Jacek Wykowski | 09-11-2017 13:26

Jak walczyć z tą zmorą pogotowia?

Karetki pogotowia niezgodnie z przeznaczeniem wykorzystuje większość uczestników systemu ochrony zdrowia w Polsce. Korzyści chcą osiągnąć pacjenci, lekarze POZ, przychodnie, a nawet sami dyspozytorzy medyczni. Rozwiązania są możliwe, ale bez woli decydentów i koordynacji działań będą nieskuteczne.

Pacjenci wzywają karetki, bo nie chce im się czekać w kolejkach, przychodnie POZ, bo ambulans w porównaniu z transportem sanitarnym przyjeżdża szybciej i za darmo, sami dysponenci ratownictwa i dyspozytorzy - bo boją się roszczeń pacjentów; i w końcu lekarze POZ, którzy z różnych powodów wolą, jak do domu chorego, zamiast nich, pojedzie ratownik.

- Choć nie mamy pełnych opracowań, to według moich szacunków grubo ponad połowa wyjazdów w skali kraju to wyjazdy, których nie powinno realizować ratownictwo medyczne - szacuje Roman Badach-Rogowski, przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego (KZZPRM).

Żartownisie, "cwane gapy" i dyletanci

O zaskakujących powodach wzywania ratowników medycznych media informują ze sporą częstotliwością, a pamiętajmy, że "wyciąga się" jedynie najbardziej jaskrawe przypadki. Przypadki - nie bójmy się tego słowa - głupoty. Czasem karanej, innym razem uchodzącej komuś na sucho.

Przykładów jest bez liku. 500-złotowym mandatem ukarano kontrolera biletów, k tóry zadzwonił po pogotowie, gdy został zadraśnięty w palec przez gapowicza. Mandat otrzymała także osoba, która wezwała karetkę, żeby zmierzyć czas jej dojazdu. W innym "ukaranym" przypadku pijany mężczyzna wezwał zespół ratownictwa medycznego w celu odprowadzenia, również pijanego, kolegi do domu.

- Pamiętam sytuację, gdy kobieta o trzeciej w nocy wezwała do swojej siostry z nowotworem karetkę; powodem było rzekome silne krwawienie. Na miejscu okazało się, że pomocy wymagał owczarek niemiecki o imieniu Zofia - mówi nam Edyta Wcisło, przewodnicząca Polskiej Rady Ratowników Medycznych (PRRM), dodając, że wzywająca konsekwencji nie poniosła.

- Znam przypadki, że kogoś ze złamanym palcem transportował śmigłowiec LPR. Bo jak już zespół dotarł na miejsce, to - mimo bezzasadnego wezwania - nie chciał wracać "na pusto" - wyjaśnia Badach-Rogowski.

Mandatami nie są karani także dyletanci, którzy wkrótce po zauważeniu leżącej na ulicy osoby, będącej zwykle pod wpływem alkoholu, dzwonią po karetkę.

- To plaga. Świadek od razu chwyta za słuchawkę, dzwoniąc po pogotowie. Nie podejdzie do leżącego, nie zapyta, czy potrzebuje pomocy, nie sprawdzi, czy oddycha. Gdy przyjeżdżamy i "trącamy" w ramię takiego delikwenta, często wyjaśnia nam podwórkową łaciną, że wcale na nas nie czekał - mówi szef KZZPRM.

Ubolewa, że karetka od chwili wykonania podstawowych badań jest zablokowana, czekając na przyjazd policji lub straży miejskiej "godzinę, dwie". Badach-Rogowski ma jeszcze inną, ciekawą obserwację. Chodzi o ewentualne roszczenia pacjentów wobec tych, którzy odmówią pomocy.

- Pacjenci zdecydowanie chętniej skarżą się do mediów lub NFZ na ratowników. Dlaczego? Bo ci są anonimowi. Do lekarza rodzinnego, gdy ich nie przyjmie, nie mają zwykle pretensji, bo on przyjmuje pod imieniem i nazwiskiem i z reguły jest doskonale znany pacjentowi - wyjaśnia.

Społeczna krótkowzroczność

Edyta Wcisło ubolewa, że społeczeństwu brakuje świadomości, iż przyjazd karetki z błahego powodu stwarza niebezpieczeństwo dla tych, którzy mogą naprawdę potrzebować pomocy. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że ambulans może nie zdążyć dojechać w inne miejsce. Dodaje, że pacjenci są roszczeniowi i często mówią, że skoro płacą podatki, to im się karetka zwyczajnie należy.

- Ludzie są przyzwyczajeni do tego, że pogotowie ratunkowe funkcjonuje tak, jak przed rokiem 2007, czyli że są to zespoły reanimacyjne i wypadkowe, a w każdym składzie jest lekarz z bloczkiem recept, który może wypisać skierowanie. Dlatego bardzo duża część społeczeństwa traktuje ratowników jak przychodnię na kółkach - tłumaczy Badach-Rogowski.

Dodaje, że pokutuje przy tym mit, iż jeśli chorego zabierze karetka i zawiezie do szpitala, to zrobią mu wszystkie badania bez kolejki. - Dziś każdy Polak uważa, że świetnie zna się nie tylko na sporcie, ale i na medycynie. Wiele osób wie, że jeśli zgłosi dyspozytorowi ból w klatce piersiowej, skuteczność wezwania pogotowia będzie stuprocentowa - zauważa Ireneusz Szafraniec, wiceprzewodniczący Polskiej Rady Ratowników Medycznych i nauczyciel akademicki na kierunku ratownictwo medyczne w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Nysie.

Wcisło podsumowuje, że społeczeństwo nie ma także świadomości, iż dyspozytorzy medyczni to osoby z medycznym wykształceniem, mający wieloletnie doświadczenie zawodowe. Tłumaczy, że ludzie często postrzegają ich jako telefonistów, którzy nic nie wiedzą. Sprzyja to arogancji.

Nadużywają przychodnie, a nawet dyspozytorzy

Szefowa PRRM zaznacza, że do nadużyć dochodzi również w przychodniach POZ. - Często wzywani jesteśmy do pacjenta będącego - w ocenie lekarza - w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. Na miejscu okazuje się niejednokrotnie, że stan pacjenta nie wymagał karetki systemu, a transportu sanitarnego. Problem polega na tym, że za transport sanitarny trzeba zapłacić, a karetka systemowa jest za darmo - wyjaśnia.

Badach-Rogowski dodaje, że zdarzają się przypadki, gdy POZ ma podpisaną umowę na transport z bardzo odległą firmą i dojazd trwa nawet kilka godzin. Karetka tymczasem dociera w kilka minut, dlatego jest wzywana "zamiast".

Ratownicy nie oszczędzają też lekarzy. - Nie spotykam lekarzy rodzinnych, którzy w przychodni zakładaliby dojścia dożylne, unieruchomienia złamań, opatrunki przy krwawieniach. Podobnie jest z cewnikowaniem pacjentów. Od razu wołają pogotowie - narzeka przewodniczący KZZPRM.

- W trakcie mojej pracy wielokrotnie spotkałem się z sytuacjami, gdy pacjent, który wzywał do domu lekarza POZ, wręcz otrzymywał instrukcję, jak ma wezwać pogotowie, aby dyspozytor przyjął zgłoszenie - mówi z kolei Ireneusz Szafraniec.

- Lekarze POZ - a jest to w skali kraju nagminne - nie wywiązują się ze swoich zadań, które wynikają z podpisanej umowy z NFZ - podsumowuje Badach-Rogowski.

Szafraniec zauważa z kolei, że praca dyspozytora niesie bardzo duże ryzyko popełnienia błędu związanego z nieprawidłowym zakwalifikowaniem zgłoszenia. Z tego powodu często przyjmują oni także te wezwania, które nie są stanami zagrożenia zdrowia i życia. - Wpływ na to ma poniekąd brak jakiejkolwiek pomocy prawnej w przypadku problemów - stwierdza.

Mandaty i opłaty?

Jak tłumaczy Wcisło, jeśli na miejscu zdarzenia jest policja i okazuje się, że wezwanie było nieuzasadnione, funkcjonariusze mogą ukarać zgłaszającego mandatem (według art. 66 KW - nawet do 1500 zł - red.). Jeśli jednak mundurowych nie ma, ratownicy - jak wyjaśnia Wcisło - kierują do sądu wniosek o ukaranie tylko przy ewidentnych naruszeniach.

- W mniej oczywistych sprawach nigdy nie wiadomo, czy ktoś oszukał dyspozytora z premedytacją, czy nieświadomie - tłumaczy.

Roman Badach-Rogowski przyznaje, że choć w przypadku nieuzasadnionego wezwania ratownicy mogą wezwać policję, to robią to bardzo rzadko. Dlaczego?

- Po pierwsze nigdy nie wiemy, kiedy policja przyjedzie. Poza tym cała procedura wiąże się z wypełnianiem masy dokumentów. A jeśli pacjent odmówi mandatu, sprawa idzie do sądu. Nikt nie ma ochoty tracić czasu na sprawy - przyznaje.

Wcisło uważa, że powinno się mówić o karach, ale w taki sposób, by nie wystraszyć np. starszych osób, które będą się obawiały dzwonić na numer alarmowy. Dodaje, że jednak skrajne przypadki powinny być bezwzględnie karane i nagłaśniane.

Inny pomysł proponuje Ireneusz Szafraniec. - W Czechach wprowadzono za każdy przyjazd karetki symboliczną opłatę, która w przeliczeniu na polską walutę wynosi ok. 20 zł. Może warto byłoby wdrożyć ten pomysł także u nas? Nie chodzi o zarabianie, ale o jakąś minimalną refleksję wzywających, która zapewne pojawiłaby się w związku z opłatą - podpowiada.

Za takim rozwiązaniem optuje również przewodniczący KZZPRM. Tłumaczy, że przy proponowanej kwocie jedna karetka, realizując rocznie trzy tysiące wyjazdów, mogłaby wygenerować 60 tys. zł zysku. - Przy pięciu ambulansach mała stacja ratownictwa w rok zarobiłaby na nową karetkę - wylicza. Przyznaje jednak, że opłaty spotkałyby się z dużym oporem społecznym.

Konsolidacja i edukacja. Tak, ale…

- Przede wszystkim powinna funkcjonować szeroka kampania edukacyjna skierowana do społeczeństwa, informująca o zagrożeniach i odpowiedzialności wynikających z nadużywania zespołów ratownictwa - zwraca uwagę Wcisło. Dodaje, że trzeba też położyć bardzo duży nacisk na szkolenia dyspozytorów medycznych.

- Aktualnie zmieniające się przepisy umożliwią tej grupie zawodowej jednolity tryb szkoleń - zauważa. Szefowa PRRM twierdzi, że konsolidacja dyspozytorni medycznych pozytywnie wpłynie zarówno na bezpieczeństwo pacjentów, jak i na pracę samych dyspozytorów medycznych. - Duże ośrodki to także jednolite standardy, procedury i przede wszystkim kompetentna kadra - konstatuje.

- Być może pewną szansą na rozwiązanie problemu nieuzasadnionych wyjazdów jest zredukowanie liczby dyspozytorni do 18 w skali kraju i przejęcie ich przez wojewodów. Mają oni instrumenty, by karać za takie wykroczenia i te kary egzekwować. Mogą również organizować akcje społeczne informujące, do czego służy Państwowe Ratownictwo Medyczne i kiedy korzystać z jego usług - wylicza pozytywy konsolidacji Szafraniec.

Roman Badach-Rogowski jednak takim optymistą nie jest - szczególnie w kwestii konsolidacji. Twierdzi, że nie przełoży się ona na spadek nieuzasadnionych wezwań i wyjazdów, gdyż przyczyny tkwią poza dyspozytorniami.

Zgadza się, że edukacja jest potrzebna, ale podkreśla, że nie powinna ona dotyczyć jedynie najmłodszych, ale także seniorów, gdyż ta grupa ma najmniejszą wiedzę.

Potrzebne są znane twarze kampanii

Zdaniem Badacha-Rogowskiego brakuje przede wszystkim "potężnej, ogólnopolskiej kampanii społecznej" z udziałem znanych twarzy, która by uświadamiała, jaką rolę pełnią ratownicy medyczni, kiedy należy ich wzywać i jak udzielać pierwszej pomocy. - Powinna to zrobić telewizja publiczna z inicjatywy rządzących, realizuje przecież misję. Ale nie poprzez seriale, które fałszują obraz ratownictwa - podkreśla.

- Na razie nie widzę szans, by problem nieuzasadnionych wyjazdów uregulować. Za dużo jest innych rzeczy do załatwienia i trzeba to robić po kolei. W życie nie weszła ani mała, ani duża nowelizacja ustawy o ratownictwie, a porozumienie z rządem nie wyczerpało postulatów ratowników - kończy Badach-Rogowski.