Rzadko zgłaszamy zdarzenia niepożądane. Lęk przed prokuratorem jest silniejszy

Autor: Wojciech Kuta/Rynek Zdrowia • • 05 czerwca 2014 06:16

Lekarze w Polsce obawiają się ujawniać zdarzenia niepożądane. Widmo odpowiedzialności karnej i finansowej, a także utraty prawa wykonywania zawodu sprawia, że zamiast analizować i wyciągać wnioski m.in. z powikłań w trakcie leczenia, są one często zamiatane pod dywan.

W przeciwieństwie do modelu szwedzkiego czy brytyjskiego, u nas ewentualny błąd medyczny bardziej kojarzony jest z karaniem, niż z szukaniem przyczyn niepowodzenia w terapii.

Dr Jerzy Kulikowski, prezydent Towarzystwa Promocji Jakości Opieki Zdrowotnej w Polsce, członek Rady Akredytacyjnej, podkreśla, że właściwe monitorowanie oraz rejestrowanie tego rodzaju zdarzeń jest jednym z elementów składających się na kulturę organizacji w szpitalach oraz innych jednostkach ochrony zdrowia.

Lekarze są tylko ludźmi
- Lekarze często mają poczucie nieomylności, ale przecież są tylko ludźmi i nie wszystkie ich działania prowadzą wyłącznie do pomyślnych efektów terapii. Dlatego tak ważny jest sposób reagowania w szpitalu na zdarzenia niepożądane. Tam, gdzie panuje atmosfera lęku, nie będzie ich dobrego monitorowania oraz analizowania - stwierdził dr Kulikowski podczas XVIII Ogólnopolskiej Konferencji „Jakość w opiece zdrowotnej" (Kraków, 19-20 maja 2014 r.)*.

Z kolei dr Stanisław Ostrowski z Kliniki Chorób Wewnętrznych Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie przedstawił zasady prowadzenia w tej jednostce od 2005 r. rejestru działań zdarzeń niepożądanych. Przyznał, że na początku nie było łatwo przekonać pracowników medycznych do wdrożenia rejestru.

- Obawy przed ujawnianiem, a następnie analizowaniem takich przypadków można pokonać tylko poprzez stopniową zmianę świadomości. Konieczne jest zrozumienie, że rejestr zdarzeń niepożądanych służy przede wszystkim podniesieniu bezpieczeństwa pacjentów, a nie karaniu lekarzy - tłumaczył podczas krakowskiej konferencji dr Ostrowski.

Rejestr prowadzony w lubelskim SPSK nr 1 obejmuje nie tylko powikłania w trakcie procesu leczenia, ale także takie zdarzenia, jak np. upadki czy próby samobójcze hospitalizowanych pacjentów.

Zapewnić prawny spokój
Zdaniem prof. Marka Jasińskiego, zastępcy ordynatora oddziału kardiochirurgii w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 7 SUM w Górnośląskim Centrum Medycznym w Katowicach, poważnym wyzwaniem stojącym przed polskim ustawodawcą jest zapewnienie - poprzez wyłączenie odpowiedzialności karnej - "spokoju prawnego" lekarzom, którzy sami zgłaszają zdarzenia niepożądane.

- Wielu z tych przypadków często nie da się uniknąć, poza tym nie wszystkie są wynikami błędów w postępowaniu terapeutycznym. Statystyki pokazują, że na całym świecie zdarzenia niepożądane występują u około 10 proc. pacjentów hospitalizowanych na kardiochirurgii - mówił prof. Jasiński.

Jak podał, praktyka wskazuje np., że ryzyko wystąpienia zawału okołooperacyjnego sięga ok. 5 proc.: - Tak się po prostu dzieje, żadna ujma dla lekarza. Jednak ten zawał oczywiście nie jest zdarzeniem normalnym. Trzeba o nim mówić. Każde takie powikłanie musi być rejestrowane i rzetelnie analizowane w zespole, aby w przyszłości jego ryzyko było jak najmniejsze.

- W 2013 r. na kardiochirurgii w naszym szpitalu na 2500 przeprowadzonych procedur zanotowano 354 zdarzenia niepożądane. Trzeba je raportować i analizować - dodał profesor.

Spętani lękiem
- Lekarze obawiają się kary, która może być związana m.in. z wystąpieniem powikłań. Do tego dochodzi przewlekłość postępowań sądowych - mówił podczas kwietniowej konferencji Rynku Zdrowia w Warszawie prof. Tadeusz Pieńkowski, kierownik Kliniki Onkologii i Chirurgii Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku.

- W szpitalach istnieją odpowiednie komisje, które powinny przedstawiać dyrekcjom placówek wnioski z analizy zdarzeń niepożądanych, aby minimalizować ryzyko ich ponownego wystąpienia. Mimo to lekarze, w obawie przed ukaraniem, często nie informują m.in. o powikłaniach - powiedział prof. Pieńkowski.

Wskazał jednocześnie na swoisty paradoks: - Z jednej strony lekarze nierzadko muszą - dla ratowania zdrowia i życia pacjentów - podejmować ryzykowne decyzje terapeutyczne, a z drugiej strony są spętani lękiem przed ewentualnymi negatywnymi skutkami swoich działań, podejmowanych w najlepszej wierze i zgodnie z aktualną wiedzą medyczną. To fatalny system - podkreśla znany onkolog.

Jak mówił nam niedawno prof. Marek Jasiński, analizując zdarzenia niepożądane należy przyjąć założenie, że wszystkie muszą być odpowiednio zanotowane, wyszczególnione.

- Nie chodzi jednak tylko o samą statystykę, sprowadzającą się do podania liczby powikłań czy np. reoperacji. Rzecz w tym, aby w każdym oddziale na bieżąco komisje audytowe analizowały te wyszczególnione zdarzenia niejako ad hoc. Zamiast o penalizowaniu, mówmy o rzetelnym raportowaniu tego, co się wydarzyło, aby nie doszło do powtórki - zaznacza prof. Jasiński.

Znaczenie rejestrów medycznych
W opinii prof. Jasińskiego, poprawianiu jakości leczenia i bezpieczeństwa pacjentów znakomicie służą rejestry medyczne. To kosztowna metoda, ale zarazem skuteczna. W Polsce jedną z nielicznych dziedzin, w których znajduje zastosowanie, jest kardiochirurgia.

- Krajowy rejestr operacji kardiochirurgicznych obejmuje wszystkie operacje przeprowadzone od 2006 roku. Pacjenci są analizowani zarówno we wczesnym okresie leczenia, jak i pod kątem odległych wyników terapii - przypomina prof. Jasiński. - Bez takich rzetelnych rejestrów nie podniesiemy jakości terapii.

Zaznacza, że rejestr pozwala także na porównywanie wyników osiąganych przez wszystkie ośrodki kardiochirurgiczne w Polsce: - Nie chodzi o tworzenie rankingów i pokazywanie kto lepiej lub gorzej leczy. Rejestr umożliwia natomiast wymianę doświadczeń - także dotyczących zdarzeń niepożądanych - między kardiochirurgami w całym kraju.

Dr Jerzy Kulikowski podczas krakowskiej konferencji zwracał uwagę na konieczność rzetelnego prowadzenia dokumentacji medycznej, która musi spełniać określone wymagania, takie jak m.in.: precyzja, kompletność, spójność, autoryzacja, wiarygodność.

Do wszystkiego trzeba dojrzeć
Elementem tej dokumentacji od kilku lat jest w Polsce Okołooperacyjna Karta Kontrolna (oparta na wytycznych WHO). Jednym z ważniejszych celów jej wprowadzenia było ograniczenie liczby komplikacji i zgonów operowanych pacjentów. Karta służy między innymi do rejestrowania powikłań w trakcie zabiegu, problemów ze sprzętem lub innych trudności technicznych.

Jednak zdaniem doktora Kulikowskiego na razie karta nie powinna być obowiązkowa: - Obligatoryjność spowoduje, że dokument ten owszem, będzie wypełniany, ale niezbyt często stosowany. Wiele szpitali musi najpierw dojrzeć do tego, aby Okołooperacyjna Karta Kontrolna naprawdę spełniała swoją rolę.

*Konferencja zorganizowana została przez Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia wraz z Towarzystwem Promocji Jakości Opieki Zdrowotnej w Polsce.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum