Emeryci nie do zastąpienia

Autor: Andrzej Bęben • • 10 czerwca 2009 18:29

Zbyt mało przybywa nowych lekarzy specjalistów, by można było zrezygnować z usług ludzi mających za sobą kilkadziesiąt lat praktyki...

Są w medycznym fachu takie specjalizacje, do których młodzi lekarze jakoś, z różnych przyczyn, się nie garną. Urzędowo mówi się o takich dziedzinach: "deficytowe". Kim jest lekarz reprezentujący deficytową specjalizację? Jest lekarzem mogącym pracować - będąc nawet na emeryturze - bez wyrzutów sumienia, że odbiera młodszemu chleb! Bo bez zasłużonych, wysłużonych i wciąż pracujących nasz system ochrony zdrowia szwankowałby jeszcze bardziej.
Prawda jest taka, że emeryci pracujący łatają w nim dziury. Tak było i tak jest.
I niewiele wskazuje, że w przyszłości w Polsce tak nie będzie...

***

Z danych GUS wynika, że w 2006 r.
mieliśmy w Polsce 77 479 lekarzy (bez dentystów). Dane (za 2008 r.) Śląskiej Izby Lekarskiej mówią, że w województwie śląskim zarejestrowano 12 575 lekarzy (również nie licząc stomatologów). W tej statystyce mieszczą się lekarze czynni zawodowo i w stanie spoczynku. Uwaga: 10% z nich, dokładnie 1 278, to medycy mający prawa emerytalne, ale będący nadal aktywnymi zawodowo.
Przed II wojną światową liczba lekarzy była u nas dwukrotnie niższa niż w państwach Europy Zachodniej. Teraz nadal jesteśmy pod tym względem na szarym końcu w zjednoczonej Europie, choć - przyznać należy to szczerze - dysproporcje nie są już tak znaczne, jak np. w 1935 roku.

W cieniu zabiegowców

W 2002 r. w Śląskiem było 587 anestezjologów.
A teraz jest ich 463. Wśród nich: Aleksandra Jeżewska. Specjalista II stopnia. 63 lata odkreślone w kalendarzu.
Sześć lat temu dorobiła się tzw.
wcześniejszej emerytury. Trzy lata temu, jak prawo stanowi, wysłużyła sobie pani doktor emeryturę. Życie jednak nie znosi próżni, więc pracuje jako anestezjolog (i specjalista intensywnej terapii). Na swoim (założyła sobie jednoosobową firmę) i u kogoś - w katowickim szpitalu MSWiA.
Doktor Jeżewska dyżuruje. Ma za sobą dwie operacje. Dwa razy po dwie godziny przy stole. To sobie teraz troszkę może odsapnąć, nim znów wróci na operacyjną.
- Człowiek może pracować i cieszy go, że jeszcze może być komuś potrzebny.
Żal by było, by wiedza, jaką mam po tych latach pracy, marnowała się! A poza tym praca w mojej specjalizacji, jakkolwiek by to zabrzmiało, daje mi nie tylko pieniądze, ale i satysfakcję. Tak właśnie jest.
Lekarzem nie została przypadkowo.
Anestezjologiem została również ze świadomego wyboru.
- W czasach Gierka robiłam specjalizację i już wtedy brakowało anestezjologów.
Po studiach rozpoczęłam pracę w Sosnowcu, w Szpitalu Miejskim nr 2.
Mój mentor, dr Stanisław Wróblewski, widział we mnie anestezjologa. Sam nim był, to się na tym znał. Jakbym prowadziła wtedy pamiętnik, to napisałabym, że od początku chciałam być anestezjologiem.
- Dlaczego? Już tłumaczę. Bo to jest jedna z najbardziej interdyscyplinarnych specjalizacji. Gdy zaczynałam, nie było czegoś takiego, co dziś nazywamy medycyną ratunkową. Jej granice wypełniała anestezjologia i intensywna terapia...
W każdej grupie zawodowej jej podgrupy różnie wzajemnie się oceniają.
Nie brakuje zawodowych animozji, wywodów, kto w łańcuchu poczynań jest ważniejszy, a kto pełni podrzędną rolę. Anestezjolodzy, można się tak wyrazić dyplomatycznie, w środowisku lekarskim mają zróżnicowane opinie.
Nierzadko zazdrości im się wysokich, jak na nasze realia, zarobków; tego, że wywalczyli je sobie w czasach, w których strajki lekarskie jawiły się jako rzadkość niezmierna. Czasem bagatelizuje się ich rolę w ostatecznym rozwiązaniu medycznego problemu.
Ameryki nie odkryje się, mówiąc, że anestezjolodzy nie są bohaterami pierwszego planu.
- W tym szpitalu, nie powiem, by mi się źle współpracowało, na przykład z chirurgami. Tylko że wcześniej pracowałam w niejednym szpitalu, przez kilkanaście lat jeździłam w pogotowiu, przez trzy lata pracowałam w Algierii i gdyby nie to, że miałam zawał i wstawiono mi bajpasy, to nie wiadomo, czy nie mieszkałabym dziś na jakiejś wyspie Polinezji Francuskiej, bo tam miałam w 1999 roku jechać do pracy...
- A więc po tej dłuższej dygresji powiem tak: zasadniczo anestezjolog był i jest w cieniu chirurgów, w cieniu zabiegowców. Z drugiej strony gdyby nie my - mówię to pół żartem, pół serio - anestezjolodzy, to rozwój chirurgii byłby... niczym nie ograniczony! Niektórzy chirurdzy uważają, że rola anestezjologów w operacji jest drugoplanowa.
Takie opinie, przyznaję, są tyleż denerwujące, co niesprawiedliwe...

Być anestezjologiem

znaczy nie tylko być lekarzem, ale i rzecznikiem; rzecznikiem pacjentów. Chirurg robi swoje i jest zajęty tym, co wykonuje.
Pacjent na stole, po znieczuleniu, nie widzi, nie słyszy, nie mówi.
- To ja za niego widzę, słyszę i jak trzeba, to mówię. Choć z drugiej strony jeszcze nie tak dawno pacjenci przed znieczuleniem zwracali się do mnie tak: to siostra będzie mnie usypiała? A propos pacjentów i ich wdzięczności... Nie, nie, nic z tych rzeczy! Było to jeszcze przed emeryturą, gdy pracowałam w Mysłowicach.
Dostałam od pacjenta duży bukiet, a w kwiatach tkwiła koperta. Koledzy z innych oddziałów pewnie zachodzili w głowę, co w tej kopercie jest, ile jest i tak dalej. A tymczasem w środku była ozdobna kartka z wierszykiem. Zaczynał się od słów: "O ty, co stoisz przy bezcieniowej lampie"...
O, takie przyjemne wspomnienie.
- I tak się czasem zastanawiam, czy gdybym była młodsza, gdyby raz jeszcze trzeba było dokonać wyboru...
Nie, niczego nie zmieniałabym. Będąc na emeryturze, też bym pracowała. I tu nie tylko o pieniądze chodzi, choć to jest bardzo ważny motyw. Gdy po zawale byłam przez rok na zwolnieniu, to gdy w telewizji puszczali jakiś serial medyczny, to mnie tak przykro było, że siedzę w domu, zamiast być w szpitalu...

***

Rozwój nauk medycznych wymagał wprowadzenia specjalizacji podstawowych i szczegółowych. Lekarz specjalistą zostaje po odbyciu trwającego od pięciu do siedmiu lat szkolenia w trakcie pracy zawodowej.
Do roku 1999 r. obowiązywał dwustopniowy system specjalizacji. Po dwóch, trzech latach szkolenia lekarz legitymował się tytułem lekarza danej specjalizacji I stopnia. Zdobycie "dwójki" wymagało kontynuacji szkolenia zawodowego.
Teraz obowiązuje jednostopniowy system specjalizacji. Szkolenie zwykle trwa pięć, sześć lat.
Obecnie w Polsce wyróżnia się 40 specjalności podstawowych (np. chirurgia) oraz 28 szczegółowych (można je uzyskać tylko, gdy ma się już specjalizację podstawową), np. chirurgia naczyniowa.

Dziadek

Jan Pałka - rocznik 1931, absolwent lubelskiej Akademii Medycznej - pracuje w Centrum Pediatrii im. Jana Pawła II w Sosnowcu. Ma "dwójkę" z radiologii.
W jego szpitalu radiologów jest czworo, na 2,5 etatu. Żeby nie było implikacji wynikających z niedoboru kadr, przydałaby się jeszcze jedna osoba. Jeśliby choć jeden specjalista przestał pracować, a straty tej nie wyrównano, to dyrekcja, lekarze klinicyści i ich pacjenci mieliby kłopot nie lada! W województwie śląskim jest dziś 176 radiologów.
- Dawno, dawno temu, jak robiłem tę specjalizację, to już wtedy była ona deficytowa. I taką jest do dziś. I to nie tylko w Polsce. Skoro do mnie, 76-letniego lekarza, przychodzą oferty pracy z Europy Zachodniej, to chyba tam też brakuje radiologów? Dr Pałka nie był jeszcze lekarzem, a już zakładał, że będzie radiologiem.
W Lublinie należał do studenckiego naukowego koła radiologicznego. Co prawda parę lat musiało minąć, nim stanął przy rentgenie, bo zgodnie z socjalistyczną polityką zatrudnienia, młody doktor musiał odbyć służbę na wsi, pracując w ośrodku zdrowia. Przez parę lat jeździł w pogotowiu ratunkowym, pracował jako chirurg urazowy.
- Najbardziej podobała mi się jednak radiologia. Pomijając względy natury medycznej, w grę wchodziły zwykłe, życiowe sprawy. Wówczas i długo, długo potem radiolodzy nie mieli dyżurów. Jeśli nie było się wzywanym do przypadków dotyczących ratowania życia, to niedziele były wolne. Wreszcie dla lekarzy tej specjalizacji obowiązywał 5-godzinny dzień pracy. Oficjalnie z tytułu tego, że pracowało się w warunkach szczególnych, promieniowania i tak dalej. Według mnie jednak taką normę wprowadzono dla zakamuflowania niedoboru radiologów.
Można było dzięki temu pracować na dwóch etatach. Lekarz miał więcej pieniędzy, a państwo stwarzało ułudę, że radiologów nie brakuje...
Były i - w znacznej mierze - są także mniej atrakcyjne strony bycia radiologiem. Po pierwsze: bojaźń przed skutkami promieniowania emitowanego przez RTG (teraz już znacznie zminimalizowanego w stosunku do tego sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat).
Po drugie: praca w ciemności (dziś już wykonywana stosunkowo rzadko). Po trzecie, a może nawet powinno być po pierwsze: praca bez kontaktu z pacjentem (wyjątek: badania wykonywane przy użyciu ultrasonografu), bo technik obsługuje rentgena, tomograf, a radiolog analizuje tego efekty.
Szefem doktora Pałki jest dziś poniekąd jego uczennica. Różnica trzydziestu lat między podwładnym a przełożonym.
- Nie ma z tego powodu żadnych problemów. To nie jest tak, że kiedy jest się starym, doświadczonym radiologiem, jest się nieskończenie mądrym, a ktoś, kto jest młodszy o parędziesiąt lat, nie może się z nim mierzyć. To dobrze, gdy między starszymi a młodszymi lekarzami istnieje, jak u nas w szpitalu, wymiana doświadczeń na koleżeńskiej stopie.
- Jasne jest, że moje doświadczenie i wiedza w klasycznej radiologii, w której analizuje się dwuwymiarowy obraz, są większe niż u specjalisty znacznie ode mnie młodszego - dodaje dr Pałka. - I z drugiej strony naturalne jest, że młodszy jest bieglejszy od starszego w diagnostyce trójwymiarowych obrazów.
I jak dojdzie do wymiany takich doświadczeń, to nikt nie doznaje ujmy na honorze, a zyskuje na tym przede wszystkim pacjent!

Technika i medycyna

Radiologia jest jedną z tych specjalizacji, gdzie związek medycyny z techniką jest nierozerwalny. Czasem technika eliminuje z procesu leczenia radiologa.
O, proszę przykład: gastroskopia zastąpiła prześwietlenie przełyku, a badania pęcherzyka żółciowego używa się dziś już tylko USG, a nie RTG, jak kiedyś.
- Sądzę jednak, że długo jeszcze klasyczny aparat rentgenowski nie wyjdzie z użycia - uważa dr Pałka. - Tylko przy użyciu RTG można lokalizować ciała obce, zawierające żelazo. Tomograf w takich sytuacjach się nie sprawdza.
Metal daje artefakty. Zastosowanie rezonansu magnetycznego nie jest możliwe z oczywistych powodów.
Uważam, że wkrótce, wraz z rozwojem i upowszechnieniem teleradiologii, młodzi lekarze będą zainteresowani moją specjalizacją. Kiedy będzie się radiologiem, oczywiście znacznie młodszym ode mnie, nie trzeba będzie wyjeżdżać z Polski do innego kraju, by w nim pracować. Można będzie mieszkać w Polsce, a pracować w szwedzkim szpitalu. O czymś takim, jak zaczynałem pracować jako radiolog, nie mogłem nawet marzyć. Wtedy, by pracować poza PRL, trzeba było z niego najczęściej uciec!

***

Ministerstwo Zdrowia planuje zmienić ścieżkę edukacyjną lekarzy. Projekt nowego prawa zakłada m.in. likwidację stażu podyplomowego, skrócenie czasu specjalizacji oraz zwiększenie pensji lekarzom wybierającym deficytowe specjalizacje.
Według zaleceń unijnych, proces uzyskiwania specjalizacji powinien trwać maksymalnie cztery, pięć lat.

Lekarz pomostowy

Gdy minister sprawiedliwości i minister spraw wewnętrznych w lipcu 1929 roku ogłosili rozporządzenie "o wykonywaniu oględzin sądowo-lekarskich zwłok ludzkich", Władysław Nasiłowski miał cztery lata.
Jego ojciec był wówczas pediatrą. Pewnie zakładał, że syn pójdzie w jego ślady. Ojca cieszy, gdy dzieci biorą z niego przykład.
Zapewne jednak nie przypuszczał, że syn częściej będzie się zajmował zmarłymi niż żywymi.
- Nie protestował, uznał ten wybór za słuszny - wspomina Władysław Nasiłowski.
Dziś jest jednym z ośmiu śląskozagłębiowskich specjalistów medycyny sądowej. Profesor, nestor i autorytet w tej, i nie tylko, dziedzinie.
- Uprawiam specjalizację świadczeniową.
Anestezjolog, rzekłbym, świadczy pracę dla zabiegowców. Radiolog - dla lekarzy wielu specjalizacji leczących pacjenta.
Lekarz medycyny sądowej, proszę nie mylić z lekarzem sądowym, pracuje na rzecz realizacji idei sprawiedliwości...
Bo medycyna sądowa traktuje o zagadnieniach tak życia, jak i śmierci, ale postrzeganymi w świetle prawa. To tanatologia, toksykologia, traumatologia i serohematologia. Jednak medycyna sądowa to nie tylko kryminalistyka. I nie tylko praca z martwymi na rzecz żywych, ale z żywymi dla ich dobra, by wspomnieć - o czym stereotyp zapomina - o kształtowaniu profilaktyki zwalczającej patologie społeczne: od alkoholizmu po narkomanię...
W jakiejś mierze sprawiedliwości, tyle że socjalistycznej, Władysław Nasiłowski zawdzięcza to, że zainteresował się właśnie medycyną sądową.
- Poznańską akademię skończyłem w kwietniu 1950 r. Żeby dostać się na tzw. atrakcyjną specjalizację, trzeba było poparcia ZMP. Rok wcześniej trafiłem pod skrzydła prof. Witolda Niepołomskiego i byłem jego asystentem w Zakładzie Anatomii Patologicznej Śląskiej Akademii Medycznej. Można powiedzieć, że w życiu sporą rolę odgrywa element przypadkowości z pozytywnym tego końcowym efektem.
Dziś prof. Nasiłowski dwa razy w tygodniu przychodzi do Zakładu i Katedry Medycyny Sądowej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Ściana nieco kiszkowatego gabinetu przykryta jest dyplomami pisanymi w różnych językach. Po przeciwnej stronie - tylko dwie fotografie. Na nich - Tadeusz Pragłowski. Można powiedzieć: pionier medycyny sądowej w ówczesnym, powojennym województwie śląskim. Każdy ma swojego mentora. To pod kierunkiem docenta, później profesora Pragłowskiego, lekarz Władysław Nasiłowski zdobywał kolejne stopnie i tytuły naukowe. To on miał wpływ, że kiedy był patologiem, postanowił specjalizować się także w medycynie sądowej.

Powołanie przychodzi z czasem

- Nas powinno być nie ośmioro, lecz dwa razy więcej. Jest jednak inaczej, więc pracuję. Posiedzenia Komisji Bioetycznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, wykłady, konsultacje...
Jestem nadal zaangażowany w prace Okręgowego Sądu Lekarskiego, byłem jego przewodniczącym, teraz jestem w nim wiceprzewodniczącym. Jak widać, nie narzekam na nudę. Medycyna sądowa to trudna specjalizacja, w swym wymiarze bardzo uniwersalna, choćby dlatego, że współpracujemy z lekarzami różnych dziedzin medycyny w procesie dochodzenia do prawdy.
- Jeśli lekarz, na przykład chirurg, może szczycić się swoimi dokonaniami, to satysfakcja uprawiającego medycynę sądową nie jest jawna, a przynajmniej nie jest jawna w momencie osiągnięcia sukcesu.
Nas obowiązuje zarówno tajemnica lekarska, jak i sądowa. Między innymi te czynniki sprawiają, że tak piękna i frapująca specjalizacja nie jawi się jako atrakcyjna. Z drugiej strony, moim zdaniem, proces uzyskiwania tytułu lekarza specjalisty medycyny sądowej jest długi.
Jestem zwolennikiem, mówię o swojej dziedzinie, kształcenia dwustopniowego.
Sądzę, że gdyby takie obowiązywało, to mielibyśmy więcej młodych specjalistów z jedynką. To w jakiejś mierze wypełniłoby luki pokoleniowe, kadrowe...
Prof. Nasiłowski jest także etykiem.
I realistą. Wie, że dziś o wyborze zawodowym często decydują merkantylne czynniki.
- Nawet idealiści oczekują, że efektem uprawiania zawodu będzie osiągnięcie standardu materialnego zgodnego z oczekiwaniami. Poczucie powołania przychodzi z czasem. Tak jak z czasem pojawia się zadowolenie z uprawiania swojej dziedziny medycyny. Ekscytujące są badania prowadzone w ramach procesów beatyfikacyjnych. W kilku takich uczestniczyłem.
- Mam też satysfakcję, że uczestniczyłem w wielu procesach, dziś historycznych, choćby seryjnych morderców czy dotyczących pacyfikacji kopalni Wujek. W wielu, już dawno zakończonych badaniach nadal obowiązuje '6Dnie zasada milczenia, więc trzeba mi wierzyć na słowo...
Jak myślicie, czy Władysław Nasiłowski pół wieku temu dokonał słusznego wyboru?

***

Śląskie Centrum Zdrowia Publicznego podaje, że z roku na rok w województwie śląskim liczba specjalistów się zmniejsza.
Saldo jest ujemne, bo w latach 2007- 2008 grono lekarzy wyspecjalizowanych powiększyło się raptem o 150 osób.
To zbyt mało, by można było zrezygnować z usług emerytów.

Deficytowe "oczko"

21 maja br. minister zdrowia Ewa Kopacz podpisała rozporządzenie o specjalizacjach priorytetowych (czyli dziś: deficytowych).
Akt prawny wymienia 21 dziedzin medycyny uznanych za priorytetowe: anestezjologia i intensywna terapia, chirurgia onkologiczna, epidemiologia, geriatria, ginekologia onkologiczna, kardiologia, kardiologia dziecięca, medycyna pracy, medycyna ratunkowa, medycyna rodzinna, neonatologia, neurologia dziecięca, onkologia kliniczna, onkologia i hematologia dziecięca, ortopedia i traumatologia narządu ruchu, patomorfologia, pediatria, radiologia i diagnostyka obrazowa, radioterapia onkologiczna, rehabilitacja medyczna, stomatologia dziecięca.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum