In vitro na receptę?

Autor: Andrzej Bęben • • 12 lutego 2009 13:24

Około 100 milionów zł rocznie kosztowałoby wprowadzenie pełnej refundacji zapłodnienia pozaustrojowego

Refundować zapłodnienie pozaustrojowe metodą in vitro (IVF) czy nie? Oto jest pytanie, na które odpowiedź tylko z pozoru jest prosta. Bo jeśli pokrywać koszty takiego leczenia (czy akurat jest ono leczeniem też bywa przedmiotem dyskusji), to w jakiej części i na jakich warunkach? I dlaczego, w ogóle, refundować tę procedurę? W styczniu 2008 r. Donald Tusk w wywiadzie dla Newsweeka powiedział: "W tym roku na pewno nie będzie to możliwe. Cały czas szukamy środków na załatanie dziurawego statku, jakim jest dzisiejszy system finansowania opieki zdrowotnej. Jako człowiek odpowiedzialny muszę powiedzieć, że dziś nie stać nas na refundowanie kolejnych kosztownych procedur".

Nieśmiałe sugestie

Takim stwierdzeniem w stylu "jestem za, a nawet przeciw" premier zostawił nadzieję tak dla zwolenników refundowania IVF, jak i jego przeciwników.
Jedenaście miesięcy później szef rządu zdecydowanie uśmiechnął się do zwolenników. 26 listopada uczestniczył w obradach Zespołu ds. Konwencji Bioetycznej, a potem puścił w Polskę stwierdzenie: "Przyjmujemy, jako zasadny, postulat refundacji metody in vitro", co ucieszyło zwolenników i zmartwiło przeciwników IVF. Tusk wówczas oświadczył również, że IVF powinna być metodą prawnie uregulowaną, "a co za tym idzie powinna być dostępna dla tych, którzy nie mają innej możliwości zapobiegania skutkom bezpłodności".
Premier poprosił minister zdrowia o oszacowanie kosztów częściowej refundacji IVF. Przypomnijmy, że z końcem listopada minionego roku półoficjalne oświadczenia składała również minister Ewa Kopacz. W wywiadzie udzielonym Dziennikowi stwierdziła: "Na początek można refundować in vitro dla najbiedniejszych.
Na wszystko nie będzie nas stać. To mógłby być pierwszy krok".

Czego nie wie lewica

O refundacji IVF dyskutowano już grubo wcześniej. Jesienią 2005 r. prof. Jerzy Radwan na łamach Rynku Zdrowia mówił, że NFZ "znalazł środki na refundowanie procedury". Koszty prowadzenia innych metod wspomagania rozrodu płatnik w części pokrywa. Rzecz w tym, że do tych procedur nie ma zastrzeżeń natury światopoglądowej. Przeciwnicy IVF szukają różnych kontrargumentów dla zrównania in vitro z metodami wewnątrzustrojowymi. Nie zgadzają się na finansowanie IVF z pieniędzy podatników, wśród których są również...
przeciwnicy tej metody. Należy założyć, że - prędzej czy później - pojawią się argumenty w rodzaju: chcemy finansować in vitro, a nie ma pieniędzy na zrefundowanie szczepień przeciwko rakowi szyjki macicy! Ministerstwo Zdrowia zamiast dwóch tygodni już drugi miesiąc konstruuje rachunek kosztów refundacji (częściowej i pełnej) IVF. MZ wtedy będzie liczyło koszty, gdy nowy zespół bioetyczny określi kryteria, na podstawie których IVF byłoby refundowane. Z drugiej strony prominentny polityk PO Zbigniew Chlebowski komunikuje w mediach, że owe zasady refundacji powstaną wówczas, gdy będzie gotowa symulacja kosztów.
Można byłoby powiedzieć, że nie wie lewica, co czyni prawica...

Jak to wyliczyć

Rozumiemy, że w tej wyliczance chodzi o rzetelne i precyzyjne przedstawienie kosztów. Bo nie wdając się w księgową precyzję, wiadomo, ile trzeba rocznie wydać na całkowite zrefundowanie IVF.
Zdaniem prof. Mariana Szamatowicza, który w 1987 r. dokonał pierwszego w Polsce udanego zabiegu zapłodnienia metodą in vitro, na ten cel NFZ wydawałby rocznie ok. 100 mln zł.
Z wyliczeń Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego wynika, że refundacja kosztowałaby płatnika od 200 do 300 mln zł.
Lewica w uzasadnieniu do projektu nowelizacji Ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych stwierdza: "Wielkość populacji polskiej wymagającej leczenia metodami in vitro wynosi około 25 000 par rocznie, z czego nie więcej niż połowa będzie zainteresowana zastosowaniem tych metod (12 500 x 9000 zł = 112 500 000 zł)".
W ubiegłym roku, według różnych źródeł, w Polsce wykonano 5-6 tys. zabiegów IVF. Rok wcześniej - 20% mniej.
Oznacza to, że prawna popularyzacja in vitro będzie oznaczała 250-procentowy wzrost liczby przeprowadzonych zabiegów! Dodajmy, że z sondażu przeprowadzonego przez internetowy serwis dla lekarzy konsylium24.pl wynika, że ponad 67% ankietowanych polskich lekarzy uważa, iż procedury zapłodnienia in vitro powinny być chociaż częściowo finansowane przez NFZ.

Kto na tym zarobi

Przeprowadzanie IVF to niezły biznes.
Nie tylko dlatego, że nie jest tanie, ale przede wszystkim dlatego, że pacjenci nie muszą dostawać 100-procentowej gwarancji skuteczności przeprowadzanego zabiegu! Inaczej mówiąc: płacisz i masz nadzieję, że może się uda.
Nie wiadomo, ile dokładnie ośrodków świadczy tego rodzaju usługę. Nie ma bowiem obligatoryjności raportowania o tej działalności do jakiegoś ośrodka monitorującego.
Klinikę in vitro może sobie założyć każdy, bo na jej prowadzenie nie trzeba zezwolenia. Prof. Leszek Pawelczyk, kierownik Kliniki Niepłodności i Endokrynologii Rozrodu AM w Poznaniu, szacuje, że IVF w Polsce może zajmować się na komercyjnych zasadach ok. 40 ośrodków, z których jedynie (lub aż) 18 informuje o efektach swojej działalności Polskie Towarzystwo Ginekologiczne.
Platforma (i lewica również) głosi, że refundowane IVF przeprowadzane byłoby "w kilku ośrodkach". A dlaczego nie we wszystkich? Gdzie równość podmiotów gospodarczych? Przy założeniu, że ośrodków jest 40 i wszystkie spełniałyby kryteria (które jeszcze nie zostały sprecyzowane) płatnika, to aż prosi się zapytać, czy udałoby się im zaspokoić 250-procentowy wzrost zainteresowania pozaustrojowym zapłodnieniem? Wątpliwe, by nastąpiło to "od razu".
Z drugiej strony całkowita, a nawet częściowa refundacja IVF oznacza wzrost obrotów klinik oferujących in vitro. Dziś zainteresowanie tą metodą limituje nie tyle czynnik światopoglądowy, co ekonomiczny. I dlatego nie dziwi, że kliniki tę usługę sprzedają jak telewizory: dziesięć rat, 0%.
Gdyby refundacja stała się faktem, to z własnej kieszeni trzeba byłoby płacić dopiero za czwartą i następne próby! Przeciwnicy IVF sugerując, że refundacją zainteresowani są w równym stopniu tak samo pacjenci, jak i kliniki, Ameryki nie odkrywają. Nie ma jednak dowodów na to, że - jak twierdzi Marek Jurek, lider Prawicy Rzeczpospolitej - firmy zajmujące się zapłodnieniem in vitro lobbują w Sejmie za rozwiązaniami, które ułatwią im korzystanie z publicznych pieniędzy.

Jak refundują inni

W Europie in vitro pełnopłatne jest nie tylko w Polsce, ale także w Rosji, Ukrainie, Rumunii, Mołdawii oraz na Litwie.
W pozostałych państwach ubezpieczyciel zdrowotny dopłaca lub refinansuje IVF.
W Niemczech pacjentom do 40. roku życia (4 cykle). W Holandii zwraca się za 3 cykle. W Norwegii również, ale wyłącznie za zabiegi przeprowadzone w publicznych ośrodkach. Tak samo jest w Chorwacji.
Słowacja i Słowenia refunduje 4 cykle, niezależnie, czy zabieg był prowadzony przez publiczną, czy też prywatną klinikę. Węgry refundują 5 cykli (niezależnie od formy własności ośrodka). W Hiszpanii jest refundacja całkowita i dotyczy jedynie zabiegów przeprowadzonych w publicznych ośrodkach. W Wielkiej Brytanii o finansowaniu IVF w każdym przypadku decyduje ubezpieczyciel.
W interesujący sposób do problemu podeszli Czesi - refundują pacjentom do 40. roku życia (niezależnie od liczby wykonanych cykli) trzy procedury: hormonalną stymulację, hodowlę i przeniesienie zarodków.
Jednak najdogodniej dla pacjentów kwestię rozwiązano we Francji. Jest to jedyne państwo UE, w którym pokrywa się w 100% koszty IVF, bez względu na liczbę cykli. Nie ma znaczenia, czy placówka jest prywatna, czy publiczna. We Francji in vitro przeprowadzane jest, pod ścisłym nadzorem zespołu specjalistów, w 94 ośrodkach.

Nic nowego

W jakim stopniu w Polsce będzie refundowane in vitro (zakładając, iż będzie)? Trudno o tym teraz wyrokować, kiedy problem ma aspekt także pozamedyczny i NFZ zapowiada, że - wskutek mniejszych wpływów ze składek zdrowotnych - w II półroczu 2009 r. będzie mniej pieniędzy na leczenie.
Przypomnijmy, że in vitro miało już być refundowane. W październiku 2005 r. ogłoszono "Program leczenia niepłodności metodami zapłodnienia pozaustrojowego" skierowany do pacjentek w wieku od 18 do 40 lat (które miałyby za sobą co najmniej 2-letni okres bezskutecznego leczenia niepłodności).
Program nie zdążył wejść w życie, bo w dwa dni po jego ogłoszeniu przez ówczesnego ministra zdrowia Marka Balickiego rząd kierowany przez Marka Belkę podał się do dymisji.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum