Ekonomia wychodzi na zdrowie

Autor: Wojciech Kuta • • 23 kwietnia 2013 15:53

Rozmowa z dr Katarzyną Adamek, Prezes Zarządu American Heart of Poland S.A

Ekonomia wychodzi na zdrowie
- Placówki prywatne skupiają się przede wszystkim na procedurach najbardziej opłacalnych. To jeden z wniosków z ubiegłorocznego raportu GUMed. Uzasadniony?

 

- Zacznę może od tego, że nie jestem zwolenniczką sztucznego i bardzo skrótowego podziału sektora zdrowotnego na prywatny i publiczny.

Dla mnie placówki medyczne albo leczą dobrze, albo leczą źle.

Kropka. Dla pacjenta źródło kapitału nie ma najmniejszego znaczenia. Natomiast ważne jest, czy może skorzystać w ośrodku z leczenia refundowanego przez NFZ.

Wracając jednak do tezy, którą pan przytacza - została ona już obalona w analizie przeprowadzonej przez Narodowy Fundusz Zdrowia, będącej odpowiedzią na raport Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Co więcej, raport NFZ wykazał, że wiele prywatnych placówek wykonuje bardziej złożone procedury, jednocześnie notując krótszy średni czas hospitalizacji, innymi słowy - leczy pacjentów efektywniej. Niepubliczne podmioty wciąż zupełnie bezpodstawnie postrzegane są jako mniej kompleksowe.

Przykłady świadczące o tym, że pogląd taki nie jest uzasadniony, można mnożyć. Polsko-Amerykańskie Kliniki Serca działają kompleksowo w obszarze chorób sercowo- -naczyniowych, od poradni, przez diagnostykę i leczenie aż po rehabilitację.

W naszej sieci funkcjonują nie tylko oddziały kardiologii, ale również chirurgii naczyniowej, oddział kardiochirurgii oraz rehabilitacja szpitalna.

Zarówno NFZ, jak i świadczeniodawcy korzystają, by nie powiedzieć - żyją - ze środków publicznych, czyli składek osób ubezpieczonych.

Dlatego tak ważne jest, aby pacjent nie był stawiany na końcu tego swoistego "łańcucha pokarmowego".

Czy mamy oszczędzać na pacjencie, stosując tanią, nieskomplikowaną terapię w sytuacji, kiedy, ze względu na wskazania medyczne, powinien on zostać poddany złożonej i bardziej kosztownej procedurze?

Z pewnością każdy z nas chciałby dostać możliwie najlepsze leczenie.

Niewątpliwie jedną z przyczyn sukcesu polskiej kardiologii, wyrażającym się m.in. w spadku śmiertelności w zawale serca z 30 do 3-5% jest znaczna poprawa dostępności leczenia, możliwa m.in. dzięki decentralizacji leczenia, rozwojowi prywatnych ośrodków. Rozwój taki był możliwy dzięki prowadzeniu w sposób rentowny ośrodków takich jak nasze.

Rentowny szpital to bezpieczeństwo chorych, lepsze leczenie, a więc również mniejsza liczba powikłań.

Taka sytuacja to również korzyści dla całego systemu. Pacjent, który jest efektywnie leczony szybciej wraca do normalnego życia, może pracować i płacić składki, a nie pobierać rentę lub zasiłek chorobowy.

Nie mogę w tym miejscu nie zaznaczyć, że coraz więcej publicznych jednostek jest bardzo dobrze zarządzanych i dzięki temu nie przynoszą strat, a tym samym mają szansę na pozyskiwanie finansowania bankowego na dalszy rozwój. To bardzo optymistyczne i jest kolejnym argumentem na to, że nie powinno dzielić się podmiotów stosując kryterium pochodzenia kapitału, a kryterium jakości usług i zarządzania.

- Procedury w kardiologii interwencyjnej są bardzo dobrze wyceniane przez płatnika, o rentowność w tej dziedzinie jest zatem łatwiej.

- Powiedziałabym raczej, że są to wyceny rozsądne. Dzięki temu jesteśmy w ścisłej europejskiej czołówce, biorąc pod uwagę bardzo niski wskaźnik śmiertelności wewnątrzszpitalnej u osób z zawałami serca.

Cieszmy się z tego, bądźmy dumni z efektów leczenia i nie ustawajmy w działaniach. Pamiętajmy, że mimo wielkiego sukcesu polskiej kardiologii w ostatnich latach, choroby sercowo- naczyniowe nadal są zabójcą numer 1 w naszym kraju, odpowiedzialnym za ok. 45% wszystkich zgonów.

W katalogu świadczeń z zakresu kardiologii nadal brakuje też wielu procedur, które od dawna stosowane są na świecie, a do których polscy pacjenci wciąż nie mają dostępu, mimo udowodnionej już większej skuteczności odległej i mniejszej liczby powikłań.

Sytuacja ta oczywiście zaczyna się zmieniać na lepsze, coraz więcej do powiedzenia w kwestii konsultacji katalogów świadczeń mają lekarze, ale wciąż jest wiele do zrobienia.

Wiele pracy wymagają też inne dziedziny medycyny. Warto się zastanowić, w jaki sposób zwiększyć dostęp Polaków do terapii np. w onkologii.

Jednak pamiętajmy, aby budowa lepszych rozwiązań dla innych dziedzin medycyny nie niszczyła osiągnięć polskiej kardiologii.

- Wróćmy do ekonomii. Szefowie publicznych szpitali, przestrzegając przed pochopnym przekształcaniem tych jednostek, wskazują, iż dbałość o dodatni wynik finansowy spółki może oznaczać ograniczanie zakresu świadczeń dla pacjentów. Uzasadniona obawa?

- Odpowiem sięgając po przykład Polsko-Amerykańskich Klinik Serca. W naszym przypadku dbałość o dodatni wynik finansowy to wręcz zwiększanie zakresu i dostępności świadczeń dla pacjentów. Dla nas ważna jest rentowność, a nie maksymalizacja zysków. To dwie zupełnie różne sprawy.

Moje doświadczenia związane z prowadzeniem Polsko-Amerykańskich Klinik Serca wskazują, że najważniejsza dla prawidłowego zarządzania i rozwoju jednostek ochrony zdrowia jest dobra współpraca autorytetów medycznych z menedżerami.

Spółka medyczna to specyficzny rodzaj przedsiębiorstwa, którego celem jest ratowanie zdrowia i życia pacjentów. Takie przedsiębiorstwo powinno być profesjonalnie zarządzane i prowadzone w sposób rentowny z jednej strony, jednak z drugiej strony nie można tracić z oczu dobra chorego i tego, że gdy chodzi o życie, nigdy nie można oszczędzać za wszelką cenę.

Pamiętajmy, że prywatne podmioty same, z własnych wypracowanych środków często od podstaw, tworzą swoją infrastrukturę. Nie korzystają z żadnych publicznych dotacji czy wsparcia ze strony samorządów.

Nie mogą też liczyć na ustawowe oddłużanie. Abyśmy więc mogli inwestować, musimy prowadzić podmioty w sposób rentowny i mieć wiarygodność finansową dla naszych partnerów.

Funkcjonując w ten sposób, nie obciążamy w jakikolwiek sposób budżetu państwa. Wręcz przeciwnie - z wypracowanego zysku odprowadzamy podatki, czyli pieniądze wracają do budżetu państwa.

Reasumując: rentowną placówkę stać na bardziej kompleksowe i nowoczesne leczenie chorych.

- Czy każdy chory może liczyć na ofertę prywatnego sektora? Nie tylko we wspomnianym raporcie GUMed, ale też w trakcie wielu branżowych dyskusji pada stwierdzenie, iż większość naprawdę trudnych, powikłanych, a zarazem najbardziej kosztownych przypadków ostatecznie trafia do lecznic publicznych.

- Z perspektywy mojego ponad 13-letniego doświadczenia jako menedżera w PAKS, a także rozwoju naszej spółki, mogę powiedzieć, że działamy bardzo kompleksowo, wykonując często bardzo skomplikowane zabiegi u chorych cierpiących równolegle na wiele innych schorzeń.

Oprócz kardiologii interwencyjnej prowadzimy przecież także kardiologię zachowawczą, chirurgię naczyniową i kardiochirurgię, dysponujemy oddziałami intensywnej terapii.

Często zdarza się, że trafiają do nas chorzy, którymi nie chciano się zająć nigdzie indziej. Takie opinie są więc, przynajmniej w naszym przypadku, bardzo krzywdzące.

Wiele mówi się ostatnio o potrzebie premiowania kompleksowości leczenia, od diagnostyki po rehabilitację, co jest bardzo dobrym kierunkiem.

Powinno się jednak zdefiniować, jaki poziom kompleksowości działania lecznic jest najbardziej korzystny dla pacjentów i efektywny dla systemu. Czy naprawdę warto iść w kierunku tworzenia wielospecjalistycznych konglomeratów - molochów, które ze względu na swój charakter będą ulokowane w dużych ośrodkach? Czy raczej skupić uwagę na poziomie kompleksowości umożliwiającym efektywne zarządzanie i optymalną dostępność dla chorego?

Z punktu widzenia potrzeb pacjenta kardiologicznego z pewnością najważniejszy jest czas dojazdu, zatem ośrodki muszą być usytuowane blisko miejsca zamieszkania.

Sukces w tej dziedzinie został przecież osiągnięty m.in. dzięki swego rodzaju decentralizacji leczenia, zwiększeniu liczby ośrodków w całym kraju, a tym samym upowszechnieniu dostępu do wysokospecjalistycznej terapii poza dużymi ośrodkami klinicznymi.

W mojej opinii, warto budować kompleksowość, ale przede wszystkim w określonym obszarze terapii.

- Ministerstwo Zdrowia zapowiada, że wysokość kontraktów powinna uwzględniać nie tyle samą terapię, co jej efekty.

- Zgadzam się. Skutki leczenia w dłuższej perspektywie - np. kilkumiesięcznej czy rocznej - mogą być bardzo miarodajnym kryterium w procesie kontraktowania świadczeń.

Nie obawiamy się konkurowania z podmiotami publicznymi również pod tym względem. Osiągamy rewelacyjne nie tylko bliskie, ale i odległe wyniki leczenia.

- Konkurencja bywa zbawienna, ale czy w medycynie nie powinniśmy częściej mówić o współpracy i uzupełnianiu się różnych ośrodków?

- Współpraca jest konieczna, bez względu na to, czy są to jednostki publiczne, czy prywatne. Polsko-Amerykańskie Kliniki Serca są tego bardzo dobrym przykładem, w wielu lokalizacjach współpraca taka przebiega modelowo. Przyjmujemy chorych z zawałem serca oraz z niestabilną chorobą wieńcową, ale także z chorobami naczyniowymi z wszystkich szpitali, które nie dysponują pracownią hemodynamiki, oddziałem kardiologicznym, chirurgii naczyniowej czy kardiochirurgii. Wszystkie nasze ośrodki pełnią 24-godzinny dyżur.

Jeśli jednak np. w toku leczenia naczyniowego, gdy nie ma już zagrożenia życia chorego, okaże się, że nasz pacjent wymaga wysokospecjalistycznej pomocy w zakresie leczenia choroby współistniejącej - np. kompleksowej opieki nefrologicznej - to podobnie jak szpitale kierują chorych z chorobami sercowo-naczyniowymi do PAKS, my kierujemy chorych do innych, bardziej wyspecjalizowanych w tym zakresie jednostek.

Taka współpraca ma dla systemu i chorego konkretny wymiar ekonomiczny.

Jej efekt to bardzo wysokie wyspecjalizowanie się ośrodków, wysoka jakość świadczonych w danej dziedzinie usług i mniejsza liczba powikłań oraz niższy odległy koszt leczenia chorego.

- O szerszą współpracę między szpitalami może być trudno. Na nierówne traktowanie przez ustawodawcę oraz płatnika skarżą się zarówno prywatne, jak i niepubliczne placówki.

- Aspekty tej nierówności są bardzo różne. Kierując dużą siecią medyczną, odczuwam aurę nagonki na cały prywatny sektor medyczny, przejawiającej się w stereotypowej krytyce, o której już wspominaliśmy, oraz oskarżeniach o odbieranie kontraktów z NFZ publicznym podmiotom.

Opinia taka nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia. To pacjent powinien wybierać miejsce, w którym chce się leczyć w ramach składki odprowadzanej do Funduszu.

W przypadku zagrożenia życia, zgodnie z ustawą o ratownictwie medycznym, decyduje natomiast bliskość miejsca, w którym pacjent może uzyskać profesjonalną pomoc. Zarówno placówki publiczne, jak i prywatne stają do konkursów NFZ, które regulowane są bardzo przejrzystymi zasadami - o przyznaniu kontraktu decyduje zatem to, która w lepszym stopniu spełni wymogi płatnika.

Szefowie publicznych szpitali też odczuwają nierówne traktowanie, skarżą się przede wszystkim na to, że praktycznie nie mogą pozyskiwać żadnych środków w ramach odpłatnych, komercyjnych świadczeń. Rozumiem ich rozgoryczenie, bo utrudnia się im korzystanie ze zdrowych zasad ekonomii. Uważam, że menedżerowie placówek medycznych, bez względu na ich formę prawną oraz typ własności, powinni mieć takie same możliwości i warunki zarządzania podmiotami.

Przestańmy zatem wreszcie dzielić służbę zdrowia na prywatną i publiczną. Tak naprawdę mamy bowiem do czynienia albo z bardzo dobrze zarządzanymi i dobrze leczącymi szpitalami, albo z takimi, które mają ewidentny problem z jakością.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum