Gram w szachy z naturą

Autor: Katarzyna Rożko • • 11 lutego 2010 15:38

Najpierw był Jędrzej Kawa, kowal z podtarnowskiej wsi, który z leczeniem miał niewiele wspólnego, za to w jego obejściu na początku I wojny światowej stacjonował oddział z balonem oraz samolotem rozpoznawczym. Opowieści o tym z wypiekami słuchał mały wnuk Tomasz Kawa.

Jako dziesięciolatek zobaczył, jak na łące ląduje szybowiec i wpadł po uszy. Przez lata połykał każdy numer "Skrzydlatej Polski", wybrał medycynę, ale pielęgnując upodobania lotnicze, osiągnął poczesne miejsce wśród polskich pilotów szybowcowych i samolotowych. Jako lekarz - pilot uczestniczył w akcjach humanitarnych w Afryce.

O tym, jak trafił Tomasz Kawa do Międzybrodzia Żywieckiego, krąży anegdota. Zawdzięcza to... Leninowi. Podczas dyżuru w śląskim szpitalu, koleżanka z pracy rzuciła na biurko egzemplarz "Służby Zdrowia" z Leninem na okładce ze słowami: "Podciągnij się ideologicznie". Nie chciał patrzeć na niego, więc odwrócił gazetę wodzem rewolucji do spodu. Na tylnej okładce było ogłoszenie "Międzybrodzie Żywieckie szuka lekarza", a było to wówczas wymarzone miejsce dla każdego szybownika.

Kilka godzin później doktor Kawa już składał swoją ofertę, a po kilkunastu dniach zamieszkał z żoną i czteroletnim synem Sebastianem na skraju lotniska u stóp góry Żar.

Wreszcie wśród bliskich

37-letni dziś Sebastian Kawa, ginekolog-położnik, od kilku lat zdobywa wszelkie możliwe światowe laury w szybownictwie. Gdy podczas rozmowy nazywam go szybowcowym Schumacherem, skromnie podkreśla że w Nitrze i w Rieti wcale nie był pierwszy. Zgarnął za to złoto podczas sześciu mistrzostw świata dwóch mistrzostw Europy, zeszłorocznych Światowych Igrzysk Lotniczych w Turynie i jeszcze wielu innych.

Najświeższa wygrana to zwycięstwo w wyścigu podczas Szybowcowych Mistrzostw Świata w Santiago de Chile, które odbywały się 2-9 stycznia 2010 r. Na rozmowę z Rynkiem Zdrowia mistrz przychodzi prosto... z filmu "Księżniczka i żaba". U boku siedmioletnia córka Ola.

- To nasz pierwszy dzień od kilku tygodni spędzony razem na przyjemnościach. W domu czekają jeszcze dwie dziewczyny: żona Anna (też lekarz) i trzyletnia córka Marta. W zeszłym roku startowałem w siedmiu zawodach. Każde to około dwóch tygodni poza domem. Wraz z organizowaniem pieniędzy na wyjazd, przygotowaniem sprzętu, logistyką... wychodzi łącznie ponad pół roku - opowiada Sebastian Kawa.

Dlatego w 2009 roku zawiesił pracę w zawodzie ginekologa i poświęcił go na starty. I tylko na starty, bo na treningi nie ma czasu. Jego zdaniem, najlepsze jest właśnie uczestnictwo w zawodach.

- Wtedy mam okazję skonfrontować swoje umiejętności bezpośrednio z innymi zawodnikami i terenem. To takie szachy z naturą. Dwóch pilotów ściga się na szachownicy, która czasem obróci się o 180 stopni - śmieje się Kawa.

Poza tym nie ma możliwości, by na co dzień latał na sprzęcie, na którym startuje w zawodach.

Opowieści z błyskiem w oku

- Mistrzowskich szybowców, które nadają się do startów na zawodach, mamy w Polsce... trzy. Ten sprzęt ciągle lata. Do tego dochodzi czas na poznanie miejsca zawodów. Trzeba zminimalizować przewagę, jaką mają lokalni zawodnicy, którzy znają teren. Jeśli lata się wzdłuż zboczy górskich, to trzeba wiedzieć, które podniosą szybowiec, że jakaś dolina kończy się przełęczą, którą łatwo przelecieć, a z innej trzeba szybko uciekać, jeśli się nie ma odpowiedniej wysokości lub zmienią się warunki -wyjaśnia szybowcowy mistrz.

Większość zawodów odbywa się obecnie w górach. Jak wyjaśnia Sebastian Kawa, teren ten jest ciekawszy i trudniejszy daje możliwość wykorzystywania różnych zjawisk meteorologicznych, a przestrzeń jest wolna od samolotów komunikacyjnych. Z ostatnich zawodów w Chile z błyskiem w oku wspomina niesamowite widoki, przestrzenie, ponad 100-kilometrową widoczność. Mówi też o wysokościach niespotykanych przy takim lataniu w Europie:

- Lataliśmy tam na wysokości ponad 7 tys. metrów. Samoloty komunikacyjne przelatywały poniżej. W Wigilię wybrałem się nad Aconcaguę, najwyższy szczyt Andów. Jak na dłoni widać tam obozowiska i ścieżki alpinistów, którzy wspinają się na górę tygodniami. A tu przylatuje szybownik w spodenkach, w okularach, z aparatem fotograficznym. Bezszelestnie, w kilkadziesiąt minut jest nad szczytem. Aconcagua jest w Argentynie, przeleciałem w poprzek nad Andami, a potem do Santiago wracałem z wiatrem, prując ponad 400 km na godzinę.

W ten sposób ogromną część trasy rajdu Dakar przeleciał... w 20 minut. Ubolewa, że sport szybowcowy jest w Polsce tak mało zauważany. W jego opinii w Ministerstwie Sportu szybownictwo nie istnieje, nie ma go też w mediach.

- Dlatego wozimy też ze sobą aparaty kamery, żeby podzielić się pięknem lotów. To zwykły sprzęt. Musi się zmieścić wewnątrz i być łatwy do wystawienia na zewnątrz - tłumaczy szybownik.

Sport przydaje się w pracy

Cieszy go, że i na świecie coś się ruszyło w promowaniu tej dyscypliny. Chce się ją pokazywać jako bardzo ekologiczny sport. Tymczasem sam Sebastian Kawa wkrótce zasiądzie do pisania i wyboru zdjęć, by tym, co przeżył w Ameryce Południowej, podzielić się z czytelnikami prasy lotniczej, wśród których na pewno nie zabraknie Tomasza Kawy.

Tata Sebastiana na szybowcach lata ponad pół wieku. Wprowadził syna na lotnicze szlaki, a teraz pomaga mu w przygotowaniach i ubezpiecza na ziemi podczas zawodów. Na co dzień jest lekarzem rodzinnym i pediatrą. Mama Sebastiana jest neurologiem i lekarzem rodzinnym. Jak przyznaje Sebastian, oboje mieli wielki wpływ na jego życiowe wybory oraz pasje. A nie zaczęło się wcale od szybownictwa i medycyny.

- Mając siedem lat, zacząłem pływać na żaglówce i dobrze mi szło. Wielokrotnie wygrywałem w mistrzostwach Polski, z powodzeniem uczestniczyłem w mistrzostwach Europy i świata. To, że od małego startowałem w zawodach, nauczyło mnie dokładności oraz tego, że trzeba być wytrwałym, aby się czegoś nauczyć. Nie były to zawody, które wymagały wielkich predyspozycji fizycznych, ale trzeba było myśleć. Tak samo w medycynie, żeby do czegoś dojść, trzeba być wytrwałym i gotowym na wyzwania, bo człowiek zmaga się nie tylko z leczeniem, ale i systemem ochrony zdrowia - przyznaje Sebastian Kawa.

Studiował na Śląskiej Akademii Medycznej. Na uczelni ujęło go to, że zdobywa tam konkretny zawód. Jak wygląda sama praca, widział na co dzień, obserwując rodziców. Po studiach trafił do szpitala w Żywcu. Tam ordynator Witold Żelawski namówił go na specjalizację z ginekologii. Ukończył ją w 2006 r. Pracując w Szpitalu Ogólnym im. dr. Edmunda Wojtyły w Bielsku-Białej, przyjął ponad 1500 porodów.

Na razie wracam do medycyny

- Od uzyskania specjalizacji minęły cztery lata. Poświęciłem je głównie lataniu. Ostatni rok zawodom, poprzedzające go dwa lata zdobywaniu zawodowych uprawnień lotniczych. Zrobiłem je z myślą o lataniu w liniach komunikacyjnych. Miałem taki plan, ale przyszedł kryzys i dotknął również linie lotnicze. Pomysłu jednak nie zarzucam, a tymczasem wracam do medycyny - wyjaśnia ginekolog.

Nie da się żyć z latania szybowcem, ale skromne zarobki w szpitalu też nie wystarczały, by utrzymać rodzinę. W zawodach lotniczych nie ma nagród, ale podparciem było roczne stypendium sportowe i skromne nagrody za medale. Często trzeba było organizować zbiórkę na sfinansowanie udziału w zawodach. Jednak nie odpuści i zamierza zrobić wszystko, by spopularyzować ten piękny sport. Zapewnia, że ma on wiele wspólnego z medycyną.

- Latanie bez silnika wymaga samodzielności i szybkiego podejmowania decyzji. I tak jak startując w powietrze, tak wchodząc do gabinetu czy na salę operacyjną, trzeba być przygotowanym i skupionym na tym, co trzeba zrobić. To są decyzje, które mogą kosztować życie - podkreśla Sebastian Kawa.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum