Co naprawdę interesuje pacjenta

Autor: Wojciech Kuta • • 06 stycznia 2016 11:23

Polskie szpitale są coraz lepiej wyposażone. Przybywa w nich nowoczesnej aparatury, m.in. za sprawą strumienia unijnych pieniędzy. Czy przekłada się to na poprawę jakości leczenia? Trudno powiedzieć, bo w naszym kraju wciąż brakuje systemu rzetelnej oceny wyników terapii.

Zdaniem prof. Rafała Niżankowskiego, kierownika Zakładu Angiologii II Katedry Chorób Wewnętrznych UJ, jakość leczenia zależy przede wszystkim od kwalifikacji i wysiłku ludzi opiekujących się pacjentem.

Szkodliwe podejście

- Aby stymulować ten wysiłek we właściwym kierunku, potrzebne są jednak pewne mechanizmy zewnętrzne. Są nimi np. standardy akredytacyjne - stwierdza prof. Niżankowski.

Przypomina, że pierwsze standardy, według których oceniano jakość leczenia w szpitalach, powstały na początku lat 50. ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych; w 1987 r. tymi standardami objęto w USA także opiekę ambulatoryjną i podstawową. W Polsce system akredytacji szpitali wprowadzono w 1995 r.

Prof. Niżankowski podkreśla, że pacjenta interesuje nie tyle sama terapia, co jej odległe efekty, czyli to, na ile podjęte leczenie poprawia jego stan zdrowia w przyszłości.

Niestety, jak wskazuje profesor, w latach 60. środowisko medyczne w wielu krajach opacznie zaczęło traktować koncepcję Avedisa Donabediana, który ocenę poziomu opieki zdrowotnej podzielił na jakość struktury, procesów i wyników postępowania.

Spowodowało to, że ośrodki medyczne skupiały się przede wszystkim na poprawianiu jakości struktury - zajęto się wprowadzaniem certyfikatów, oceną posiadanych możliwości technicznych szpitala, sprzętu, wyposażenia itp.

- Takie podejście z czasem okazało się bardzo szkodliwe, bo sama struktura tak naprawdę niemal w ogóle nie ma związku z osiąganymi wynikami terapii. Te bowiem zależą przede wszystkim od jakości opieki - podkreśla prof. Niżankowski.

Dlaczego tak ważne są rejestry kliniczne

Specjaliści od lat podkreślają, że aby system oceny jakości leczenia w Polsce był kompletny, potrzebne jest prowadzenie rzetelnych rejestrów - specjalnych baz, do których wpisywane są szczegółowe dane m.in. dotyczące przebiegu i efektów leczenia (także tych odległych) każdego pacjenta.

W Polsce - poza rejestrem operacji kardiochirurgicznych - takich ogólnokrajowych baz nie ma. - Nie chodzi o rejestry epidemiologiczne, które ilustrują zapadalność na poszczególne choroby, ale nic nie mówią o wynikach leczenia. Do tego potrzebne są rejestry kliniczne - zastrzega prof. Niżankowski.

Europejskimi liderami w zakresie prowadzenia szczegółowych rejestrów medycznych są kraje skandynawskie. W Szwecji i Danii funkcjonuje po 70-80 rejestrów dotyczących różnych jednostek chorobowych oraz procedur postępowania terapeutycznego.

Jednym z bardzo dobrych duńskich rejestrów jest baza zabiegów naczyniowych. Gromadzi się w niej szczegółowe informacje dotyczące przebiegu i rezultatów leczenia pacjentów we wszystkich ośrodkach wykonujących w Danii tego typu procedury.

- Rejestry muszą być sporządzane zgodnie z określonymi wymaganiami. Najlepsze standardy w tym zakresie wypracowała agencja rządowa w USA - dodaje prof. Niżankowski.

Zaznacza, że jedną z przeszkód utrudniających w Polsce tworzenie rzetelnych rejestrów klinicznych są ustawowe przepisy o ochronie danych osobowych.

Zdarzenia niepożądane - żaden wstyd

Brakuje u nas nie tylko rejestrów pacjentów, ale także systemu monitorowania i raportowania zdarzeń niepożądanych, w tym m.in. powikłań.

- W Stanach Zjednoczonych komisja zajmująca się akredytacją w ochronie zdrowia wprowadziła także system raportowania zdarzeń niepożądanych w akredytowanych szpitalach - mówi Rafał Niżankowski.

System ten ma na celu analizowanie zdarzeń niepożądanych, w tym także przyczyn zgonów. Na tej podstawie wydawane są zalecenia, mające w przyszłości zapobiec powtarzaniu błędów.

Polskie prawo nie sprzyja raportowaniu zdarzeń niepożądanych, gdyż osoby ujawniające takie zdarzenia - mogące skutkować poniesieniem szkody przez pacjenta - narażają się na odpowiedzialność karną.

- Dlatego - zdaniem prof. Niżankowskiego - trzeba wprowadzić zasady obowiązujące w lotnictwie, w których nie chodzi o poszukiwanie winnego i oskarżanie, ale o analizę okoliczności i przyczyn wypadku.

- W medycynie bardzo ważne jest analizowanie zdarzeń niepożądanych i uczenie się na błędach. Takie rozwiązanie przyjęto m.in. w systemach prawnych Danii i Norwegii. Oczywiście dotyczy wyłącznie przypadków, które nie są wynikiem celowego, szkodliwego działania lekarza - podkreśla prof. Niżankowski.

Brytyjski model nie wypalił

- Warto też pamiętać o tym, że np. w kardiologii bardzo dobre ośrodki notują u wielu pacjentów gorsze parametry, gdyż to właśnie do najlepszych szpitali trafiają najcięższe przypadki - zauważa dr hab. Piotr Jankowski, prof. UJ, przewodniczący Komisji Promocji Zdrowia Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

- PTK zaproponowało dwa lata temu - w ramach modelu optymalnej prewencji i rehabilitacji kardiologicznej - aby parametrem oceny jakości opieki w tym zakresie była zmiana nasilenia występowania czynników ryzyka chorób sercowo-naczyniowych - tłumaczy prof. Jankowski.

Z kolei prof. Zbigniew Gaciong, konsultant krajowy w dziedzinie hipertensjologii, przywołuje brytyjski system kontroli jakości monitorowania ciśnienia tętniczego u pacjentów.

- System ten funkcjonuje od ponad 10 lat. Lekarze rodzinni zawierają umowę z NHS przewidującą m.in. wypełnianie obszernych formularzy, w których wykazują wyniki opieki nad swoimi pacjentami, w tym wartość ciśnienia tętniczego. Lekarze otrzymują za to dodatkowe finansowanie - tłumaczy prof. Gaciong.

- Brytyjscy lekarze rodzinni przyznają jednak, że udział w takim systemie kontroli im się nie opłaca, a samo uruchomienie programu nie poprawiło jakości monitorowania ciśnienia tętniczego - dodaje konsultant krajowy.

Zdaniem prof. Gacionga mamy w Polsce sporo narzędzi do miarodajnej oceny wyników leczenia, z których jednak nie korzystamy. Zwraca uwagę, że NFZ posiada dane pozwalające sprawdzić, co dzieje się z pacjentem po wypisie ze szpitala, czy i jakie leczenie kontynuował oraz z jakim skutkiem.

- Dziwię się, że nikt nie analizuje danych zawar tych w bazach Funduszu i nie wyciąga z nich wniosków. Ich statystyczne opracowanie nie jest zbyt trudne, a pozwoliłoby poznać efekty leczenia w wielu jednostkach chorobowych. A może nikomu na takiej wiedzy nie zależy? - pyta prof. Zbigniew Gaciong.

Jakość zależy od ludzi, a nie od sprzętu

Zdaniem Andrzeja Sośnierza, byłego prezesa NFZ, obecnie posła z listy PiS, w naszym kraju zbyt dużą wagę przywiązujemy do wyposażana placówek ochrony zdrowia w kolejne urządzenia i aparaturę najnowszej generacji.

- Oczywiście aparatura jest bardzo potrzebna, jednak jakość leczenia i opieki nad pacjentem tak naprawdę zależy przede wszystkim od ludzi. Mimo postępu medycyny i wdrażania coraz nowocześniejszych metod terapii, w Polsce hospitalizuje się obecnie prawie dwa razy tylu pacjentów, co 10 lat temu - zaznacza poseł Sośnierz.

Zgadza się z prof. Niżankowskim, że dobra struktura organizacyjna i wyposażenie szpitala nie gwarantują jeszcze dobrej jakości leczenia.

- Przeprowadzaliśmy kiedyś w woj. śląskim analizę pracy oddziałów ginekologiczno-położniczych. Sporządzony wówczas ranking obejmował m.in. wyniki leczenia, liczbę trudnych zabiegów, powikłania itp. - wspomina Andrzej Sośnierz.

- Najlepiej w tej klasyfikacji wypadł oddział w starym obiekcie, najgorzej wyposażony, który dziś pewnie odpadłby z konkursu ofert NFZ. Pracowali tam jednak świetni fachowcy. Najgorszą ocenę dostał oddział oddany właśnie do użytku, naszpikowany nowymi, bardzo dobrymi urządzeniami - podsumowuje były prezes NFZ.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum