Badają nas podmioty gospodarcze

Autor: Piotr Wróbel • • 02 lipca 2008 15:08

Prywatna opieka ambulatoryjna może nie przynosi kokosów, jednak lekarze - przedsiębiorcy zdali egzamin na tym rynku

Do prywatnej działalności nowych podmiotów nie dołożono ani złotówki więcej niż wydawano dotychczas, a mimo to opieka nad pacjentem "w rejonie" zaczęła działać o niebo lepiej za sprawą zmian w jej organizacji.
Dostanie się do gabinetu w POZ-ie nawet po godzinie 13.00, w wielu miejscowościach przestało być problemem. Lekarze przejawiali zapał do pracy wspierany siłą, jak sami mówią, "zarobków w miarę normalnych, nawet w stosunku do krajów Europy Zachodniej". W 1997 roku lekarz na kontrakcie z wojewodą zarabiał nawet ok. 5 tys. zł. Realnie były to co prawda trzy razy mniejsze pieniądze niż np. zarabiane przez podobnie pracujących kolegów z Niemiec, ale w polskich warunkach mogły uchodzić niemal za eldorado.

Brandenburgii

Wkrótce po tych pierwszych zmianach postawiono w systemie na tworzenie instytucji lekarza rodzinnego. Najwięcej takich praktyk powstawało w byłych województwach: wrocławskim, wałbrzyskim i zielonogórskim. W ten sposób przekształcano w szczególności wiejskie ośrodki zdrowia. Na wschodzie przodowało pod tym względem woj. chełmskie. W woj. zielonogórskim w 2000 r. ponad 80 proc. podmiotów działających w podstawowej opiece zdrowotnej miało status prywatnych - najwięcej w Polsce. Tam aktywnych lekarzy inspirował przykład sąsiadującej przez granicę Brandenburgii, gdzie po zburzeniu muru berlińskiego z powodzeniem reformowano służbę zdrowia.
W 2000 r. ruszyła prywatyzacja specjalistyki ambulatoryjnej. System funkcjonował coraz sprawniej, realizując ideę dostępności pacjenta do leczenia w POZ. W woj. dolno śląskim czy zachodniopomorskim lekarze rodzinni w ramach kontraktu otrzymywali nawet pieniądze na opłacanie konsultacji specjalistycznych.
- To działało - mówi Robert Sapa, lekarz rodzinny i rzecznik Porozumienia Zielonogórskiego. - Lekarz POZ, ponieważ mógł zapłacić za specjalistykę, konsultacje specjalistyczne uzyskiwał w terminie przez siebie oczekiwanym, a pacjent wracał z konsultacją opracowaną wedle życzenia lekarza rodzinnego.
Zadowolenie lekarzy rodzinnych i szefów niepublicznych ZOZ-ów z dobrze funkcjonującego systemu ambulatoryjnego nie trwało długo. Stopniowo pula środków przeznaczanych na działalność POZ i rezerwowanych na ten cel w budżecie Kas Chorych, a potem NFZ, spadła z 15% do nieco ponad 10%. Środki przesuwano na inne działy lecznictwa, głównie do stacjonarnego, żeby ratować upadające finanse szpitali.

Kontraktowa rzeczywistość

Choć nikt zapewne nie słyszał o upadłym niepublicznym POZ, co świadczy o tym, że ich szefowie jakoś wiążą koniec z końcem, niedawny entuzjazm ustąpił miejsca pesymizmowi. Lekarze rodzinni twierdzą, że coraz trudniej leczyć im pacjentów przy niskiej stawce kapitacyjnej proponowanej przez płatnika.
Bardziej z pójścia na swoje wydają się być zadowoleni lekarze specjaliści. Tu prywatyzacja rozkręciła się na dobre i jest metodą na zdobycie dodatkowych dochodów przez lekarzy. W ostatnich latach powstało wiele nowych prywatnych gabinetów. Ilustrujące to zjawisko statystyki trzeba jednak umieć prawidłowo odczytywać. Większość tych gabinetów jest prowadzona przez jednego lekarza, który często pełni rolę podwykonawcy kontraktów dla ZOZ.
- Coraz częściej zakłady opieki zdrowotnej, chcąc zatrzymać lekarzy i zapewnić większe wynagrodzenie, proponują im pracę na kontraktach. Tak prowadzone są konsultacje lekarskie i dyżury lekarskie w wielu szpitalach - tłumaczy doktor Maciej Hamankiewicz, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Katowicach. - Bardzo duża liczba lekarzy, chcąc pełnić dyżury w szpitalach, z konieczności musiała zakładać własną działalność gospodarczą i teraz to nie lekarze na etatach pełnią tam dyżury, ale odrębne podmioty gospodarcze wykazywane w statystyce jako prywatne gabinety.

Dwa wcielenia doktora

Ci właśnie lekarze otwierają prywatne praktyki na wezwanie. Podają adres własnego mieszkania jako miejsce przechowywania dokumentacji medycznej, natomiast praktycznie w ogóle nie mają żadnego gabinetu. Lekarz X, do połowy dnia zatrudniony na etacie za tysiąc i parę złotych, po południu wychodzi do chorych z tego samego pokoju, ale już jako podmiot gospodarczy. W swoim drugim zawodowym wcieleniu za pracę wykonywaną w tym samym miejscu dostaje nawet 8-10 tys zł. brutto. Po opodatkowaniu - 4 do 6 tys. zł. Ten sam podmiot może też biec w inny rejon miasta, gdzie po południu dorabia w gabinecie niepublicznego ZOZ, też jako podwykonawca.
Do dzisiaj przy prowadzeniu prywatnego gabinetu lekarskiego obowiązuje stara zasada: lekarz musi mieć wyrobione nazwisko i markę wśród swoich kolegów lekarzy, musi też, co oczywiste, mieć dobrą opinię wśród pacjentów. Zdaniem doktora Hamankiewicza, rozkwit prywatnego lecznictwa realizowanego jako indywidualna praktyka lekarska we własnym gabinecie już mamy za sobą: - Same gabinety lekarskie są ważne z punktu widzenia zabezpieczenia zdrowotnego, ich istnienie jest też wyrazem prawdziwie wolnego zawodu lekarskiego, ale mają one dzisiaj charakter prawie zupełnie konsultacyjny.

Tylko dla sław?

W opinii specjalistów znających rynek usług medycznych, nie jest możliwe, aby gabinet prywatny (taki z szyldem) prowadzony przez pojedynczego lekarza dawał możliwość godziwego zarobku. Oczywiście z tej zasady mogą "wyłamywać" się lekarskie sławy.
- Mamy nasze uchwały zjazdowe, mówiące o minimalnej opłacie za wizytę w gabinecie. Lekarz w gabinecie może leczyć za darmo, ale nie może przyjąć od pacjenta mniej niż 20 zł lub 30. Uchwały pochodzą sprzed wielu lat i nikomu nie przychodzi do głowy, żeby je zmienić, bo społeczeństwo jest zbyt ubogie - zaznacza doktor Hamankiewicz.
Prywatne gabinety przegrywają dziś m.in. z niepublicznymi zakładami opieki zdrowotnej. Te drugie - jako firmy prywatne - mają kontrakty z NFZ i możliwości dostosowania się do potrzeb rynku: choćby wystrojem gabinetu czy możliwościami sprzętowymi. I w nich właśnie oraz w szpitalach, na "gabinetowych" kontraktach pracuje zdecydowana większość lekarzy. - Sądzę, że uregulowanie kwestii płacowych spowodowałoby zniknięcie ze statystyki przynajmniej połowy gabinetów - przypuszcza Maciej Hamankiewicz.

Stomatolodzy pionierami

Jeśli mierzyć możliwości prywatyzacji stopniem zawodowej wolności, to można sądzić, że dotychczasowe zmiany własnościowe w systemie ochrony zdrowia najbardziej sprzyjają stomatologom. Pacjenci już dawno pogodzili się z faktem, że to "u prywatnego" leczy się zęby, a "na ubezpieczalnie" czeka się w kolejce.
- Stomatologiczne gabinety prywatne były w PRL-u swoistym wentylem bezpieczeństwa dla systemu ochrony zdrowia. Były trudności z materiałami. Część świadczeń ubezpieczeni uzyskiwali w państwowej przychodni, a część np. leczenie protetyczne wyłącznie w prywatnych praktykach. Ludzie byli z tym pogodzeni, dlatego nie ma dzisiaj problemu społecznego - uważa stomatolog, dr Andrzej Fortuna, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Przychodnie na swoim

Skala prywatyzacji placówek POZ w 2005 r. w wybranych województwach:

  • Lubelskie - ok. 90 %
  • Zachodnio-pomorskie, Pomorskie,
  • Warmińsko-Mazurskie - ok. 80 %
  • Podlaskie - 80-90 %
  • Podkarpackie - 50-60 %
  • Łódzkie - ponad 40 %
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum