wówczas, gdy Mariusz gra mecze w Polsce, a jego akcje kończą się niepowodzeniami... To świadczyłoby o podłożu psychicznym tych kłopotów.
Mariusz bardzo szybko przeszedł z pozycji siatkarza drugoligowego do reprezentacji.
Nie było czasu na stopniowanie obciążenia psychicznego.
To wszystko potwierdzili Hiszpanie.
Zaproponowali stosowanie diety, którą Raul Lozano wprowadził już w momencie, gdy został trenerem polskich siatkarzy.
Zalecili również Mariuszowi Wlazłemu wkładki ortopedyczne, które miał zresztą w Polsce robione już kilkakrotnie, tyle że polscy specjaliści wykonują je w ciągu doby, a na hiszpańskie zawodnik czeka czwarty tydzień. Co do dalszej terapii, działacze macierzystego klubu Wlazłego, Skry Bełchatów, skontaktowali się z profesorem Jerzym Żółądziem (niegdyś lekarzem Adama Małysza) z prośbą o objęcie siatkarza opieką. Profesor Żołądź zlecił odpowiednie ćwiczenia powodujące zwiększenie dopływu tlenu do mięśni łydek.

Ta nasza organizacja...

Na tle przypadku Mariusza Wlazłego wydaje się, że diagnostyka sportowa w Polsce ma się bardzo dobrze. Co zaś do poziomu leczenia, to - jak mówi dr Maroń: - Jeżeli nasz sportowiec jest operowany w Polsce i nie ma powikłań pooperacyjnych, wtedy o polskiej medycynie mówi się dobrze, ale jak są powikłania i szuka się porad w Niemczech czy Szwecji, to wtedy polscy lekarze są źli...
- W moim przekonaniu na polską medycynę sportową nie można narzekać.
Natomiast opieka medyczna z całą pewnością postawiona jest wyżej we Francji czy Niemczech. Tam znacznie większy nacisk kładzie się na przygotowanie młodzieży do uprawiania sportu, już od 10. roku życia - dodaje dr Maroń.
- Dobre ośrodki szkoleniowe, w których prowadzi się prawidłowy trening stopniowo przygotowujący do dużych obciążeń, dobre urządzenia fizykoterapeutyczne, odnowa biologiczna, zespół trenerski, psycholodzy - to wszystko skutkuje mniejszą ilością kontuzji. A do naszych pierwszoligowych klubów fizjolog sportu zagląda raz do roku. Nie mówiąc już o tym, że w charakterze lekarzy sportowych zatrudniani są różni specjaliści, także ginekolodzy i okuliści - ubolewa nasz rozmówca.

Trzeba czuć sport

Lekarzy sportowi dzielą się na dwie kategorie - to konsultanci o różnych specjalnościach, którzy znają specyfikę dyscypliny, ale nie pracują w klubie oraz lekarze klubowi, którzy tworzą programy profilaktyczne opieki nad zawodnikiem, współpracują z trenerem. Wśród konsultantów najistotniejsi dla zawodników są traumatolodzy zajmujący się urazami.
I tu zaczynają się problemy, bowiem zdaniem dr. Roberta Śmigielskiego, ortopedy i traumatologa, szefa ekipy medycznej polskich olimpijczyków w Turynie, brakuje specjalistów wykształconych w kierunku traumatologii sportowej, większość lekarzy zajmujących się sportowcami to ortopedzi, którzy nie są przygotowani do leczenia urazów sportowych.
- Aby je leczyć trzeba czuć sport, wiedzieć, jaka jest mechanika ruchu, jakie są zasady danej dyscypliny, technika, jakich urazów może doznać sportowiec - wylicza dr Robert Śmigielski. - Jeśli ktoś chce leczyć na przykład oszczepników, a nie wie, jak wygląda rzut oszczepem, jest skazany na niepowodzenie, bowiem leczy na chybił trafił.
Dr Śmigielski zaznacza, że ortopedia może istnieć bez rehabilitacji, ale traumatologia nie i lekarz traumatolog zajmujący się sportowcami musi znać się na rehabilitacji. Praktyka na świecie jest taka, że lekarz sam czuwa nad rehabilitacją sportowców albo umieszcza ich w pobliskim ośrodku rehabilitacyjnym.
U nas wozi się ich po całej Polsce poszukując pomocy według klucza znajomych.

Mamy fachowców, ale...

- W traumatologii sportowej najbardziej pociąga mnie konieczność szybkiego przywrócenia do zdrowia człowieka, który pracuje na najwyższych obrotach.
Uchwycenia choroby, nim stanie się katastrofa, na przykład operowanie pachwiny piłkarza w momencie, gdy mięsień jeszcze się nie urwał, ale wiem, że na pewno to nastąpi - mówi dr Śmigielski. - Za granicą lekarze boją się często podjąć taką decyzję, boją się ryzyka. Na tym polega wyższość polskich lekarzy. My naprawdę przegrywamy nie z jakością specjalistów, tylko z systemem opieki, a właściwie jego brakiem.
Zdaniem naszego rozmówcy, w innych krajach opieka medyczna nad sportowcami jest bardziej efektywna, dająca im poczucie bezpieczeństwa.
Oparta na jednostkach służby zdrowia, niekoniecznie państwowych, ale takich, w których pracują lekarze przygotowani do leczenia sportowców. Również w zakresie ordynowania leków, które nie wzbudziłyby zainteresowania komisji antydopingowych.
A skoro o sukcesach polskiej traumatologii mowa, to należy do nich niewątpliwie nowatorskie leczenie urazów mięśni i ścięgien, którym zajmuje się doktor Śmigielski.

Splendor już nie wystarczy

Traumatolodzy sportowi mają i mieć będą pełne ręce roboty, bowiem tych urazów w sporcie jest wiele. Najwięcej w piłce nożnej, potem w koszykówce, lekkiej atletyce, pływaniu, sportach kontaktowych.
- Więcej urazów jest w sporcie wyczynowym, a to z racji braku właściwej profilaktyki. No i właściciele klubów ciągle nie rozumieją, jak ważną rolę spełnia lekarz sportowy. To on przecież bierze odpowiedzialność za stan zdrowia zawodnika - przypomina doktor Śmigielski.
Okazuje się, że medycyna sportowa w Polsce niczym nie różni się od innych specjalności... Mamy dobrych lekarzy, ale nie mamy systemu i pieniędzy, a dostęp do tych dobrych specjalistów jest tylko dla wybranych. Krótko mówiąc - mizeria medycyny sportowej jest pochodną mizerii całej służby zdrowia, która przecież darmową służbą nie jest i być nie powinna.
Rację ma zatem doktor Wiesław Maroń, mówiąc: - Trzydzieści lat temu lekarzom sportowym wystarczyły firmowe buty, dresy i splendor wyjazdu z ekipą do NRD. Teraz chcą odpowiedniego wynagrodzenia za swoją odpowiedzialną pracę.

Z historii medycyny sportowej

  • Za pierwszego "lekarza sportowego" uważa się Herodicusa, nauczyciela Hipokratesa.
  • Przełom XIX i XX wieku to stworzenie naukowych podstaw dla medycyny sportowej - fizjolog Natan Zunz skonstruował pierwszą bieżnię ruchomą, ergometr rowerowy oraz aparaturę pozwalającą na badanie metabolizmu organizmu w ruchu.
  • Pełne wyodrębnienie medycyny sportowej przypada na początek lat 20. minionego wieku.
  • Za pierwszego specjalistę medycyny sportowej nowej ery uważa się dr.Artura von Mallwitza, który podczas I Międzynarodowej Wystawy Higienicznej w Dreźnie (1911 r.) kierował laboratorium sportowym.
  • Pierwszy gabinet spor towo-lekarski otwar ty został w 1913 roku przy Stadionie Niemieckim w Berlinie.
  • Pierwsze polskie badania naukowe nad sportem wyczynowym prowadziła w latach 20. ubiegłego stulecia Eleonora Reicher w Warszawie, Władysław Fuchs-Dybowski we Lwowie i Włodzimierz Misiuro w Poznaniu, który w 1927 roku zorganizował sekcję lekarską w Polskim Komitecie Olimpijskim.
  • Twórcą polskiej szkoły rehabilitacji medycznej był chirurg Wiktor Marian Dega, kierownik kliniki ortopedycznej w Poznaniu, lekarz Studium Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Poznańskiego.
  • W 1947 r. powołano do życia Stowarzyszenia Lekarzy Sportowych.
  • W 1950 r. stworzono w Polsce system poradnictwa sportowo-lekarskiego z Główną Poradnią Spor towo-Lekarską w Warszawie i siecią poradni wojewódzkich; zunifikowany także został zakres kwalifikacji lekarza sportowego i zasady orzecznictwa sportowego.

Nadal boli

Marcin Prus, wybitny siatkarz, reprezentant Polski, mistrz Europy i mistrz świata juniorów. Jego karierę w roku 2001 przerwała kontuzja, którą zdiagnozowano jako chondromalację IV stopnia: - Na swoją pierwszą operację szedłem jak na zabieg, który ma być formalnością. Nic mnie nie bolało. Ból pojawił się po zabiegu.
Zaczęła się seria wizyt u lekarzy, w sumie przeszedłem dziewięć zabiegów operacyjnych. Resekcję kości śródstopia, bodaj sześć ar troskopii, trzykrotnie otwierano mi kolano. Wypróbowano na mnie trzy rozmaite techniki leczenia. Najpierw w Warszawie, potem w Gelsenkirchen. Efekt - nie wróciłem do uprawiania sportu.
Teraz komentuję go w telewizji.
Ból nogi towarzyszy mi od kilku lat nieustannie.

Nie miejmy kompleksów

Waldemar Marszałek, 6-krotny mistrz świata w sporcie motorowodnym

W trakcie długoletniej kariery Waldemar Marszałek doznał wielu kontuzji i poważnych wypadków.
Można powiedzieć, że jego kontakt z medycyną miał charakter permanentny… - O polskiej medycynie sportowej jestem dobrego zdania. Może dlatego, że miałem szczęście trafiać na wybitnych specjalistów, takich jak dr Zbigniew Rusin, jak profesor Adam Gruca, który leczył mnie w roku 1961 - wspomina Waldemar Marszałek. - Potem dostałem się w ręce profesora Artura Dziaka. Wiele zawdzięczam dr. Kmiećkowiakowi.
- Po wypadku w Żninie żebra przebiły mi płuco. Przez 4 dni walczył o mnie i przywrócił mnie do życia. Swój najgroźniejszy wypadek miałem w roku 1982 w Berlinie na Wannsee. To była śmierć kliniczna. Ale do zagranicznych metod leczenia wielkiego zaufania nie mam - przyznaje mistrz. - Owszem, w szpitalach jest tam może bardziej elegancko niż u nas, ale…Kiedy pękła mi główka kości udowej, Niemcy tak założyli gwóźdź kątowy, że do tej pory mam jedną nogę dłuższą o 1,5 centymetra. Polscy fachowcy - przynajmniej jeśli chodzi o mnie - nigdy takich błędów nie popełniali.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum