Luiza Jakubczyk | 15-11-2017 15:50

Dialog, stabilne prawo, większy budżet

- Nie da się w sposób kompleksowy i odpowiedzialny tworzyć polityki lekowej i polityki zdrowotnej przy tak ograniczonym budżecie,jaki jest w Polsce. Wówczas ta polityka opiera się na wybieraniu mniejszego zła, co obserwujemy od wielu lat w naszym kraju- mówi WIKTOR JANICKI, dyrektor generalny Roche Polska Sp. z o.o.

Rynek Zdrowia: - Ministerstwo Zdrowia zapowiada przedstawienie dokumentu "Polityka Lekowa Państwa", który ma zacząć obowiązywać od początku 2018 roku. Co się musi wydarzyć, aby polityka lekowa odniosła sukces?

Wiktor Janicki: - Sukcesem będzie już samo opracowanie takiego dokumentu jak "Polityka Lekowa Państwa". Jako dokument strategiczny narzucać będzie pewne istotne ramy oraz priorytety polityki zdrowotnej. Powinny one wynikać ze specyficznej dla naszego kraju mapy potrzeb zdrowotnych, epidemiologii, analizy trendów demograficznych oraz uznanych standardów terapeutycznych.

Rozumiem, że celem Ministerstwa Zdrowia jest faktycznie objęcie jak najlepszą opieką jak najszerszej grupy pacjentów, w ramach budżetu, który posiada. W takim momencie zawsze dochodzimy do kwestii pieniędzy. To, co wyróżnia działania obecnego kierownictwa resortu zdrowia, to bliska współpraca z Ministerstwem Rozwoju i poszukiwanie sposobu, jak pozyskać więcej pieniędzy na ochronę zdrowia.

Wydaje mi się, że zaczynamy rozmawiać na temat tego, że ochrona zdrowia to inwestycja, na którą można patrzeć z dwóch perspektyw: po pierwsze jako na inwestycję w zdrowie Polaków, bo zdrowsze społeczeństwo to niższe koszty medycyny interwencyjnej oraz ZUS, a także wyższa aktywność zawodowa Polaków; po drugie zaczynamy patrzeć na zdrowie jako inwestycję w gospodarkę, w tym rozwój firm czy polskiej nauki w obszarze zdrowia.

Jeżeli dokument "Polityka Lekowa Państwa" potraf iłby połączyć te wszystkie elementy, to myślę, że mógłby przyciągnąć uwagę chociażby ministra finansów, który zdecydowałby się przeznaczyć więcej pieniędzy na ochronę zdrowia, po to, by ta inwestycja zwróciła się w postaci większych nakładów na rozwój firm farmaceutycznych w Polsce.

- Mówimy o większych nakładach na zdrowie w postaci wyższego procentu PKB, większych ulg podatkowych czy dosypaniu pieniędzy z budżetu?

- Mam wątpliwości, jeśli chodzi o instrumenty podatkowe. Konkurujemy o pieniądze inwestycyjne w skali nie tylko europejskiej, ale coraz częściej globalnej. Bardzo trudno jest więc konkurować z innymi krajami tyko w oparciu o ulgi, ponieważ wszyscy je oferują i to na bardzo atrakcyjnych warunkach.

Jeśli mówimy o firmach, które są skłonne wydawać setki milionów złotych, to biorą one pod uwagę takie kraje jak, przykładowo: USA, Japonia, Indie, Szwajcaria lub Polska. Narzędzia fiskalne czy ulgi podatkowe nie wystarczą, by zwrot z inwestycji był wystarczająco atrakcyjny. Musi za tym iść pewien strumień pieniędzy na innowacje.

Nie da się w sposób kompleksowy i odpowiedzialny tworzyć polityki lekowej i polityki zdrowotnej przy tak ograniczonym budżecie, jaki jest w Polsce. Wówczas ta polityka opiera się na wybieraniu mniejszego zła, co obserwujemy od wielu lat w naszym kraju. Wciąż aktualne jest pytanie, jak to zmienić. Pojawia się szereg pomysłów, w tym podział kontrybucji do budżetu na zdrowie pomiędzy państwo, pracodawców i pracowników.

- Jednym z pomysłów na zwiększenie wpływu firm na gospodarkę oraz międzyresortową współpracę, był tzw. refundacyjny tryb rozwojowy (RTR). Jak go Pan ocenia?

- Idea wydawała się dość atrakcyjnym narzędziem do przyciągania inwestycji do Polski. Zgodnie z prezentowanymi koncepcjami, firmy - w zamian za inwestycje dokonane w Polsce - miałyby dostęp do m.in. szybkiego trybu refundacji leków.

Uważam, że powinniśmy iść w kierunku nowoczesnych instrumentów podziału ryzyka (RSS), opar tych na skuteczności i efektach leczenia. Szukajmy takich rozwiązań, dzięki którym możliwa będzie ocena efektów leczenia, a firmy będą w stanie wziąć na siebie część ryzyka związanego z refundacją, np. zwrócić koszt leczenia tych pacjentów, którzy nie odpowiedzą na terapię.

Oczywiście realizowanie tego typu porozumień wymaga pewnych zmian i dodatkowej infrastruktury oraz nakładów po stronie NFZ, by płatnik mógł mierzyć rzeczywiste efekty zastosowanej u pacjentów terapii oraz wysokość nakładów poniesionych na diagnostykę.

Z perspektywy Ministerstwa Zdrowia wdrażanie narzędzi podziału ryzyka pozwala na optymalizację kosztów terapii dla danego pacjenta i wydatków na refundację. Za jeden milion wydanych złotych, można osiągnąć różne efekty, zawsze jednak chodzi o to, aby były one jak najlepsze.

Wróćmy do pytania, co ma być istotą RTR? Jeśli tym celem ma być to, że w Polsce powstawać będą innowacyjne leki, to pojawia się element jakościowy oceny. Zatem najpierw porównajmy, kto i ile wydał na innowacje w zdrowiu oraz zdefiniujmy, jak ma być rozumiana innowacja, tak, aby nie nadużywać tego pojemnego znaczeniowo sformułowania.

Dużo zależy też od tego, co będzie zachętą do wysokich wydatków na innowacje w Polsce.

Dotychczas nie było to doprecyzowane. Mieliśmy wyższe ceny na etapie oceny przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryf ikacji, które następnie były przedmiotem negocjacji z Komisją Ekonomiczną. Nikt nie był w stanie zagwarantować, jakie będą oczekiwania zespołu negocjacyjnego po stronie Ministerstwa Zdrowia i jak bardzo trzeba będzie je obniżyć po etapie oceny w Agencji.

Ostatnio pojawiła się ciekawa koncepcja zapewnienia szybszego dostępu do rynku. Jeżeli średni czas oczekiwania na decyzję (refundacyjną - red.) w Polsce wynosi, według jednego z badań, dwa lata, to przyspieszenie decyzji o refundacji do 6 miesięcy byłoby bardzo atrakcyjne.

- Jak ocenia Pan funkcjonowanie ustawy o refundacji - czy obecny kształt ustawy umożliwia racjonalne wydatkowanie środków przeznaczonych na refundację?

- W tym przypadku należałoby wrócić do źródeł i do pierwotnego celu tej ustawy. Była ona po części odpowiedzią na wdrożenie dyrektywy przejrzystości. Ustawa miała wprowadzić, i poniekąd wprowadziła, pewne elementy przejrzystości do procesu uzyskiwania refundacji. Ale chcielibyśmy, by ten proces był jeszcze bardziej transparentny, aby f irmy i kluczowi interesariusze zrozumieli, z czego wynikają decyzje i oceny dla populacji, w której będzie zastosowany lek. Jako par tnerzy w systemie chcielibyśmy znać rzeczywiste uzasadnienie decyzji refundacyjnych.

Drugi, niezwykle istotny element, to kwestia powrotu pieniędzy do systemu. W momencie, kiedy była wprowadzana ustawa refundacyjna, uzasadnieniem było to, że pieniądze wygenerowane dzięki oszczędnościom na zakup technologii lekowych miały trafiać na innowacje. Tak jednak się nie dzieje. Liczymy na to, że nowelizacja przyniesie powrót pieniędzy - które zwracamy do budżetu w postaci pay-back-u w ramach podziału ryzyka - do budżetu lekowego.

Słowem, trzy kluczowe obszary, które widzę, to dialog, stabilne otoczenie prawne oraz zwiększony budżet lekowy do poziomu 17% wydatków na ochronę zdrowia.

- Kilka lat temu firma Roche postawiła na rozwój Globalnego Centrum Rozwiązań IT. Co zdecydowało o wyborze Polski jako miejsca dla tej inwestycji?

- Przede wszystkim była to dobra, wieloletnia i stabilna pozycja Roche w Polsce. Drugim, niezmiernie istotnym kryterium, był poziom oraz liczba dostępnych kadr informatycznych i biotechnologicznych w naszym kraju. W ciągu kilku lat z niedużej grupy pracowników Centrum rozrosło się do 500 osób zatrudnionych bezpośrednio w Roche Global IT i ok. 3 tys. w lokalnych firmach na stałe współpracujących z nami. Wydajemy w Polsce ok. 500 mln zł co roku na badania i rozwój w tej dziedzinie. Nasi informatycy wspierają tworzenie i produkcję leków na każdym etapie ich rozwoju: od poszukiwania cząsteczki, przez badania kliniczne, rozwój leku, jego produkcję i dystrybucję.

Pracownicy Globalnego Centrum Rozwiązań IT mają tak unikalne kompetencje, że potrafią wykonywać nie tylko techniczną część pracy, ale posiadają też umiejętność nawiązania relacji z naukowcami, by zrozumieć, jaki proces naukowy mają odwzorować w postaci kodu, a następnie zautomatyzować go w postaci programu komputerowego.

Zauważamy, że coraz bardziej zaciera się granica pomiędzy biotechnologią a informatyką. Myślę, że obszar tzw. big data jest nadal niedoceniany. Tymczasem można z niego wywieść wiele informacji, na przykład na temat eksperymentów, k tóre już zrobiono i nie trzeba ich powtarzać.

Pewnie nie odejdziemy całkiem od standardowych badań klinicznych, kontrolowanych, randomizowanych, ale na pewno waga danych z rzeczywistego przebiegu leczenia będzie wzrastała. Pytanie, na ile Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji będzie otwarta na nowe dane i argumenty z nich wywiedzione.

To wymaga szerszego spojrzenia na to, w którą stronę idzie dziś świat, i dopasowania się do tej rzeczywistości. Obecnie wiele leków jest rejestrowanych przez EMA na etapie badań klinicznych II fazy. Jeśli europejscy, niezależni eksperci uznają, że korzyści dla konkretnej technologii medycznej przewyższają ryzyka, czy powinniśmy na poziomie krajowym ograniczać dostęp do takich leków? Uważam, że nie. Tu znowu potrzebny jest dialog z przedstawicielami decydentów w ochronie zdrowia i wypracowanie odpowiednich rozwiązań i mechanizmów, które mogą być stosowane w naszym systemie legislacyjnym.