Bez ekologicznego zadęcia

Autor: Anna Kaczmarek • • 14 stycznia 2009 13:59

Walczy ze stereotypem, że wędkarz to dziadek, który siedzi na stołeczku i patrzy w spławik, co jakiś czas przysypia i tak mija mu dzień

Doktora Michała Michalika odwiedziliśmy przed świętami Bożego Narodzenia, które może kojarzą się nie tyle z wędkarstwem - pasją naszego rozmówcy - ale na pewno z rybą...
Okazuje się jednak, że próżno szukać u doktora lakierowanych głów okazałych szczupaków na ścianie. Od czasu tej rozmowy raczej będę się zastanawiać, która z ryb w sklepie dostała... całusa od doktora. Wędkarstwo w wydaniu Michała Michalika to przepiękna przygoda, ciekawe wyprawy oraz miłość i szacunek do przyrody.
- Jako trzyletni chłopiec już trzymałem wędkę. Rodzice opowiadają, że gdy gdzieś siedział jakiś wędkarz, to ja natychmiast siadałem obok niego, przepychałem go i w to samo miejsce rzucałem wędkę. Im byłem starszy, tym bardziej rosła we mnie ta pasja - opowiada nam doktor .

Cel: drapieżnik

Na początku zafascynowały go polskie rzeki, później zaczął łowić na całym świecie. Nie poluje jednak na spokojne rybki, interesują go drapieżniki, które są trudniejszą, bardziej wymagającą zdobyczą. Najpierw łowił tylko w polskich rzekach. Później zaczęło się to zmieniać.
- Świat stanął otworem i teraz w każdej wolnej chwili wsiadam w samolot i lecę na ryby. W piątek wylot, w niedzielę powrót.
Okazuje się, że od startu z Okęcia do chwili, gdy łapię pierwszego szczupaka w Szwecji, mijają zaledwie trzy godziny! Często zdarza się, że w trzy godziny nie dojechałbym na Mazury, a tak po trzech godzinach jestem w zupełnie innym wymiarze, w miejscach, gdzie są ogromne ryby. Tych miejsc nikomu oczywiście nie zdradzę. Tam można się wybrać w grupie zaufanych przyjaciół, którzy również nie zdradzą tej tajemnicy.
Wtedy łapię takie ryby, o których człowiek nawet nie śnił...
O łowieniu dla zabijania mówi niemal z obrzydzeniem: - Hołduję zasadzie: złap i wypuść. Wędkarstwo to także moja ogromna miłość do ryb. Trzeba je zawsze po długiej walce delikatnie wyjąć, obcałować, sfotografować i wypuścić do wody.
Fotografie ryb kataloguje. Nagrywa też filmy, pokazujące holowanie czy wyciąganie ryby.
- Ryby przeze mnie złowione są zawsze mocno obcałowane. Zapewne myślą sobie po wodą: niech mnie kłuje, robi co chce, tylko żeby mi tego buziaka nie dawał! - śmieje się doktor Michalik .

Zajęcie bardzo aktywne

To stereotyp, że wędkarz to dziadek, który siedzi na stołeczku i patrzy w spławik, co jakiś czas przysypia i tak mija mu dzień.
- Wędkarstwo to zajęcie bardzo aktywne. Taka wyprawa zaczyna się, jeszcze zanim wyruszymy z przyjaciółmi na ryby. Przygotowujemy dokładnie mapy terenu, wody oraz głębokości i dna. Musimy wiedzieć, czy dno jest np. skaliste, czy są tam zwalone drzewa.
My wiemy, gdzie szukać tych ryb.
Na łodzi mają echosondy i tzw.
plotery z nawigacją satelitarną (GPS), korzystają z kamer do oceny podwodnej: - Możemy np. widzieć, co dzieje się 20 m pod wodą. Jesteśmy cały czas na łodzi, to ciężka praca, po której tak naprawdę jesteśmy o parę kilo lżejsi...
Trzeba pamiętać, że cały czas łapiemy drapieżniki, które nie stoją w miejscu, które trzeba przechytrzyć, przekupić, czymś je zainteresować.
- W naszym kraju musi nastąpić przełom pokoleniowy wśród wędkarzy - uważa nasz rozmówca.
- Nie mogłem się nigdy pogodzić z mentalnością rodzimych wędkarzy, dlatego wyjeżdżałem za granicę.
U nas zawsze łapanie kojarzyło się z jednym: tę rybę trzeba zabić i zjeść.
Jak wracałem z zagranicznego łowienia i pokazywałem zdjęcia złapanych ryb, to ludzie często bardzo wykształceni, na poziomie, pytali mnie tylko o jedno: jak smakowała ta ryba? Nie mogli uwierzyć, że jej nie jadłem.
Mówili: no nie mów, że przynajmniej głowy nie zasuszyłeś. U nas nikt nie zadaje sobie tego trudu, żeby pomyśleć, że jak wypuści rybę, to ona dalej będzie rosła .

Przygoda nad Bugiem

Michał Michalik nie chce być jednak utożsamiany z ekologami, tłumaczy, że nie o to tu chodzi.
- Nie chodzi o to, żeby popadać w ultraekologiczne zadęcie, tylko żeby zdać sobie sprawę, że wędzoną rybkę to można kupić w sklepie. Jeżeli my jedziemy w sześciu na wyprawę i każdy z nas łapie po kilkadziesiąt, kilkaset ryb, to jak zostawimy sobie jedną na kolację, to wystarczy. Za granicą nie trzeba mieć żadnych pozwoleń na łowienie ryb, każdy wie, że gdy sobie coś złapie, to wypuści, a chce wziąć - to weźmie jedną rybę, a nie tak jak u nas - cztery siatki, którymi obdziela się rodzinę, sąsiadów, koty...
Wędkarstwo to sport, przyjemność, a nie sposób na wyżywienie rodziny.
Gdy pytam o największą przygodę wędkarską, odpowiada, że każda wyprawa jest przygodą i trudno jest wskazać na tę, która była najciekawsza. Opowiada jednak o krajowej wyprawie nad Bug.
- Pamiętam kiedyś na Bugu byłem z moją wtedy dziewczyną, a obecnie żoną. Żeby dotrzeć do pewnych dzikich miejsc, trzeba było się czołgać po pływających materacach wiklinowych. Od brzegu te materace tworzyły pływające wyspy. Na jednej z tych wiklinowych wysp złapałem pięknego czterokilowego klenia, strasznie było mi szkoda, że go nie wyciągnę. Dlatego moja dziewczyna, ryzykując swoje zdrowie i życie, wczołgała się na drugi taki materac, żeby móc podebrać tego klenia siatką.
Cała operacja trwała ze dwie godziny.
Efekt był taki, że po zrobieniu zdjęcia kleniowi, bardzo chciałem go zjeść.
Marzyłem o romantycznym ognisku ze skwierczącą rybą... Ale kleń tak patrzył, że musiałem go wypuścić .

Lubię swoje zabawki

Duma doktora to złowiony 28-kilogramowy sum, a także szczupak - 14 kg, okonie po ok. 2 kg czy kilkukilogramowe klenie z Bugu. Za granicą udawało mu się złowić kilkunastokilowe czerniaki w Atlantyku, piękne czerwone karmazyny, kilkunastokilogramowe dorsze, molwy i brosmy.
- Mam to szczęście, że również praca jest moją pasją. Skończyłem już robić to, co muszę, robię w życiu to, co lubię. Ja żyję pasjami.
Na pytanie, czy wędkarstwo to kosztowny sport, odpowiada, że nie drogi sprzęt się liczy: - Wcale nie trzeba nie wiadomo ile inwestować w sprzęt, żeby łowić ryby i czerpać z tego ogromną satysfakcję. To nie muszą być wędki wykonane na specjalne zamówienie, ale można zaopatrzyć się w sprzęt dobrej jakości. Nie jest to bardzo drogie hobby.
Ja mam swoje ulubione wędki sprzed 10 lat, które czasem jeszcze wykorzystuję i uważam, że nie ustępują w niczym tym współczesnym. Mam oczywiście swoje złote czy srebrne "szerszenie", najwyższej jakości, z wyrytymi moimi inicjałami.
Każdy mężczyzna jest trochę chłopcem i gadżeciarzem, więc lubi mieć swoje zabawki - wyznaje doktor Michalik.


Dr MICHAŁ MICHALIK ma 40 lat, jest specjalistą otolaryngologiem oraz specjalistą medycyny lotniczej.
Absolwent Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, właściciel i dyrektor medyczny MMLaryngologia w Warszawie, z filią w Białymstoku.
Wcześniej pracował m.in. w Klinice Otolaryngologii Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej w Warszawie.
Główne zainteresowania kliniczne to m.in. funkcjonalna endoskopowa chirurgia nosa i zatok (FESS), operacje korekcyjne w zaburzeniach snu, zabiegi operacyjne w zakresie nosa i zatok przynosowych, endoskopowe operacje kanalików nosowo-łzowych.
Jest członkiem polskich i międzynarodowych towarzystw medycznych.
Pozostaje w stałym, naukowym kontakcie z Antwerp University Hospital w Belgii. Bierze udział w licznych zjazdach, konferencjach oraz kursach naukowych w kraju i za granicą.
Autor kilkudziesięciu prezentacji i publikacji w kraju i za granicą .

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum