Ile naprawdę pieniędzy potrzebuje polska ochrona zdrowia?

Autor: Ryszard Rotaub • • 25 czerwca 2014 10:38

Co to tego, że trzeba zwiększyć finansowanie sektora ochrony zdrowia, zgadzają się wszyscy. Wątpliwości pojawiają się wtedy, gdy padają pytania o ile i z jakich źródeł? Próbowali odpowiedzieć na nie uczestnicy panelu "Finansowanie systemów ochrony zdrowia - wyzwania dla Polski i Europy", który zorganizowano 8 maja w Katowicach podczas VI Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Zadania tego podjęli się profesorowie medycyny, politycy, lekarze, eksperci. Byli zgodni, że na zwiększenie wydatków wpływają takie czynniki, jak starzenie się populacji, wzrost zachorowalności na choroby przewlekłe, rosnące koszty związane z wprowadzaniem nowych technologii medycznych itd.

Skala problemu

Żeby zobrazować skalę problemu, prof. Jan Duława, prorektor ds. nauki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, przywołał przykład Stanów Zjednoczonych. Jak obliczono, jeśli nakłady na ochronę zdrowia będą tam rosły w takim tempie jak obecnie, to w 2082 r. trzeba będzie przeznaczać na tę sferę 100% PKB (w ostatnich latach jest to w granicach 14-17% PKB, co wynosi 2,5 biliona dolarów).

- Zdrowie społeczeństwa zależy od takich czynników, jak poziom jego zamożności i poziom edukacji - zaznaczył prof. Jan Duława.

- Kanada wydaje na zdrowie 8% PKB, a zapewnia lepszą dostępność świadczeń niż Amerykanie, więc proponuję iść raczej drogą Kanadyjczyków, Czechów czy Finów - nawiązał do wydatków w USA prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, a jego wypowiedź uzupełnił Adam Pustelnik, ekspert rynku ubezpieczeniowego: - Amerykanie wydają 42% tego, co wydaje cały świat na zdrowie.

- Medycyna jest droga. Trzeba sięgać po nowe technologie - kontynuował prof. Zembala i przypomniał, że np. jeszcze niedawno nie operowano niektórych guzów, podczas gdy obecnie te kosztowne operacje są wykonywane.

Innym czynnikiem uzasadniającym sięganie po drogie technologie medyczne jest prawo, które nakazuje ratowanie małych dzieci wymagających leczenia kardiologicznego i kardiochirurgicznego, czego np. we Francji, w przypadku dzieci do pierwszego roku życia, się nie robi.

Senator PiS i były wiceminister zdrowia Bolesław Piecha podzielił pogląd przedmówców, że należy zwiększyć finansowanie. Zwrócił jednak uwagę, że co do tego zgadzają się wszyscy, ale na dobrą sprawę nie wiadomo, o ile powinny wzrosnąć wydatki na ochronę zdrowia. Teraz przeznacza się w Polsce na zdrowie 7,2% PKB (w tym ze źródeł prywatnych).

Piecha zauważył, że opłacanie kosztownych procedur medycznych przerzucono z budżetu państwa na NFZ, bo zakładano, że składki zdrowotne będą rosły. Tymczasem nastąpiło spowolnienie gospodarki i wpływy ze składek zmalały. - W 2010 r. była okazja do podwyższenia składek, nie zrobiono tego. Potem przyszedł kryzys - stwierdził.

- Rynek zareagował w ten sposób, że głównym regulatorem między podażą a popytem stała się kolejka i odsyłanie pacjentów na bliżej nieokreślony termin wykonania usługi - powiedział senator i dowodził, że w tej sytuacji są dwie możliwości: podwyższenie składki zdrowotnej albo przesunięcie pieniędzy z budżetu. - Premier Wielkiej Brytanii Tony Blair nie zawahał się przesunąć z budżetu państwa miliardy funtów, żeby wzmocnić system opieki zdrowotnej - przekonywał.

Stwierdził ponadto, że w budżecie państwa zawsze były środki na leczenie - nie tylko na uniwersytety medyczne, rezydentury i budowę szpitali. - Ta część budżetu stale się zmniejszała. Czas wrócić do tego, że na pewne programy środki musi zapewniać budżet, np. na procedury onkologiczne - powiedział.

Podobny pogląd na temat roli budżetu zaprezentował poseł Tomasz Latos, przewodniczący Sejmowej Komisji Zdrowia. Zwrócił również uwagę na potrzebę koordynacji polityki zdrowotnej, szczególnie na szczeblu lokalnym i regionalnym.

Koordynacja zapobiega trwonieniu

- Rozwija się pewne dziedziny medycyny i tworzy w powiatach szpitalne oddziały według własnego uznania i lokalnych ambicji, a potem zwraca się do płatnika o pieniądze - mówił poseł i apelował o uwzględnienie w planowaniu realnych potrzeb oraz skoordynowanie wydatków inwestycyjnych. - Dzielmy pieniądze mądrze. Potrzebny jest ktoś, kto będzie koordynował wydatki na szczeblu regionalnym.

Innym przykładem nieracjonalnego podejścia do kwestii wydatków jest jego zdaniem patrzenie na problemy ochrony zdrowia z punktu widzenia jednego resortu. - Mamy do czynienia w Polską resortową - stwierdził poseł i skrytykował branżowe podejście do problemów ochrony zdrowia.

- Urzędnik zainteresowany jest jedynie tym, by nie wydać trochę więcej. Nie dostrzega, że wzrost wydatków np. na nowe technologie może spowodować ograniczenie wydatków w innej sferze - powiedział.

Zdaniem przewodniczącego Sejmowej Komisji Zdrowia, stricte ekonomiczne podejście widoczne jest np. w ustawie o działalności leczniczej, która nieprzypadkowo wprowadziła takie pojęcia, jak przedsiębiorstwo podmiotu leczniczego, świadczeniobiorca, świadczeniodawca.

Tomasz Latos wyraził nadzieję, że "jeśli w przyszłości ma się coś zmienić, to przede wszystkim to, że nie będziemy patrzeć resortowo, tylko przez pryzmat całego systemu i całego budżetu państwa."

Do jednostronnego spojrzenia na wydatki na ochronę zdrowia odniósł się też prof. Jan Duława, który stwierdził, że w polskich szpitalach przebywają pacjenci, którymi powinna zająć się opieka społeczna. - Leżą w szpitalu, bo nie wiadomo, co z nimi zrobić - powiedział prorektor.

- Samorząd lekarski ma świadomość, że w systemie brakuje środków finansowych. Tego nikt nie kwestionuje. Pytanie tylko, skąd je wziąć? - zauważył dr Andrzej Włodarczyk, reprezentujący Naczelną Radę Lekarską, były wiceminister zdrowia.

Zwrócił uwagę, że poza brakiem pieniędzy brakuje też pomysłów i koncepcji.

- Przynajmniej od dwóch lat nie ma pomysłu na to, co robić w ochronie zdrowia. Były np. zapowiedzi likwidacji NFZ. Tymczasem do konsultacji społecznych przekazano projekt zakładający totalną centralizację NFZ. Zmiany proponowane przez Ministerstwo Zdrowia prowadzą do upolitycznienia Funduszu i centralizacji, bo o wszystkim będzie decydował minister zdrowia - ocenił.

Powiedział również, że dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne byłyby ważnym uzupełnieniem finansowania.

Większe pieniądze, większy kłopot?

Dr Adam Pustelnik, ekspert rynku ubezpieczeniowego, rozwinął ten wątek dyskusji. Jego zdaniem, prywatne ubezpieczenia zdrowotne powinny być integralną częścią systemu ochrony zdrowia. - Takie ubezpieczenia nigdzie na świecie się nie udały, jeśli nie zostały wpisane w system - ocenił ekspert i zauważył, że w Polsce obecnie nie ma woli

ani wiedzy wpisania dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych w system.

- Nie mogą funkcjonować obok systemu i być dodatkowym źródłem wprowadzania środków. Jeśli miałyby działać równolegle, to byłoby to ściganie się o te same pieniądze - mówił o tym, jakie powinno być miejsce dodatkowych ubezpieczeń w systemie, jeśli zostałyby wprowadzone.

- Ponadto byłoby tak, że im gorzej w systemie publicznym, tym lepiej dla prywatnych ubezpieczycieli - ocenił. Przypomniał również, że 2,5 mln ludzi w Polsce kupiło abonamenty medyczne, a 600 tys. prywatne polisy ubezpieczeniowe, co stanowi ponad 15% ogółu pracujących. Jego zdaniem, to maksymalny wskaźnik do osiągnięcia w przypadku dodatkowych ubezpieczeń.

- Mówimy, że w systemie jest za mało pieniędzy. Padają różne, absurdalne kwoty. Żeby jednak wiedzieć, ile naprawdę potrzeba, należy dokładnie określić potrzeby zdrowotne, a takich analiz też nie znamy. Nie mamy również realnych wycen procedur medycznych - stwierdził Adam Pustelnik i postawił pytanie: komu zależy na realnych wycenach?

- Jeśli ktoś ma źle wycenioną procedurę, to inny ma lepiej wycenioną. W związku z tym nie stoimy w kolejkach do lekarza czy szpitala, tylko do pieniędzy NFZ - podsumował.

W jego ocenie brak ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych powoduje to, że ubezpieczyciele biorą sprawy w swoje ręce, czego przykładem jest fakt, że największa sieć medyczna w naszym kraju należy do ubezpieczyciela.

- Tak jak w Polsce zrodziły się abonamenty medyczne, choć nie było odpowiednich przepisów, tak samo ubezpieczyciele integrują się i rozwijają infrastrukturę, stając się ważnym partnerem dla NFZ - zauważył.

10-letnie kontraktowanie - plusy i minusy

- Od systemu prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych nie uciekniemy, tak jak i od podniesienia składki zdrowotnej - ocenił Adam Aleksandrowicz, wiceprezes zarządu American Heart of Poland SA.

Odniósł się do koncepcji resortu zdrowia dotyczącej wydłużenia okresu kontraktowania do 10 lat. Powiedział, że pomysł, choć wydaje się atrakcyjny, może być ryzykowny.

- Podmiot posiadający taki kontrakt może być zadowolony, bo ma przed sobą wieloletnią perspektywę, ale trzeba pamiętać, że jednocześnie wzrastają bariery dla konkurencji i nowym jednostkom będzie trudniej wejść na rynek - uzasadnił i dodał, że promesy kontraktów oraz mapy potrzeb zdrowotnych powinny być integralną częścią koncepcji wydłużającej okresy kontraktowania.

Stanisław Dąbkowski, pełnomocnik dyrektora Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu ds. systemu zarządzania jakością, wskazał na niewykorzystane możliwości finansowania ochrony zdrowia. Zaliczył do nich m.in. uniemożliwienie szpitalom publicznym świadczenia usług komercyjnych.

- Mamy koszty, a nie mamy sprzedaży. Należy zezwolić na świadczenia komercyjne po zrealizowaniu przez szpital kontraktu z NFZ - apelował.

Opowiedział się również za tworzeniem map potrzeb zdrowotnych na poziomie regionalnym i powołaniem koordynatora świadczeń realizowanych przez placówki należące do różnych gestorów. W tym kontekście za racjonalne i uzasadnione uznał "pozbawienie finansowania nierentownych placówek, utrzymywanych z powodu ambicji".

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum