Gdy wiatr dmucha z gestem

Autor: Jacek Janik • • 23 czerwca 2009 14:47

Grzegorz Ćmiel: - Żegluję na Mazurach przed sezonem, gdyż nienawidzę spędu na jeziora tych, którzy pływanie traktują jako pretekst do nieustannego imprezowania.

Kiedy w kierunku Mazur wyruszają tysiące rodaków, aby upajać się łopocącym wiatrem w żaglach, piwem i hałasem w mazurskich portach, on wraca i marzy o kolejnym wypadzie na żagle - kiedy jeszcze jest na jeziorach pusto i czysto.

Tak dzisiaj jest na Mazurach już tylko przed sezonem.

- Od wielu już lat pływam na Mazurach właśnie przed sezonem - mówi katowiczanin, chirurg Grzegorz Ćmiel. - Trochę z przymusu, gdyż tak jak uwielbiam pływać pod żaglami, tak nienawidzę hałasu, spędu na jeziora tych, którzy pływanie traktują jako pretekst do nieustannego imprezowania. Pływam już od wielu lat i muszę przyznać, że w tym czasie wiele się zmieniło. Jachty są coraz piękniejsze, coraz doskonalsze technicznie, coraz bardziej bezpieczne. Tylko żeglarze często jakby mniej są "dorośli". Wielu z nich tak naprawdę o żeglowaniu nie ma pojęcia.

Na stole książeczki żeglarskie. Pożółkły papier jest świadectwem wielu minionych lat. W książeczkach wiele wpisów, niektóre prawie zatarte, inne wypłowiałe… - Na początku wszystko skrupulatnie odnotowywałem. Każdy rejs. To z jednej strony była duma, z drugiej dokument świadczący o kolejnych kwalifikacjach do stopni żeglarskich. Po kilkunastu latach przestałem zapisywać, gdzie i na czym płynąłem. Choć dzisiaj trochę żałuję, bo było tyle tych rejsów, że teraz już wszystkich nie pamiętam - mówi z uśmiechem doktor Ćmiel.

Zaraźliwy Zawisza Czarny

O żeglarskiej pasji Grzegorza Ćmiela zdecydował przypadek. Dał się namówić na rejs Zawiszą Czarnym jeszcze w ogólniaku.

- W szkole, na przerwie, podszedł do mnie starszy kolega z harcerskiej drużyny wodnej, gdzie retmanem był Andrzej Burzyński, i zapytał, czy mam ochotę popłynąć Zawiszą Czarnym. Ta nazwa była jak magia. O samym żeglarstwie wiedziałem tyle, co każdy chłopak, którzy przeczytał "Czerwonego Korsarza" Jamesa Fenimore’a Coopera i kilka innych przygodowo-awanturniczych książek o piratach. Pomyślałem - dlaczego nie? I tak się to zaczęło.

Był rok 1974. Wszystko organizowało Centrum Wyszkolenia Morskiego ZHP w Gdyni. Po tym bałtyckim rejsie Zawiszą z żeglarskiego bakcyla nie dało się już młodego chłopaka wyleczyć: - Nietrudno policzyć, że towarzyszy mi ten bakcyl już 35 lat...

Ze Śląska nad morze, czy nawet na Mazury, jest dość daleko. Po rejsie na Bałtyku przyszły te bliższe, po Jeziorze Goczałkowickim i praca w Harcerskim Ośrodku Wodnym w 30. Harcerskiej Drużynie Wodnej. Później po "morzu" Żywieckim i praca w KŻ Perkoz w Zarzeczu.

Czasy studenckie to oczywiście AZS, gdzie piastował przez jedną kadencję funkcję komandora studenckiego klubu na Śląskiej Akademii Medycznej.

Pierwszy zagraniczny

Ćmiel wyławia z pamięci kolejne nazwy jachtów: SY Wielkopolska, SY Gryfita, Barbórka, Bryza, Carbonia, Maius, Oniro, na których zdobywał doświadczenie i kolejne stopnie żeglarskie.

- W pierwszy zagraniczny rejs popłynąłem w 1981 roku. "Zagraniczny" to duże słowo, choć wtedy było to ogromne przeżycie. Płynęliśmy po Bałtyku, zawijając do portów w Szwecji, Niemczech i Danii. Później były dalsze wypady, do portów we Włoszech, na Sycylii, Lipari, Gozo, Tunezji.

- Dwa lata temu znajomy zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie mógłbym go zastąpić w roli oficera pokładowego oraz lekarza na Pogorii. Przystałem na to z wielką ochotą. Rejs odbywał się z Malagi do Genui w ramach Morskiej Szkoły pod Żaglami. Jako lekarz nie miałem zbyt wiele do roboty na jachcie. Jakieś drobne urazy, otarcia. Sam rejs, zwłaszcza dla młodych ludzi, to nie tylko prawdziwa szkoła żeglowania, ale i życia.

Biały szkwał

Uderza jak grom z jasnego nieba, i to dosłownie. Biały szkwał - prąd spadającego powietrza, któremu towarzyszy nagły wiatr wiejący od 60 do 75 metrów na sekundę. Przewraca łodzie, łamie największe maszty jak zapałki. Czasem trwa dwie minuty, czasem, zależnie od rodzaju prądu, dłużej.

- Z białym szkwałem zmierzyłem się na początku mojej przygody z żaglami.

Płynęliśmy po jeziorze Święcajty, niedaleko Ogonek. Nic nie zapowiadało, aby miała się zepsuć pogoda. Niebo było bezchmurne...

- Załoga nie była doświadczona.

Właściwie ten rejs był egzaminem na żeglarza jachtowego dla jej członków.

W mgnieniu oka coś zaczęło się dziać z pogodą. Na szczęście byliśmy blisko brzegu. Podjąłem błyskawicznie decyzję, aby się sztrandować (awaryjne wyrzucenie łodzi na brzeg lub na mieliznę - red.).

Weszliśmy z impetem w przybrzeżne szuwary i drzewa, aż całe olinowanie jachtu jęczało i trzeszczało. Nagle uderzyło wiatrem od strony Krowiej Wyspy. Gdybyśmy zostali na wodzie, z całą pewnością by nas przewróciło i wdusiło w toń. Nie muszę dodawać, że wszyscy członkowie bez problemu zdali egzamin - opowiada zamyślony Ćmiel.

Awaryjne wejście do Mykonos

Kolejne, równie dramatyczne wspomnienie: rejs dziesięcioosobowym jachtem Oniro po Morzu Śródziemnym. Na pokładzie była m.in. dwójka małych dzieci.

- Niby spacerek, taka wycieczkowa łatwizna. Wejście do portu Mykonos. Tyle że rzecz działa się w nocy, a ja zupełnie nie znałem wejścia. Na dodatek wiało 8 albo i 10 w skali Beauforta. Miałem podarte żagle, bo wcześniej przy takim solidnym wietrze zablokował nam się rolfok (urządzenie służące do zwijania żagli przednich). Przeżyłem wtedy prawdziwy koszmar. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Przed nami leży kilka albumów zdjęć.

Ich głównymi bohaterami są różnego typu jachty. Te z lat 80. - maki, omegi.

Z późniejszych czasów te kabinowe, luksusowe.

Członkowie załogi o nieogolonych i ogorzałych od słońca i wiatru twarzach.

Na wielu zdjęciach widać ogromne maszty, czasem ożaglowane, czasem tylko olinowane. Na ich tle niewielka sylwetka, maleńki punkcik zawieszony gdzieś wysoko nad pokładem jachtu.

- Tak, to ja - uśmiecha się Ćmiel.

- Jestem niewielkiego wzrostu, lekki.

Dlatego zawsze mnie przypadała rola wspinającego się po masztach, jeśli była taka potrzeba. Nie miałem z tym zresztą nigdy żadnych problemów.

- Dlaczego przez tyle lat pływam? Mógłbym wymyślać różne teorie. Żeglarstwo to dla mnie wspomnienie wielu przygód, młodzieńczych lat i zawsze będę do tego wracał. Przede wszystkim jednak na wodzie odnajduję spokój. Przez wiele lat organizuję rejsy, oczywiście przed sezonem, na które płynie kilka lub kilkanaście łodzi. Każdy jest niezależny, płynie gdzie chce. Jeśli mamy ochotę, to wieczorem cumujemy w jednym miejscu.

Opłynąć Horn

- Wśród znajomych, którzy ze mną pływają, jest wielu lekarzy, ale nigdy nie rozmawiamy na tematy zawodowe.

Nie ma na wodzie komórek, oglądania telewizji, słuchania radia. Czasem tylko wieczorem śpiewamy szanty. Jest słońce, czasami deszcz, cisza, piękna przyroda, bezkresna woda.

- To nie jest tak, że nie lubię codzienności i tego wszystkiego, co się z nią wiąże. Ale czasem trzeba od tego zgiełku i zabiegania odpocząć, zdystansować się, nabrać sił. Mnie się to właśnie udaje na wodzie, kiedy mam nad sobą żagle.

Żeglarskie marzenia? Ćmiel zastanawia się długo nad odpowiedzią.

- Właściwie nie mam takich marzeń.

Wystarczy mi pływanie po naszych pięknych Mazurach. Chociaż… Właściwie to mam jedno marzenie. Chyba jak każdy żeglarz, chciałbym opłynąć kiedyś przylądek Horn.

Życie jest pełne różnych niespodzianek.

Może więc to marzenie kiedyś uda mi się zrealizować i jakiś wiatr rzuci mnie w tamte strony.

Dr GRZEGORZ ĆMIEL Specjalista chirurgii ogólnej. W 1984 r.

- dyplom lekarza medycyny na Wydziale Lekarskim Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach; 1988 r. - I st.

specjalizacji z chirurgii ogólnej, a 1993 r.

- II st. specjalizacji z chirurgii ogólnej.

Od 2005 r. pracuje w katowickim Centrum Medycznym "Szopienice", gdzie jest kierownikiem przychodni i wiceprezesem ds. medycznych.

Ma stopień jachtowego sternika morskiego. Instruktor żeglarstwa, działa w Komisji Szkoleń OZŻ w Katowicach oraz Klubie Żeglarskim "Perkoz" i KŻ Uniwersytetu Śląskiego.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum