Dobrze, gdy dyrektor publicznego szpitala potrafi uderzyć z półobrotu, zaliczać górskie rajdy i wchodzić na górskie szczyty, bo... sport uczy rządzenia

Autor: Andrzej Bęben • • 21 stycznia 2010 15:18

Renata Ruman-Dzido. Kieruje Wojewódzkim Szpitalem w Opolu. Kobieta drobnej postury. Żywa w rozmowie. Jakby te ogniki błyskające w jej oczach, na lewo i prawo, były dopełnieniem rozsadzającej ją energii... Koniec roku. Ciągłe wizyty w oddziale NFZ. Stosy papierów do podpisania; większość z lub do Funduszu.

I ta niepewność - powoli wpisująca się w naszą rzeczywistość - czy płatnik da więcej na nowy rok, czy nie? Bo to, że ponad siedem milionów złotych tzw. nadwykonań nie będzie przez tegoż zapłacone, jest prawie pewne.

Czy to, że pani dyrektor potrafi trafić wyższego od siebie z tzw. półobrotu, że nie boi się jechać z góry na rowerze z szybkością 80 kilometrów na godzinę, że dobrze czuje się na wysokości kilku kilometrów, jest sposobem na urozmaicenie życia? A może metodą na walkę ze stresem? Albo rodzajem pracy nad sobą?

Poznawszy Renatę Ruman-Dzido, na wszystkie te pytania można odpowiedzieć twierdząco.

Karate

Oczywiście wedle szkoły kyokushin. Ale to nie legenda jej założyciela, mistrza Oyamy skusiła ją przed sześciu laty, ale syn. Przeważnie jest tak, że sport, który trenowało się za młodzieńczych lat, w wieku późniejszym kontynuuje się rekreacyjnie. Z "dzieciatą" mężatką kierującą już wtedy dużym szpitalem tak nie było. Zaczęła zbyt późno, by postawić na wyczyn (zresztą wyczynem jest, że Szpital Wojewódzki od 2004 r. zamyka bilans z wynikiem dodatnim...), ale na tyle wcześnie, że mogła trenować z młodszymi od siebie, a nie wyłącznie ze znacznie starszymi.

- Jestem typem wojowniczki, zodiakalnym Lwem. I uważam, że w życiu na nic nie jest za późno. Z tym karate to było tak, że pojechałam z synem na obóz wakacyjny. Przyjrzałam się prowadzącym zajęcia mistrzom. Sportowcy, trenerzy, biznesmeni, mnóstwo innych zajęć... Skoro oni to godzą, to czemu ja mam nie podołać?

I daje radę. Owszem, był czas - tu jednak praca zawodowa i ogrom obowiązków przytłoczyły karate - kiedy kimono musiało wisieć na kołku kilka miesięcy. Zasadniczo jednak jest tak: dwa razy w tygodniu, po półtorej godziny Trening. Walka w pełnym kontakcie. Pot, zmęczenie, czasem kontuzje. Per saldo zadowolenie z siebie. Żółty pas, choć nie czarny, to jednak daje pewność...

- Takie poczucie w ekstremalnych sytuacjach, że można się obronić. Niekoniecznie mówię o fizycznej agresji. Choć mówiąc o obronie przed tą, najlepszą wcale nie jest atak. Najlepszą obroną jest ucieczka! A poza tym sport wyrabia opanowanie.

W góry

To jest pasja numer jeden dyrektorki. A góry to takie wzniesienia, które trzeba traktować poważnie. Bo za ich zlekceważenie można zapłacić nie tylko zdrowiem, lecz nawet życiem. Turystycznie więc i owszem, może pojechać latem, w Bieszczady, nad górski strumyczek. Nie powie, że nie lubi takich atrakcji. Ale to, co uwielbia, to góry skaliste i wysokie, zaśnieżone. Takie, które każą traktować się poważnie.

- Mam taką ekipę: Poznań, Szczecin, Gorzów Wielkopolski, no i Opole. I sobie razem w te góry jeździmy. Na skałki również. To ludzie, na których można polegać. Wszyscy mają do siebie pełne zaufanie. To w górach ważne. Samobójczynią przecież nie jestem!

Wspomnienia, które na trwałe zostaną w pamięci?

Z pewnością z wejścia na Mont Blanc. 4810 metrów. W 2005 r. to było i wyjątkowo latem, które potem okazało się zimą.

- Denerwuje mnie, gdy ktoś z nonszalancją podchodzi do tego szczytu. Eeee tam, taka tam góra... A byłeś? A wszedłeś na tę "górkę"? Nie? To czemu zabierasz głos! Niepoważni ludzie niepoważnie traktują Mont Blanc. A na nią wchodzi się dwa dni. Wtedy była fatalna pogoda. Lało i lało. Przestało w dniu moich urodzin. Poszliśmy. Wchodziliśmy w takim załamaniu pogody, że aż strach. Była śnieżna zawieja i mróz. Na moje odczucie co najmniej minus trzydzieści... Ale warto było dostać po d..., by się sprawdzić. Okazało się, że mój organizm prawidłowo funkcjonuje na takich wysokościach. Wejście na Mont Blanc znaczyło: wysokie góry są dla mnie!

Wiele wskazuje na to, że w 2010 roku życie przyniesie kolejne niezapomniane wspomnienia.

- Na początek tak sobie myślę, by pojechać w Ałtaj i wejść na Biełuchę, 4506 metrów. Syberia mnie pociąga. Elbrus? Nie, raczej nie. To już tak wydeptane szlaki... A w 2011 roku to chciałabym pojechać w Andy i wejść na Aconcaguę; 6962 metry wysokości. Dlaczego nie ciągnie mnie w Himalaje? Oj, to już nie tyle góry dla mnie za wysokie, co progi. Nie stać dyrektorki publicznego szpitala na taką wyprawę. Na Andy już zbieram. Wyprawa w Ałtaj, bez mała trzy tygodnie, kosztuje kilka tysięcy

Bez względu na to, czy Renata Ruman-Dzido wybiera się w jurajskie skałki, czy w alpejskie skały, przestrzega generalnej zasady: trzeba się maksymalnie przygotować do takiej wyprawy. Kondycja plus dobry sprzęt plus szczęście równa się udana eskapad Tedy teraz po głowie dyrektorki ścigają się wizje wyprawy w Ałtaj i w Andy Przy czym, à propos tych ostatnich, to dyrektorka martwi się, jak to się jej uda wziąć... miesiąc urlopu. Tak długo bez obecności w pracy?

Z góry

Najnowsze kółko zainteresowań pani dyrektorki nazywa się: MTB, z angielska: bike-marathon. Czyli rodzaj kolarstwa górskiego, w którym wjeżdża się pod górę, zjeżdża się z niej - czasem prawie na złamanie karku - i w sumie trzeba przejechać minimum 30 kilometrów. - To nowe hobby Ledwie kilka miesięcy Kupiłam sobie rowerek, zaczęłam trenować. Przydaje się ten trening w karate, daje kondycję. Potrenowałam i wystartowałam w maratonie w Międzygórzu. Trzydzieści kilometrów to taki minimalny dystans, w końcu debiutowałam w kategorii amatorów. Ale jednak nie odległość daje w kość. We znaki dają tzw. przewyższenia. Wjechałam pod każde wzniesienie, choć byli dłużej ode mnie jeżdżący MTB, którzy musieli zsiadać z rowerów i deptać na piechotę pod górę. I zjazd, to jest to! Szum w uszach. Lekko hamuję, bo mam w pamięci kolegę, który jechał z góry, ile fabryka dała, i... spotkał się z ziemią, a potem spędził rok na rehabilitacji. Staram się zjeżdżać ostrożnie. Maksymalną szybkość, jaką pokazał mi licznik, to było osiemdziesiąt na godzinę. Przy tej szybkości upadek może być bolesny Ja na szczęście nie leciałam nigdy do przodu.

Bandżi, kajak i druty

Jak widzicie, dyrektorka Wojewódzkiego w Opolu to osoba, którą rozpiera energia. To wiedzcie jeszcze o tym, że kiedy była uczennicą klasy maturalnej, wystartowała w Maratonie Pokoju na klasycznym dystansie 42 195 metrów. Renatka nie miała wymaganych badań lekarskich, tak samo zresztą, jak i doświadczenia w tak długodystansowych biegach. Chciała jednak wielce podjąć to wyzwanie. I przebłagała kogoś z organizatorów, by jej pozwolił pobiec w tłumie, bo sobie tylko kilometr chciała w nim i z nim przebiec...

Tłum się przerzedzał. Ponieważ regulaminowy cukier i wodę dawano tylko numerowanym zawodnikom, a Renata takim nie była, to musiała sobie taki numerek od kogoś pożyczyć. Od kogoś, kto już wymiękł. Ale Renia nie wymiękła. Dobiegła do mety. Choć, aby wszystko się zgadzało, to z tym numerem metę powinien przebiec mężczyzna!

- Uwielbiam też skoki na bandżi - przyznaje dyrektorka Ruman-Dzido. -I żałuję, że po pierwsze nie ma tej atrakcji w Opolu, a po drugie: niemało kosztuje.

Na szczęście są inne sporty dające więcej niż chwilę zadowolenia i dni wspominania. Kajaczkiem latem w dół bystrej rzeki lubi sobie pani dyrektor popływać.

I na koniec: jeśli wydaje wam się, że ten pęd do sportowych emocji pozbawił bohaterkę tej "wizyty domowej" kobiecości, to jesteście w błędzie.

Raz - wystarczy popatrzeć na zdjęcia. Dwa - trzeba wiedzieć, że syn Renaty Ruman-Dzido dostał w prezencie sweterek. Przed świętami jego mamusia osobiście zrobiła mu na drutach takież wdzianko. Bo poszydełkować albo pofechtować drutami z włóczką pani dyrektor również lubi.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum