Jedna trzecia pensji wójta

Autor: Piotr Wróbel • • 02 lipca 2008 11:02

Czasami babcia w geście wdzięczności położy na biurku pięć złotych, szepcząc: "Doktorze, to na piwo". Innym razem: "To na czekoladę dla dziecka". Doktor Janusz Kiersznowski od sześciu lat kieruje gminnym ośrodkiem zdrowia w Fałkowie (woj. świętokrzyskie). - Wiem, że ludzie chcą wyrazić w ten sposób swoją wdzięczność, ale ja czuję się jak żebrak przyjmujący datki - przyznaje z zażenowaniem.

Tak, gotowość wsparcia lekarzy ze strony pacjentów, to dobre alibi dla systemu ochrony zdrowia. Doktor nie musi dobrze zarabiać, przecież powszechnie wiadomo, że i tak dorobi.

Miało wystarczyć

- Czuję się upokorzony, kiedy słyszę w towarzyskich rozmowach, że tak naprawdę nie żyjemy z oficjalnej pensji, ale ze sprzedawania zwolnień, badań i szpitalnych łóżek. Ja tego nie robię - zapewnia doktor Janusz Kiersznowski z Fałkowa. Chce, tak jak tysiące podobnych mu lekarzy, dostawać dobre pieniądze za dobrze wykonywaną pracę.
Wiele obiecywał sobie po reformie ochrony zdrowia i kasach chorych. Myślał, że pieniędzy przeznaczanych na podstawową opiekę zdrowotną wystarczy na dobre leczenie i zdiagnozowanie pacjenta. Na godziwą płacę też. Już wyobrażał sobie, jak zszywa drobne rany, wykonuje ultrasonografię, diagnozuje
pacjentów w oparciu o badania laboratoryjne, w razie wątpliwości kieruje do specjalisty. Dzisiaj mówi, że został praktycznie tylko lekarzem diagnozującym chorych "na nos" i wypisującym recepty, bo publicznych pieniędzy na leczenie nie wystarcza.

"Pewnie pan bierze"

Owszem, odczuwa szacunek pacjentów. Rośnie z dumy, kiedy słyszy, jak mówią o nim "nasz doktór", miło mu, kiedy nawet z pobliskich miejscowości, choć to inny rejon, przyjeżdżają po poradę ludzie pamiętający go jeszcze ze szpitala, bo mają do niego zaufanie. O swojej pracy opowiada z ogromnym entuzjazmem, który przygasa, kiedy ktoś niedyskretnie pyta go o zarobki. 2 150 zł na rękę za pracę przez pięć dni w tygodniu, w tym 30% dodatek za kierowanie ośrodkiem. W okolicy przyjęło się zwyczajowo, że płaca lekarza gminnego ośrodka, to około jedna trzecia wynagrodzenia wójta.
Doktor dwa razy w tygodniu ma popołudniówki, ale do wiejskiego ośrodka zdrowia woli i tak przyjechać z rana. Pacjenci chcą, żeby lekarz był dostępny od wczesnych godzin. Ze statystyki wynika, że na jednego lekarza w ośrodku przypada 59 porad dziennie. Rekord to bodaj... 130 pacjentów. Są różni. Jak to ludzie. Najczęściej serdeczni, pełni szacunku dla doktora. Jedna trzecia z nich nie tyle potrzebuje leku, co rozmowy. Traktują swojego doktora jak powiernika. Rozstrzyga domowe spory, decyduje czy katar z jednej dziurki w nosie to już zapalenie oskrzeli czy jeszcze nie, tłumaczy pani X, że badanie prostaty nie jest jej potrzebne, skoro nie jest mężczyzną.
Kilka dni temu usłyszał od jednej z pacjentek: - Tamtej to pan dał skierowanie na badania, a mnie nie. Pewnie wziął pan łapówkę. Co odpowiedział? Nic. - Zamurowało mnie - przyznaje.

Pstrowski na dyżurze

Są też lepsze dni. Wtedy na wizyty domowe jedzie już o drugiej po południu. We własnym domu jest około 18. Ma czas, żeby usiąść przy kominku, porozmawiać z dziećmi. Wybornie smakuje obiad podany przez żonę Marlenę, która pracuje w szpitalu w Końskich. Jest lekarką z II stopniem specjalizacji z chorób wewnętrznych.
Dom jest piękny. Mieszkają w nim od 3 lat. Po kilkunastu latach przeprowadzili się tu z przyszpitalnego bloku. To powód do dumy, choć kiedy doktor opowiada o domu wygląda na nieco... zażenowanego. - Połowę kosztów budowy pokryli teściowie, pewnie byśmy tutaj nie mieszkali, gdyby nie oni - zaznacza. - Szło się do teściowej i mówiło, że cegły chcemy kupić...
Kiedy powstawało ich rodzinne gniazdo, bywał na budowie 2-3 razy w roku. Nie miał czasu. Pracował. Mozolnie oszczędzali. Pamięta dobrze, jak rósł ich status materialny. W 1997 roku przesiadł się z 10-letniego malucha do siedmioletniego golfa (pieniądze pożyczyła teściowa, oddali). Niedawno zmienili golfa na dwuletniego forda focusa (część pieniędzy pożyczyła teściowa, jeszcze nie oddali).
- Biednie u nas nigdy nie było - mówi doktor. Nie było, bo po 1985 roku, kiedy skończył studia, i w latach 90., pracował jak Pstrowski. Nocą szpital, w dzień poradnia. Potrafił brać ponad 20 dyżurów w miesiącu, w szpitalu i pogotowiu. Przelicznik za dyżury był mniej więcej taki: pół litra dobrej wódki, plus kiełbasa. W lepszych czasach starczało nawet na niezłą kolację i butelkę 0, 7 litra.
- Nie musiałem się upijać, byłem pijany ze zmęczenia - śmieje się do wspomnień.

Taki bilans

Nie lubił dyżurów, na których nic się nie działo. Trudniejsze przypadki go fascynowały. Wolał biegać z czwartego piętra do izby przyjęć niż czekać na windę, która jechała akurat w górę zamiast w dół. Zawały, udary, obrzęki płuc, przypadki laryngologiczne. Na górze, pod opieką 47-łóżkowy oddział. Po latach może się przyznać: - Były sytuacje, kiedy nie pamiętałem, co i czy aby na pewno zaleciłem pacjentowi. Budziłem się zlany potem i biegłem sprawdzić.
Raz nie wytrzymał tempa. Trafił z sepsą do kliniki w Kielcach. Zlekceważył zapalenie płuc, jakiego nabawił się podczas pracy w pogotowiu. Zapominał o regularnym zażywaniu antybiotyków. - Nie znasz się - przekonywał żonę, która postawiła prawidłową diagnozę i zmuszała go, żeby wreszcie zrobił prześwietlenie płuc. Po co tak intensywnie pracował? - Żeby do czegoś dojść w życiu - odpowiada.
Po 18 latach pracy jego pensja (ta na rękę) wynosi nieco ponad 2 tysiące złotych. - Jako kierownik ośrodka nie mogę mieć prywatnego gabinetu - zaznacza. Niekiedy na wsi trafi się parę jajek, kurczak, a na święta ryba od wdzięcznego pacjenta. Podporą domowego budżetu jest żona. Pani doktor za pracę w szpitalu i poradni zarabia 1 700 na rękę. Drugie tyle dorabia dyżurami. Czasami doktor Kiersznowski próbuje porównać swoje życiowe dokonania z innymi. Glazurnik, który kładł mu płytki w bloku, ma w tej chwili hurtownię; mechanik, który reperował mu golfa jest już właścicielem ogromnego zakładu naprawczego...

Protest, to Nie u nas

Broń Boże nie narzeka. - Gdybym powiedział, że nam źle, to bym zgrzeszył - przyznaje. Ale jakaś zadra w nim siedzi. Tak jak każdy lekarz uważa, że zarabia za mało. - Nie jestem do końca przekonany czy akurat każdy lekarz ma zarabiać 5 tysięcy złotych, i że wszyscy powinni dostać więcej i po równo - zaznacza. Uważa, że pieniądze powinny iść za pacjentem, bo to pacjenci "zagłosują" ile ma zarabiać dobry lekarz. Oczywiście będzie to możliwe tylko wtedy, kiedy wzrośnie ilość złotówek w systemie ochrony zdrowia.
Wydobyć pieniądze od rządzących państwem jest niezwykle trudno. Skutkują tylko protesty. Dlatego dwa lata temu razem z kolegami okupował siedzibę świętokrzyskiego oddziału NFZ w Kielcach. Spał z głową na biurku dyrektora. Chodziło o 10 mln zł na ośrodki zdrowia z nadwyżki budżetowej Funduszu w woj. świętokrzyskim. Wskórali 4, 5 mln zł.
Teraz, kiedy lekarze zapowiadają strajk w walce o wyższe płace, w swoim Fałkowie protestować nie zamierza. Z prostego powodu: - Nie możemy zamknąć ośrodków, bo dla administracji byłby to pretekst do nałożenia drakońskich kar. Taka forma strajku może dotyczyć szpitali, gdzie zostanie utrzymana ciągłość pracy i leczenia hospitalizowanych pacjentów - tłumaczy.

35 lat, Dwa etaty, fiat

W pobliskim Czermnie, gdzie przyjmuje doktor Dariusz Mika, też nie ma mowy o zamknięciu ośrodka na kłódkę. Zresztą doktor myślami jest na Zachodzie. Bardziej wierzy w siebie niż w strajki i działania środowiska. Codziennie dostaje z Niemiec e-maile z propozycjami pracy. Postanowił, że we wrześniu wyjeżdża do pracy za granicę: - Mam 35 lat. To ostatni moment, żeby coś zmienić w życiu.
Miał czas na podjęcie decyzji. Szybciej niż koledzy ze studiów zdołał uzyskać specjalizację z chorób wewnętrznych. - Pozwolono mi ją zrobić w Braniewie na Warmii - mówi znacząco. Przez 3 lata pracował w wiejskim ośrodku zdrowia i szpitalu powiatowym. Potem wrócił w rodzinne strony koło Końskich. Ciągle łudził się, że z roku na rok będzie mu lepiej. Nie jest. Mieszka w pobliskich Modliszewicach razem z mamą w wyremontowanym domu. Do pracy w ośrodku w Czermnie dojeżdża 3-letnim fiatem stilo (spłacił raty po dwóch latach). Uważa, że jego status materialny nie odpowiada wkładowi pracy i czasu, jaki poświęca na wykonywanie zawodu.
Pracuje na dwóch etatach. - Więcej się nie da - mówi, jakby chciał się usprawiedliwiać przed samym sobą, że za mało zarabia. Cały etat (1 500 zł netto) ma w ośrodku w Czermnie. Po kawałku drugiego: w ośrodku zdrowia w Rudzie Malenieckiej i ośrodku opiekuńczym dla przewlekle chorych w Przedborzu (netto razem 1 200 zł). Z jednej pracy przejeżdża do drugiej. Kończy około osiemnastej. Kiedy wyjdzie trochę wcześniej, ma czas, żeby po drodze zjeść obiad w zajeździe. - Lepiej się nie urywać, bo jeśli przyjdzie jakiś spóźniony pacjent i mnie nie zastanie, są skargi - opowiada.

Wdzięczność zwyczajowa

Stara się być życzliwy dla pacjentów. To oni utrzymują jego samochód, bo zrezygnował z ryczałtu. Na benzynę starcza. Wdzięczność pacjentów ma zwykle postać 10-złotowego banknotu. Kiedyś wahał się, jak ma się zachować w takiej sytuacji. Kiedy ma wątpliwości, przypomina sobie zapis w kodeksie etyki lekarskiej. - Mowa jest tam o zwyczajowo wyrażanej wdzięczności, więc nie widzę tu konfliktu z sumieniem - mówi doktor. - Oczywiście rzeczą zupełnie nie do przyjęcia jest wymuszanie datków.
W lutym przyjmował w ośrodku codziennie około 50 pacjentów. I tu nie ma czegoś takiego jak limity przyjęć. Żartuje, że rozpoznaje u siebie modną ostatnio na Zachodzie chorobę: syndrom przewlekłego zmęczenia. Objawia się rezygnacją, brakiem chęci do życia. Tłumaczy sobie, że to skutek braku dłuższego urlopu. Owszem, brał urlopy, ale przeznaczał je na dokształcanie. Teraz uczy się także w soboty i niedziele - języka niemieckiego.
Ma solidną motywację. W propozycjach zatrudnienia potencjalni pracodawcy z Niemiec oferują 3 700 euro miesięcznie. - Wreszcie zarobię przyzwoite pieniądze, będę miał czas na życie prywatne i wypoczynek - mówi zdecydowany pożegnać się z Czermnem.

Pacjent po sąsiedzku

Doktor Roman Pryć, lekarz chorób wewnętrznych, specjalista w dziedzinie reumatologii i medycyny rodzinnej, nie zamierza wyjeżdżać ze swojej Gwoźnicy Górnej na Podkarpaciu ani protestować. Ma 51 lat i ugruntowaną pozycję wśród pacjentów. W 1998 roku razem z kilkoma innymi lekarzami zdecydował się utworzyć niepubliczny ZOZ grupujący 3 wiejskie ośrodki zdrowia: w Niebylcu, Gwoźnicy Górnej i Lutczy (pow. Strzyżów).
Jest powiatowym radnym, miejscowi go dobrze znają. - To niemożliwe, żebyśmy pacjentów zostawili i tak protestowali - wykłada co myśli na temat faktycznych możliwości lekarskiego strajku w ośrodkach zdrowia na zbuntowanym Podkarpaciu. - Tu, na wsi, nie ma ani anonimowego pacjenta, ani lekarza. Obok mojego domu w Gwoźnicy stoją inne. Jeden sąsiad jest po zawale, drugi z niewydolnością krążenia, trzeci ma nadciśnienie. Przecież nie powiem im, że nie wypiszę recepty.
Do Gwoźnicy trafił z ogłoszenia po ukończeniu Akademii Medycznej w Warszawie, w 1980 roku. Świeżo upieczony lekarz, warszawiak, przyjechał na Podkarpacie przeżyć przygodę życia. Został razem z żoną - nauczycielką. - Uznaliśmy, że 350 kilometrów od Warszawy to w sam raz odległość, żeby uwolnić się od nadopiekuńczości rodziców - opowiada o tamtych latach. Tu znalazł przestrzeń, piękne plenery i możliwość oddychania świeżym powietrzem.
Pytany o początki drogi zawodowej opowiada to samo, co doktor Kiersznowski: nocne dyżury w szpitalu, pogotowiu, potem przyjęcia w poradni. Czasami wracał do domu po trzech dniach. Finansowo było ciężko. Potem tak naprawdę liczyły się pieniądze zarobione w dwóch gabinetach prywatnych, jakie prowadził w Niebylcu i Strzyżowie. Przychód z nich był dwukrotnie wyższy niż pensja.

Narty w bagażniku

Kiedy rozmawiamy, doktor Pryć tryska energią i optymizmem. - Mnie jest dobrze, chyba nie sądzi pan, że my tu jak za Łukasiewicza przy lampach naftowych siedzimy - mówi, kiedy pytam o współczesnego doktora Judyma. I dodaje: - Trudno chyba znaleźć lekarza z Podkarpacia, który po wielu latach pracy - jeżeli się nie rozpił albo nie rozbił sobie rodziny - nie wybudował sobie domu, nie przesiadł się do dobrego samochodu. Taką pozycję materialną osiąga się jednak ciężką pracą.
Doktor Roman Pryć przyznaje, że jego materialny status odczuwalnie wzrósł po 1998 roku, odkąd pojawiła się możliwość pracy na kontrakcie z kasą chorych. Wtedy wspólnie z kolegami zaczął prowadzić lekarską praktykę grupową w niepublicznym wiejskim ZOZ-ie. Od 10 lat nie był na wielodniowym urlopie. Jest potrzebny ludziom na wsi. Ale i tak ma swój patent na regenerację. Latem weekendowe wypady na żagle, nad Solinę. Zimą narty.
Kiedy w połowie tygodnia dzwonię do doktora z prośbą o rozmowę, nie ma go akurat w ośrodku zdrowia. Właśnie szusuje na stoku. Zimą wozi narty stale ze sobą w samochodowym bagażniku. W wolnej chwili, gdzieś po drodze - między wizytami domowymi a planowymi godzinami pracy w ośrodku (nawet do dwudziestej) - zdąży zaliczyć kilka zjazdów. Ale i wtedy jest stale osiągalny pod telefonem komórkowym. Pielęgniarka z ośrodka przekazuje numer od razu, bez pytania o cokolwiek. - Kiedy mam być w ośrodku to jestem, no i nigdy nie odmawiam pomocy po godzinach pracy - doktor podaje swój przepis na szacunek pacjentów.
Pracuje w dwóch poradniach: w Niebylcu i Gwoźnicy. Wspólnie z kolegami ustalili, że na rękę dostaje 3 tysiące zł miesięcznie. Czasami pojawi się wdzięczny pacjent. - O wdzięczności możemy rozmawiać po zakończeniu leczenia, kombinatorstwa nie znoszę - mówi doktor. Pewnie, że chciałby zarabiać więcej: - Mógłbym, ale wtedy byłoby to coś w rodzaju okradania pacjentów z ich praw, bo pieniędzy ze stawek kapitacyjnych jest relatywnie coraz mniej.

Ten system demoralizuje

- Pacjent staje się coraz bardziej świadomy wartości swojego zdrowia i coraz więcej wymaga od lekarza rodzinnego - dodaje nasz rozmówca. - Porad przybywa z roku na rok, mniej więcej o 15-20%. W 1999 roku w Niebylcu, w piątki, jak przychodziło do mnie 10 osób, to było wszystko. Dzisiaj jest ich 38, a bywa i 50 po południu. Także dzisiaj wydałem kilka skierowań do rentgena i na badania ultrasonograficzne. Te skierowania obciążają nas, ale ja muszę, jeśli tego wymaga stan pacjenta, takie badania zrobić, chcąc być uczciwym wobec niego i siebie.
Przy całym życiowym i zawodowym optymizmie doktor Roman Pryć dostrzega też chmury gromadzące się nad naszym lecznictwem. Jego sześciu kolegów, specjalistów medycyny rodzinnej z powiatu strzyżowskiego, zbliża się do wieku emerytalnego. Tymczasem na całym Podkarpaciu jest teraz tylko jeden młody lekarz, który zamierza robić specjalizację z medycyny rodzinnej.
- Ten system ochrony zdrowia demoralizuje - przyznaje doktor z Gwoźnicy. - Nie mamy następców, bo młodzi wyjeżdżają za granicę lub chcą kończyć tylko te specjalizacje, które przynoszą duże pieniądze. To jest koniunkturalizm, niestety, wymuszony niskimi zarobkami.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum