Bałagan sprawcą opóźnień

Autor: Wojciech Kuta • • 10 maja 2016 11:11

Obecny harmonogram projektu informatyzacji systemu ochrony zdrowia jest realny. Trwają analizy zasadności poszczególnych funkcjonalności i optymalizacja sposobu ich wdrożenia - poinformował Marcin Węgrzyniak, dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia podczas Kongresu Wyzwań Zdrowotnych w Katowicach.

Przypomnijmy, że w grudniu 2015 r. Ministerstwo Zdrowia zdecydowało o zakończeniu przez CSIOZ współpracy z dotychczasowymi wykonawcami projektu P1 - zmierzającego do informatyzacji systemu ochrony zdrowia. Wobec opóźnień resort zdecydował, by realizować projekt w nowej formule; opublikował też harmonogram zakładający m.in. uzyskanie do końca 2017 r. funkcjonalności elektronicznej recepty i do końca 2018 - elektronicznego skierowania.

Nowy harmonogram

- Należy się zastanowić nad poszczególnymi funkcjonalnościami tzw. platformy P1, biorąc pod uwagę, że pierwotne założenia systemu pochodzą z 2007 r. Uznawana za kluczową funkcjonalność e-recepty jest poza tymi analizami - powiedział dyrektor Marcin Węgrzyniak podczas sesji dotyczącej e-zdrowia w trakcie Kongresu Wyzwań Zdrowotnych (Katowice, 18-20 lutego 2016 r.).

Zastrzegł, że podobnie jak kolejne planowane funkcjonalności, e-recepta będzie wdrażana w 2017 r. jako pilotaż - w pełnym zakresie działania, ale przy ograniczonym zasięgu terytorialnym. Wdrażanie wszystkich nowych rozwiązań ma odbywać się "stopniowo i przyrostowo".

Dyrektor CSIOZ wskazał, że dochowaniu obecnego harmonogramu ma sprzyjać zmieniona organizacja projektu. Przez lata, m.in. za sprawą współfinansowania unijnego, był on bowiem podzielony między pięciu wykonawców i zorganizowany tak, że aby wdrożyć funkcjonalność e-recepty, porozumieć musiało się trzech lub nawet czterech z nich. Według Węgrzyniaka na realizację P1 wydano ok. 486 mln zł. Wobec opóźnień w jego realizacji przeprowadzono tzw. fazowanie projektu.

- Nadal deklarujemy, że te funkcjonalności wdrożymy, tylko trochę później, niż pierwotnie zakładaliśmy - wyjaśnił szef CSIOZ.

Potwierdził realizację m.in.: elektronicznej recepty, elektronicznego skierowania oraz internetowego konta pacjenta (według założeń w 2018 r. - jako funkcjonalności pomocniczej m.in. dla e-recepty i zasilanej danymi o zdarzeniach medycznych wraz z informacją o wytworzeniu dokumentacji medycznej).

Co dalej z EDM?

Podczas panelu prezes firmy Kamsoft S.A. (współuczestniczyła w realizacji projektu P1) Zygmunt Kamiński ocenił m.in., że największym problemem dla upowszechnienia elektronicznej dokumentacji medycznej okazał się bałagan zarządczy - objawiający się m.in. brakiem centralnych baz zdrowotnych (od których tworzenia należy zaczynać informatyzację systemu), odpowiedniego prawa czy skoordynowania wykonawców projektu P1.

- W Polsce nie mamy systemu zarządczego w opiece zdrowotnej. Potrzebne są między innymi bazy - chociażby leków oraz usług medycznych - podkreślał prezes Kamiński.

Zwracał uwagę, że w naszym systemie ochrony zdrowia brakuje właściwego przepływu informacji: - Nie wystarczy wstawić komputery do placówek medycznych. Chodzi natomiast o to, aby gromadzone w systemie informacje nadawały się do czegoś innego niż tylko sprawozdawania na potrzeby NFZ - zaznaczył.

- Niestety, nie widzę dzisiaj możliwości wdrożenia powszechnej elektronicznej dokumentacji medycznej jako jedynego obowiązującego standardu, gdyż wciąż nie ma celu, któremu ta cyfryzacja miałaby służyć. Tym celem miała być platforma P1, ale na razie to przedsięwzięcie okazuje się porażką - stwierdził prezes Kamsoftu.

Przypomniał, że w realizacji tego projektu chodziło o uniknięcie monopolu jednej firmy, stąd wykonanie sys temu zostało rozproszone pomiędzy wieloma wykonawcami.

- Teoretycznie takie założenie było słuszne, tyle że nie wyłoniono wśród tych podmiotów lidera. Były więc konie, ale zabrakło woźnicy. Nie wyznaczono też głównego celu P1. Miał być określony w ustawach i rozporządzeniach. Ale takie przepisy pojawi ł y się zbyt późno. Jak można było wdrażać np. e-receptę w 2013 czy 2014 roku, skoro dopiero jesienią 2015 r. ukazały się odpowiednie przepisy? - pytał Zygmunt Kamiński.

Dodał, że z punktu widzenia technicznego e-recepta czy e-zwolnienie jest dość prostym zadaniem. Znacznie trudniejsze okazało się wprzęgnięcie takich rozwiązań w cały, sprawnie działający system przepływu informacji.

- Jeśli taki system nie zostanie w sposób właściwy opisany - wraz z celami, jakim ma służyć - kolejne pieniądze wydawane na poszczególne elementy informatyzacji będą marnowane - przestrzegał.

Z prezesem Kamińskim nie do końca zgodził się Marcin Węgrzyniak: - Udało się uporządkować znaczną ilość zbiorów danych w ochronie zdrowia, czyli rejestry administracyjne. Mamy m.in. rejestr podmiotów wykonujących działalność leczniczą, jest rejestr produktów leczniczych dopuszczonych do obrotu oraz rejestr aptek oraz hurtowni farmaceutycznych - wymieniał dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia.

- Te bazy są fundamentem do tworzenia bardziej zaawansowanych rozwiązań, np. e-recepty, której nie da się powszechnie wdrożyć bez takich uporządkowanych zbiorów danych. Temu właśnie służył projekt platformy P2, który jest sukcesywnie rozwijany - dodał.

- Z kolei w ramach projektu P1 udało się wdrożyć standard dla elektronicznych dokumentów medycznych, w konsultacji m.in. ze środowiskiem lekarskim - mówił dyrektor Węgrzyniak.

Teraz lekarze muszą wyznaczyć standardy

Podczas kongresowych sesji poświęconych informatyzacji rozmawiano także o rozwiązaniach telemedycznych. Eksperci byli zgodni co do tego, że telemedycyna, wbrew różnym barierom, rozwija się w naszym kraju od wielu lat. Przykładów bardzo udanych programów w tym zakresie jest dużo, chociażby w samej kardiologii (między innymi: telekonsultacje pacjent - specjalista, telemonitoring chorych z urządzeniami wszczepialnymi czy telemetryczne diagnozowanie zaburzeń rytmu serca).

Prof. Mariusz Gąsior, kierownik III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii SUM, Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, wskazuje, że przede wszystkim należy sobie zadać pytanie - jaki jest cel telemedycyny? Czy chodzi o poprawę jakości życia, czy także poprawę rokowania?

- Na Śląsku jest rocznie hospitalizowanych 120 tys. pacjentów ze schorzeniami sercowo-naczyniowymi, z czego jedna trzecia z niewydolnością serca, a śmiertelność roczna w tej grupie sięga aż 30%. Problem jest więc poważny, dlatego należy zastanowić się, czy telemedycyna może poprawić rokowania wśród tych właśnie chorych? - stwierdza prof. Gąsior.

Przyznaje, że telemedycynę stosujemy czasami w Polsce u tych "łatwiejszych" chorych. - Każda specjalizacja ma swoją specyfikę. Nie można telemedycyny zostawiać w samej kardiologii. Pacjent zakwalifikowany do opieki telemedycznej najpierw musi być dokładnie zbadany, oceniony, także pod kątem ewentualnych innych schorzeń - mówi profesor.

- Lekarz powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, czy opieka z zastosowaniem systemu telemedycznego jest bezpieczna dla tego zbadanego pacjenta? - dodaje. - Wiele kwestii można rozstrzygnąć przez telefon w rozmowie z pacjentem, czy np. przesłać badanie EKG. Jednak nie u każdego pacjenta i nie w każdej jednostce chorobowej.

- Obecnie wciąż brakuje pewnych rozwiązań prawnych. Dlatego w naszym Centrum wprowadziliśmy zasadę, że programy telemedyczne, k tóre realizujemy, nadal mają formułę eksperymentu, wymagającego zgody komisji bioetycznej. Każdy pacjent biorący udział w takim programie podpisuje zgodę na udział w projekcie - tłumaczy prof. Gąsior.

Zwraca uwagę, że warto też rozstrzygnąć dylemat, czy w telemedycynie chodzi o relację: lekarz-pacjent, a może lekarz-lekarz lub lekarz - obraz z badania diagnostycznego...

- W ramach jednego z naszych projektów zdecydowaliśmy się na model lekarz-lekarz-pacjent. Najpierw jest badanie fizykalne, potem konsultacja między lekarzami (także POZ) i dopiero na końcu decyzja o ewentualnym zastosowaniu rozwiązania telemedycznego - stwierdza prof. Mariusz Gąsior.

Pogodzić technologie informacyjne z medycyną

Zdaniem prof. Krystyny Księżopolskiej-Orłowskiej, krajowej konsultant w dziedzinie rehabilitacji medycznej, kierownik Kliniki Rehabilitacji Reumatologicznej w Narodo wym Instytucie Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji, konieczne jest umiejętne i rozsądne godzenie technologii informacyjnych z medycyną.

- To oczywiste, że telemedycyna będzie się rozwijała, bo jest nam bardzo potrzebna w codziennej praktyce. Między innymi ułatwia i przyspiesza diagnozowanie, pozwala na szybki wgląd w historię choroby. Umożliwia też konsultowanie danego przypadku z wybitnymi specjalistami w kilku ośrodkach - wylicza profesor.

- Nie można jednak dopuścić do sytuacji, w której cała diagnostyka opiera się na tym, że lekarz przez telefon informuje pacjenta, np. na podstawie badania krwi, jak ma postępować, jeśli wcześniej w ogóle go nie badał - podkreśla prof. Księżopolska-Orłowska.

- Możliwość korzystania z dobrodziejstw telemedycyny musi być obwarowana określonymi przepisami oraz standardami postępowania, gwarantującymi pacjentowi bezpieczeństwo - dodała profesor podczas kongresowej sesji "e-zdrowie - rozwiązania telemedyczne i technologie informacyjne wspierające funkcjonowanie placówek ochrony zdrowia".

Technologia nie jest celem samym w sobie

O tym, jak nowe technologie wspomagają rehabilitację pacjentów i jak ich zastosowanie może wesprzeć obecny model opieki zdrowotnej, rozmawiano także podczas sesji "Systemy do telemedycyny i teleopieki w geriatrii, reumatologii i rehabilitacji".

- Technologia nie jest celem samym w sobie. Nie możemy jej dehumanizować. Jest tylko narzędziem, które specjalistom pozwala np. optymalizować czas pracy, a osobom niesamodziel nym, tzw. "więźniom czwartego piętra", technologia ma zapewnić komfort życia i zapobiegać wykluczeniu z życia społecznego - podkreślał Jarosław Bułka, wiceprezes zarządu Silvermedia.

Jak zapewnił, na podstawie doświadczeń naszych europejskich sąsiadów można jasno stwierdzić, że seniorzy czują się znacznie bezpieczniej przy mobilnych urządzeniach do teleopieki. Zwrócił uwagę, że telemedycyna wielu ludziom kojarzy się z np. z e-receptą, nie dostrzegają oni natomiast potencjału nowoczesnych rozwiązań informatycznych w medycynie.

Prof. Grzegorz Gielerak, dyrek tor Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, z kolei zaznaczył, że sama telemedycyna niesie szereg korzyści. Zwłaszcza w kardiologii ma to kapitalne znaczenie, bo ułatwia "wyłapywanie" osób zagrożonych.

- Naszą przygodę z telemedycyną zaczęliśmy od preselekcji pacjentów. Zmuszeni byliśmy wybrać tych, którzy spełniają jeden podstawowy warunek, tzn. są w stanie posługiwać się nową technologią - wyjaśnił prof. Gielerak.

Wyznaczmy rozsądne granice

Także prof. Lech Poloński z III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii SUM w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu nie ma wątpliwości, że telemedycyna jest rozwiązaniem przyszłościowym. - Jednak z czysto medycznego punktu widzenia nie każdy chory może być kwalifikowany do opieki telemedycznej. Dla mnie pacjent kardiologiczny, u którego decydujemy się na zastosowanie takich rozwiązań, musi być wcześniej gruntownie zdiagnozowany w warunkach kliniki czy oddziału szpitalnego - podkreśla profesor.

W jego opinii idealnym rozwiązaniem byłaby kwalif ikacja do telemedycyny podczas pobytu rehabilitacyjnego. - To świetny moment, aby - kilka tygodni po zawale serca - porozmawiać z chorym, zakwalifikować go do określonej grupy ryzyka i zdecydować o wdrożeniu rozwiązania telemedycznego. U chorych z grup najwyższego ryzyka telemedycyna odpada - zastrzega.

Przypomina zarazem, że brakuje nam dzisiaj specjalistów w wielu dziedzinach, w tym w kardiologii. Średnia unijna to 83 kardiologów na 1 mln mieszkańców; w Polsce - 71 na 1 milion.

- Z naszych rejestrów, m.in. bazy AMI-PL, wynika, że 3 lata po zawale serca umiera ok. 30% pacjentów. Średnia liczba wizyt u specjalisty osoby wypisanej ze szpitala po zawale to statystycznie zaledwie... 0,8 wizyty w ciągu roku - informuje prof. Poloński. - Oczywiście sama telemedycyna nie jest panaceum na problemy kadrowe w polskiej medycynie, ale może stanowić w tej materii pewne wsparcie.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum