I stała się wypłacalność

Autor: Piotr Wróbel • • 15 maja 2008 12:40

Kiedyś Szpitalowi Specjalistycznemu w Tarnowie groziła likwidacja. Teraz wybrnął z długów i kupił nawet wierzytelności niepublicznego ZOZ-u!

Czy w ciągu zaledwie 4 lat można wyprowadzić na finansową prostą szpital miejski obciążony 28 mln zł zadłużenia? Przykład Szpitala Specjalistycznego im. E.
Szczeklika w Tarnowie dowodzi, że tak.
Tegoroczny bilans tej dużej, wieloprofilowej lecznicy ma zamknąć się kwotą 300 tys.
zł zobowiązań wymagalnych.
Dyrektor Szpitala Specjalistycznego Marcin Kuta jak zły sen wspomina nie tak odległy czas, gdy dostawcy materiałów medycznych nie chcieli sprzedać tej placówce nawet nici chirurgicznych potrzebnych na ostre dyżury. - Na początku 2004 roku chirurdzy dwukrotnie przeprowadzali wśród siebie składki, żeby kupić nici. Zbierali po 2 tysiące zł - opowiada dyrektor. Pamięta poniedziałkowe rozmowy u prezydenta miasta: "Jeśli do piątku nie uda się nam zdobyć paru podstawowych rzeczy, to składamy wniosek o likwidację szpitala, bo nie gwarantujemy bezpieczeństwa pacjentom".

Finansowy garb

Szpital w Tarnowie, podobnie jak inne w całym kraju, został oddłużony do zera w 1999 roku. Z kiepskim skutkiem.
- To nie jest dobra odpowiedź, jeśli ktoś będzie twierdził, że ten szpital znowu się zadłużał, bo był źle zarządzany. Tu był dobry menedżer - mówi o swoim poprzedniku dyrektor Kuta. I dodaje: - 1 stycznia 1999 roku ktokolwiek by tu był i cokolwiek by zdziałał, musiał każdego dnia robić dług, bo miał za dużą bazę, za dużo ludzi, za duży potencjał.
Finansowym garbem szpitala były nie tylko nadlimitowe usługi oraz ustawa 203, ale i restrukturyzacja lecznictwa w całym mieście i powiecie.
W Tarnowie akurat otwarto nowy szpital.
Z planów wynikało, że ze starego szpitala ma tam przejść około 1000 pracowników. Ostatecznie przeszło 700.
Ambulatoryjne lecznictwo podstawowe i specjalistyczne wydzielono ze struktur ZOZ-u z zerowym zadłużeniem. Koszty pośrednie tych przekształceń zostawały w szpitalu wraz z niewykorzystanym zapleczem.
Miejscy rajcy nie mogli zrozumieć, co dzieje się z kolejnymi poręczanymi przez miasto pożyczkami - w sumie 6 mln zł - które wpadały w "czarną dziurę".
Groźba likwidacji szpitala była całkiem realna. Kiedy na początku 2004 roku doktor Marcin Kuta obejmował stanowisko dyrektora, przychody z kontraktu wynosiły 32 mln zł, a zobowiązania wymagalne 18 mln zł. Wspólnie ze swoją obecną zastępcą Danutą Nosek postanowił przekonać radnych, że w tarnowskim szpitalu nie dzieje się nic, nad czym nie można zapanować. Podobne kłopoty przeżywały szpitale w całym kraju.

Skuteczny lobbing

Zaprocentowało doświadczenie zdobyte przez ten obecny dyrektorski duet jeszcze podczas pracy w Małopolskiej Kasie Chorych. Zaczęli od przedstawienia programu naprawy finansów szpitala i... kreślenia słupków. To dla radnych, aby dobrze pojęli, w czym problem. Na specjalną sesję poświęconą publicznej debacie o losach szpitala przygotowali popartą danymi prezentację. Uświadomili radnym, że w razie upadku szpitala 28-milionowy dług spadnie na samorząd miejski, a likwidacja placówki doprowadzi do wyraźnego pogorszenia dostępu do lecznictwa szpitalnego.
- Tłumaczyliśmy, że finalizujemy wieloletni program restrukturyzacji ochrony zdrowia w regionie i jeśli szpital oraz jego pracownicy dostaną szansę, to odbijemy się od dna - mówi Danuta Nosek.
Ten lobbing okazał się skuteczny.
Miasto poręczyło szpitalowi 10 mln zł pożyczki zaciągniętej w Nordea Bank na bardzo korzystnych warunkach.
Jednostka uzyskała 10-letni kredyt z dwuletnim okresem karencji. Finansowy zastrzyk spowodował, że odsetki ustawowe spadły z 11-12% lub 30% (bo jedna czwarta zobowiązań była wykupiona przez firmę handlującą wierzytelnościami) do 4%.
Dyrektor Nosek podsumowuje: - Od czerwca 2004 r. do grudnia 2006 roku praktycznie zamieniliśmy zobowiązania wymagalne na niewymagalne i spłaciliśmy 70% wszystkich wierzytelności.
Równolegle z negocjacjami z wierzycielami trwały rozmowy z załogą.
Hasła w rodzaju "ratuj się kto może" poparte setkami pozwów o wypłatę zaległych podwyżek z ustawy 203 zastąpiła wiara w to, że tym razem musi się udać. - Wiem, co trzeba zrobić i jak, tylko pozwólcie działać - prosił dyrektor Marcin Kuta.
Pozwolili. Przez 3 lata decydowali się na odstąpienie od funduszu socjalnego wynoszącego 700 tys. zł rocznie. Zgodzili się na wprowadzenie 75% czasu zatrudnienia i pomniejszonej o 1/4 płacy. Zgoda co do takiego rozwiązania wśród 440 osób sprawiła, że na bruku nie znalazło się 80 ludzi. Powroty na etaty weryfikował czas i odejścia na rentę, urlopy wychowawcze, wyjazdy. Cztery osoby odchodziły z pracy - jedna wracała na pełny etat. Wszyscy pracownicy odzyskali pełne etaty do października 2005 roku.
Personel wykazał się też cierpliwością w oczekiwaniu na "wyprocesowane" podwyżki z tytułu ustawy 203, zrezygnował z odsetek. Zaległości zostały spłacone do końca 2005 roku. - Wcześniej chodziłem do sądu na rozprawy i starałem się zaszczepić w ludziach wiarę, że szpital będzie istniał, jeśli zwiążą swoje losy z firmą. To mi się udało - mówi Marcin Kuta.
I dodaje, odnosząc tę uwagę do wszystkich grup zawodowych zatrudnionych w szpitalu: - Tu panował socjalizm w głowach. Najtrudniejszą rzeczą była nie zmiana wyniku finansowego, tylko zmiana sposobu myślenia o swoim miejscu pracy.

Wypłacalny jak szpital

Szpital skorzystał z najnowszej ustawy oddłużeniowej. Możliwości oszczędzania, ale i zarabiania szukano wszędzie.
Wprowadzono inny system dyżurowania, likwidowano dublowane stanowiska.
Dopilnowano wszystkich przetargów.
- Zastałem w szpitalu przekonanie, że trzeba kupować tyle materiałów, żeby wystarczyły na 2-3 lata, bo z każdym rokiem będzie drożej. Dzisiaj z doświadczenia wiadomo, że wyższe ceny u dostawców wynikały stąd, że szpital coraz gorzej płacił, a specyfikacje stały się zbyt zawężone - ocenia Marcin Kuta.
Teraz o względy terminowo płacącego szpitala zabiega wiele firm. W 2003 roku stenty sprzedawały placówce 2-3 firmy, dzisiaj do przetargu staje 11- 12. Wcześniej trzeba było namawiać dostawców żywności, żeby zechcieli handlować ze szpitalem. W 2004 roku do rywalizacji o zaopatrzenie szpitalnej kuchni stanęło dziewięciu. Niemal w każdym przetargu spadają ceny materiałów medycznych, zwłaszcza rozruszników, endoprotez, stentów, balonów i oprzyrządowania do koronarografii.
Szpital stał się wymagającym klientem. - Macie zupełnie dobry sprzęt i materiały - mówią lekarze dorabiający w szpitalu kontraktami.
Dyrektor Marcin Kuta przyznaje, że otarł się w swojej pracy o nie do końca przejrzyste zasady współpracy, jakie proponują lekarzom firmy sprzedające sprzęt i materiały medyczne. Wprowadził regułę, że podczas przetargów lekarze mają głos opiniodawczy, ale nie decyzyjny.
Często zadaje swoim współpracownikom pytanie: - Dlaczego wybierasz akurat ten sprzęt, ten materiał? Zaznacza: - Zgadzam się szybko, jeśli za wyborem przemawia medycyna oparta na faktach.

Tropem kosztów

Przyjął się zwyczaj cyklicznych spotkań dyrekcji z kierownictwem oddziałów. Na stole zawsze stał komputer z twardymi danymi. Udowadniały np., że lekarze nie zawsze potrafią zarabiać pieniądze dla szpitala. Wyceny punktowe leczenia pacjentów z takim samym rozpoznaniem okazywały się rozbieżne nawet o 100 punktów. - Lekarz wprowadzał zły kod do rozliczenia, bo niedokładnie przeczytał katalog - stawiał diagnozę dyrektor Kuta. Ordynatorom zwykł mówić: - Świetnie, że liczycie gaziki warte 40 groszy, ale spróbujcie dostrzec dużo większe pieniądze, które nie zawsze są zasadnie wydawane.
Zgodzili się, że zbyt często wykonywane są niektóre badania diagnostyczne. Np.
do oceny przypadków pulmonologicznych zamiast tomografii częściej można stosować diagnostykę bronchoskopową.
Po rozmowach z dyrektorem i wymianie argumentów lekarze niemal dwukrotnie zmniejszyli zużycie krwi i preparatów krwiopochodnych do optymalnych wskaźników.
- Nie dyskutuję ze specjalistami o sztuce leczenia, bo to oni się na niej znają najlepiej, ale ja znam się na zarządzaniu. Chcę tylko, aby zadali sobie pytanie dlaczego postępują tak, a nie inaczej i daję im do rozważenia dane porównawcze - tak dyrektor przedstawia swój patent na uzyskanie konsensusu z lekarzami w sprawach kosztów.
W szpitalu, żeby zarabiać większe pieniądze, poszerzono bazę łóżkową oddziału ortopedii, taki sam zamiar dotyczy kardiologii inwazyjnej. Będzie tu też prowadzona rehabilitacja pacjentów oddziału ortopedycznego. Jednak ostatni pomysł dotyczący zarabiania pieniędzy, na jaki wpadł menedżer publicznego szpitala w Tarnowie, może zaskoczyć niejednego dyrektora. Otóż Marcin Kuta odkupił długi niepublicznego ZOZ-u prowadzącego w budynku szpitala pracownię rezonansu magnetycznego.

Publiczny kupił prywatnego

Aparat do rezonansu kupiło 4 lata temu, głównie za pożyczone pieniądze, stowarzyszenie działające na rzecz zdrowia dzieci, założone przez grupę samorządowców i lokalnych polityków.
Niestety, nie regulowało zobowiązań.
Wierzytelności warte około 1 mln euro drogą cesji trafiły do amerykańskiej spółki prowadzącej inwestycje kapitałowe.
Znalazła się firma, która chciała przejąć te wierzytelności wraz z prawem do własności aparatu. Jej przedstawiciel zapukał do dyrektora szpitala z pytaniem, czy ta placówka zagwarantuje możliwość dalszego korzystania z pomieszczeń.
- W kilka sekund olśniło mnie i zadałem sobie pytanie: "Skoro oni mogą kupić te wierzytelności, to dlaczego ja nie mogę, tym bardziej że ten rezonans pracuje w naszym szpitalu?" - opowiada Marcin Kuta. Biuro prawne prowadzące tę transakcję w Warszawie potwierdziło, że dyrektor z Tarnowa ma rację: publiczny ZOZ może kupić długi niepublicznego ZOZ-u. Żeby sfinalizować zakup, szpital dostał ekspresową pożyczkę od miasta.
Dyrektor Kuta tak przedstawia finał swoich starań: - Firmie sprzedającej wierzytelności zależało na szybkich pieniądzach, a ja negocjować trochę umiem. Wierzytelności warte 1 mln euro kupiłem za 250 tys. euro.
To nie wszystko. Niebawem szpital wzbogaci się o 3-letni tomograf. Okoliczności całej transakcji są niemal takie same, jak poprzedniej, z tą różnicą, że dotychczasowy prywatny właściciel musiał wydać aparat firmie, która pożyczyła pieniądze. W styczniu 2008 r. nastąpi przejęcie przez szpital wartego 250 tys.
zł kontraktu z NFZ.

Wynik na zero

Danuta Nosek z satysfakcją pokazuje plansze ilustrujące wyniki lecznicy.
Wskaźniki przychodów i kosztów od 2005 roku są zrównoważone. Już w 2006 roku szpital wykazał dodatni wynik finansowy - prawie 300 tysięcy złotówek.
Komentując ten fakt, dyrektor Marcin Kuta stwierdza: - Interesuje mnie tylko niewielki wynik na plusie, blisko zera. Taki wynik oznacza, że zarobione pieniądze należycie inwestujemy w rozwój, czyli urządzenia medyczne i płace. Gdybym dopiero po roku decydował, jak wydać te pieniądze, to znaczyłoby, że nie jestem dobrym menedżerem.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum