Dobry przetarg pomaga pacjentom

Autor: Piotr Wróbel • • 01 lipca 2008 13:12

Czy stwardnienie rozsiane można leczyć taniej i skuteczniej?

Jest lepiej niż rok temu, ale skakać w górę z radości trudno.
Szacunkowo licząc, i to w województwach, gdzie dostępność do leczenia jest najlepsza, tylko połowa osób chorych na stwardnienie rozsiane (SM) wymagających natychmiastowego podania interferonu dostanie ten lek. Pozostali są skazani na czekanie. Jak długie? To zależy od ministerialnych decyzji pozwalających na szersze finansowanie programu leczenia SM.
Bez dodatkowych, przynajmniej 250 milionów złotówek, nie ma co liczyć na powszechne wprowadzenie europejskich standardów terapii u pacjentów cierpiących na tę chorobę.
I te środki, a nawet i większe, mogą jednak znów okazać się za małe, jeśli osoby odpowiedzialne za ich wydawanie nie zechcą dobrze zadbać o publiczne pieniądze. Zdaniem specjalistów, którym bliska jest tematyka leczenia SM, finansowo wiele można zyskać organizując z należytą starannością przetargi na leki oraz prowadząc dokładną kontrolę postępów terapii u pacjentów leczonych drogimi preparatami.
Od minionego roku w kraju funkcjonują dwa finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia programy lekowe dotyczące chorych na stwardnienie rozsiane. Jeden zakłada leczenie interferonem, drugi - glatiramerem. Według ocen lekarzy praktyków, nowoczesne leczenie immunomodulacyjne można zastosować w około 50% nowo wykrywanych przypadków SM.

Ćwiczenie na stołku

Nadzieję na szersze wejście tych pacjentów do programu leczenia interferonem stwarza obserwowany stopniowy spadek cen preparatów. Dzięki przetargowi przeprowadzonemu przez dyrekcję Samodzielnego Szpitala Klinicznego nr 1 w Gdańsku dostępność terapii interferonem w woj. pomorskim wzrosła niemal z dnia na dzień o... połowę.
- Za te same pieniądze, jakie były przewidziane w tym roku na leczenie 14 pacjentów, zyskaliśmy możliwość wdrożenia w klinice terapii dla kolejnych 15 chorych.
Sytuacja nie jest już tak dramatyczna jak jeszcze rok temu, kiedy w naszym województwie interferonem leczonych było tylko kilkanaście osób. Teraz, włączając w to trzech chorych, którym podajemy glatiramer, w programie znajdzie się ok. 40 osób - cieszy się docent Walenty Nyka, konsultant ds. neurologii w woj. pomorskim. Przyznaje jednocześnie, że nie był w stanie skłonić urzędników z Pomorskiego Oddziału NFZ do większego finansowania terapii.
Nieoczekiwany dar losu, jaki w swojej chorobie dostali pacjenci z woj. pomorskiego, to głównie zasługa organizującego przetarg na lek Marka Labona, zastępcy dyrektora ds. lecznictwa w Samodzielnym Szpitalu Klinicznym nr 1 w Gdańsku. Tam wyjściową cenę terapii interferonem udało się zbić z około 2,6 tys.
na 1 900 zł. - U nas nie było żadnej determinacji - mówi dyrektor Labon nieco zdumiony naszymi pytaniami. - Po prostu mamy pewne zasady i staraliśmy się ich przestrzegać. Mnie uczyli w szkole, że zarządzanie na tym polega, żeby jak największą grupę ludzi dobrze leczyć za jak najmniejsze pieniądze. To jest, jak sadzę, cel ćwiczenia wykonywanego przez każdego, kto siedzi na stołku podobnym do mojego.

No to ponegocjujmy

Negocjacje cenowe zostały tak poprowadzone, że o sprzedanie partii leku szpitalowi zabiegali producenci, a nie hurtownie. - Przetarg, w sytuacji kiedy mamy kilku wytwórców tego samego leku, można skonstruować w dwojaki sposób: albo na preparat o konkretnej nazwie handlowej jednego producenta, albo na substancję czynną - opowiada otwarcie dyrektor Marek Labon. - W pierwszym przypadku mogę założyć, że hurtownie umówią się między sobą co do ceny. W drugim - wykluczam możliwość zmawiania się hurtowni, a o wygranie przetargu walczą ze sobą producenci.
Jak dodaje nasz rozmówca, taki sposób organizowania przetargu był możliwy także dlatego, iż żaden z trzech producentów interferonu beta nie był w stanie udowodnić, że jego lek jest zdecydowanie lepszy od leku konkurencji: - Interferony są podobne i podobnie leczą. W tej sytuacji trzeba szukać najtańszego.
Przy obecnych możliwościach konstruowania umów szpitali z NFZ nic nie stoi na przeszkodzie, aby zaoszczędzone w ten sposób pieniądze, przy mniejszej cenie jednej terapii, zostały przesunięte w ramach programu do finansowania kolejnych. Nasi rozmówcy podkreślają, że stworzenie takiej możliwości, a potem przestrzeganie tej zasady, jest bardzo ważne.
Zapisanie w kontrakcie z NFZ sztywnej ceny terapii nie mobilizuje szpitala do poszukiwania tańszych rozwiązań.

Referencje proszę

Gdzie jeszcze warto pokusić się o lepszą pieczę na publicznymi pieniędzmi? Profesor Zbigniew Stelmasiak, kierownik Kliniki Neurologii Akademii Medycznej w Lublinie, uważa, że dla rozsądnego wydatkowania złotówek na leczenie chorych ze stwardnieniem rozsianym konieczne jest wprowadzenie dokładniejszej weryfikacji przypadków.
- Chorzy mogą być źle zakwalifikowani do leczenia i w związku z tym, niestety, może dochodzić do marnotrawstwa pieniędzy. Nasza obawa wynika stąd, że około 95% chorych SM można rozpoznać w miarę poprawnie, ale w 5% coś, co uznano za SM, okazuje się być inną chorobą. To duży problem, którego nie można rozstrzygać w ośrodkach o niskiej referencyjności - uważa profesor Stelmasiak.
- Nie twierdzę, że aż 5% chorych jest niepotrzebnie leczonych interferonem, ale wskazuję lukę, która powoduje, że takie przypadki potencjalnie mogą mieć miejsce.
Równie ważne, zdaniem profesora, jest kontrolowanie celowości przyjmowania leku.
Lekarze na starcie terapii nie są w stanie przewidzieć, który pacjent zareaguje na leczenie immunomodulacyjne. Odpowiedź uzyskuje się dopiero w trakcie specjalistycznego leczenia. Po 6 miesiącach wiadomo czy podawanie leku ma sens, czy też pojawiły się przeciwciała. Po 12 miesiącach można definitywnie stwierdzić czy terapia okazuje się skuteczna. Rzecz w tym, że nie każdy lekarz neurolog jest w stanie to rozstrzygnąć.
- Nie może być tak, że przez ten czas pacjent otrzymuje lek bez dokładniejszej kontroli, a o celowości jego podawania zdecydowano tylko raz, na początku terapii - dodaje profesor Zbigniew Stelmasiak.

Medycyna i matematyka

W opinii konsultantów w dziedzinie neurologii z województw, w których Fundusz znacząco zwiększył finansowanie, funkcjonujące obecnie programy leczenia SM są na tyle dobrze realizowane, że wydawanie pieniędzy jest pod kontrolą.
- Myślę, że początki wprowadzania leczenia immunomodulacyjnego mogły rodzić obawy co do efektywności terapii, ale jestem przekonana, że odkąd umożliwiono nam działanie w ramach programu, robimy to dobrze - uważa dr Barbara Błaszczyk, konsultant w dziedzinie neurologii dla woj. świętokrzyskiego.
- Przed włączeniem pacjenta do leczenia wykonujemy pełną diagnostykę neurologiczną, a kwalifikacja do leczenia dokonywana jest przez 4-osobową komisję dokładnie przeglądającą dokumentację. Postęp terapii systematycznie kontrolujemy w poradni leczenia SM, a w razie potrzeby - na oddziale szpitalnym.
Podobnie uważa docent Walenty Nyka.
W jego przekonaniu kryteria zawarte w opisie programów terapeutycznych leczenia SM dają wręcz możliwość matematycznego porównania wyników leczenia: - To jasne, że skoro wydajemy masę publicznych pieniędzy na leczenie pacjenta - jest to mniej więcej koszt jednego samochodu - to dokumentacja terapii musi być tak prowadzona, aby w każdej chwili móc zdać płatnikowi sprawozdanie z wyników terapii. Jest sprawą niezwykle istotną, i my o tym pamiętamy, aby stan zdrowia pacjentów przyjmujących lek w programie oceniał ten sam lekarz i przy pomocy tych samych, standaryzowanych tzw. skal klinimetrycznych, a więc żeby możliwa była ocena obiektywna. Medycyna dąży do takiej oceny, aby na końcu terapii można było jasno stwierdzić czy dany lek działa, czy też nie.
Oczywiście kontrolowanie wydawania publicznych pieniędzy przeznaczanych na realizowanie programów leczenia SM jest cnotą, ale tą drogą nie uda się zapewnić leku wszystkim. Konsultanci ds. neurologii z woj.
pomorskiego i świętokrzyskiego, gdzie ostatnio dostępność do leczenia immunomodulacyjnego odczuwalnie się poprawiła, zgodnie stwierdzają, że nawet teraz nowoczesną terapię na swoim terenie mogą zapewnić najwyżej połowie pacjentów, którzy jej wymagają.

Urzędnikom ku rozwadze

Potrzebny jest szerszy i kompleksowy dostęp do terapii, łącznie z rehabilitacją i utworzeniem krajowego rejestru chorych na SM.
Przewiduje to złożony w Ministerstwie Zdrowia Narodowy Program Leczenia Chorych ze Stwardnieniem Rozsianym opracowany przez trójkę wybitnych profesorów neurologii: Krzysztofa Selmaja, Annę Członkowską i Zbigniewa Stelmasiaka.
Jak dotąd, pod względem dostępności do nowoczesnego leczenia SM, Polska znajduje się na jednym z ostatnich miejsc w Europie i to w czasie, kiedy terapie immunomodulacyjne nie są już żadną rewelacją. Profesor Hubert Kwieciński, konsultat krajowy w dziedzinie neurologii, opiniując wspomniany program narodowy napisał ku rozwadze ministerialnych urzędników: - (...) "Nowe leki", o których wspominają autorzy programu, to głównie beta-interferon oraz octan glatirameru, powszechnie stosowane na świecie od 10 lat...

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum