Polemika: karać za winę umyślną, a nie za zgłaszanie zdarzeń niepożądanych

Autor: Sławomir Ogórek*/Rynek Zdrowia • • 29 lipca 2015 22:30

20 lipca pisaliśmy o przypadku 38-letniego pacjenta szpitala w Lublinie, któremu - zamiast usunąć migdałki - zoperowano przegrodę nosową. Lecznica ma wszystkie możliwe akredytacje i certyfikaty, w tym takie, które wymagają stosowania okołooperacyjnej karty kontrolnej (OKK). A jednak popełniono błąd.

Polemika: karać za winę umyślną, a nie za zgłaszanie zdarzeń niepożądanych
FOT. Shutterstock

"Dyrektor szpitala ZOZ MSW w Lublinie rozwiązał umowę z lekarzem z uwagi na prowadzone postępowanie prokuratorskie i lekarz ten nie pracuje już w placówce" - informował nas wydział prasowy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Po publikacji artykułu pt. Certyfikaty akredytacyjne: czy szpitalom po błędzie medycznym powinno się je odbierać napisał do nas Sławomir Ogórek, wizytator Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia*. Poniżej jego polemika z niektórymi tezami naszego tekstu.

***

Nie ma szpitala lub innego podmiotu leczniczego na świecie, w którym nie dochodziłoby do zdarzeń medycznych. Gdyby przyjąć tezy artykułu, nie trzeba by odbierać certyfikatów jakości, gdyż szpitale nigdy by ich nie dostały.

We wszystkich szpitalach - tych akredytowanych i tych bez akredytacji - występują zdarzenia medyczne. Oto kilka danych statystycznych na ten temat:

• W USA dochodzi do 99 000 zgonów rocznie z powodu zakażeń szpitalnych (AHRQ, 2009), 1,5 miliona pacjentów doznaje szkody wskutek błędów w farmakoterapii (FDA, IOM, Washington Post).
• Kanada to 24 000 zgonów rocznie spowodowanych błędem medycznym (CMAJ & CBC, 2004)
• W Wielkiej Brytanii notuje się rocznie 11 000 zgonów z powodu błędów medycznych (Parliament Report, 2008).

Dodajmy do tego szacunki WHO: ”błędy medyczne mogą dotyczyć nawet 10% wszystkich leczonych pacjentów”.

A teraz - pamiętając o tym, że zdarzenia medyczne zdarzają się wszędzie - wróćmy do artykułu. Wynika z niego, że Prokuratura w Lublinie (podobnie - jak należy domniemywać - inne prokuratury w Polsce) zamiast łapać prawdziwych przestępców, woli ścigać lekarzy i pozostały personel medyczny. Natomiast niekompetentni dyrektorzy, pod presją prokuratorskich oskarżeń, natychmiast zwalniają ”winnych”.

Takie podejście do problemu gwarantuje tylko jedno: nadal w szpitalach nie będzie się rejestrowało zdarzeń niepożądanych. Ci, którzy będą chcieli je rzetelnie odnotowywać, będą musieli liczyć się z restrykcjami zarówno karnymi (prokurator), zawodowymi (zwolnienia z pracy), jak i prestiżowymi (odbieranie nagród i certyfikatów). Czy o to chodzi?

Kary niczego nie zmienią
Co zrobić, aby zmienić tę sytuację? Należy podjąć natychmiast działania edukacyjne i legislacyjne, związane z zagadnieniem zdarzeń niepożądanych w szpitalach. Brakuje bowiem wiedzy na ten temat, zwłaszcza wśród prawników, decydentów, dziennikarzy.

Jeśli chodzi o działania legislacyjne, to należy w trybie pilnym przyjąć rozwiązania chroniące personel medyczny, a zwłaszcza osoby zgłaszające zdarzenia medyczne, przed odpowiedzialnością karną. Można skorzystać np. z doświadczeń duńskich, gdzie w 2004 roku przyjęto ustawę, zgodnie z którą:

1. Lekarze i pielęgniarki zobowiązani są do raportowania zdarzeń niepożądanych
2. Dyrekcje szpitali i właściciele są zobowiązani do przeprowadzania analiz i wdrażania działań naprawczych
3. Board of Health (odpowiednik Ministerstwa Zdrowia) jest zobowiązane do upowszechniania informacji i wiedzy wynikającej z analiz.

Zgłaszający zdarzenie niepożądane nie mogą być pociągani do odpowiedzialności, bo jak twierdzą specjaliści z krajów, w których tradycja rejestracji zdarzeń niepożądanych jest długa (raport To Err is human ”Building a Safer Health System” USA 1999) - ”przyczyną błędów medycznych najczęściej nie jest niedbałość czy brak profesjonalizmu personelu medycznego, lecz głównie zła organizacja systemu ochrony zdrowia oraz brak kompleksowego podejścia i interdyscyplinarnej oceny”.

W cytowanym raporcie podkreśla się, że "nasilanie działań restrykcyjnych wobec personelu medycznego i zwiększanie zakresu jego odpowiedzialności, a także podnoszenie pułapu wysokości odszkodowań wypłacanych na skutek wyroków sądów orzekających w sprawach związanych z błędami personelu medycznego, nie prowadzi do zmniejszenia liczby zaniedbań".

Pożytki z akredytacji
Obecnie w Polsce jedynym obiektywnym i prawnie usankcjonowanym sposobem zachęcania szpitali do rejestracji zdarzeń niepożądanych jest system akredytacji szpitali.

W programie zawarte są standardy wprost odnoszące się do zdarzeń niepożądanych (PJ 5.1,2,3), jak i szczegółowe standardy odnoszące się do poszczególnych aspektów związanych z bezpieczeństwem opieki medycznej: zgony, zgony okołooperacyjne, wczesne i późne skutki zabiegów operacyjnych, reoperacje, rehospitalizacje, przedłużone pobyty, Okołooperacyjna Karta Kontrolna, rejestracja zakażeń, zdarzenia związane z zastosowaniem farmakoterapii i wiele innych.

Realizacja każdego ze standardów wymusza na szpitalu pochylenie się nad danym zagadnieniem i rejestrację zdarzenia (np. zgonów okołooperacyjnych), skłania do analizowania, wyciągania wniosków i wdrażania działań naprawczych.

Czy wdrożenie standardu powoduje natychmiastowe zlikwidowanie występowania danego typu zdarzenia niepożądanego? Oczywiście, że nie. Gdyby tak było, ludzie nie umieraliby z powodu zakażeń czy po zabiegach operacyjnych.

Nadal zdarzać się też będą przypadki pomyłek dotyczących zoperowania niewłaściwego miejsca czy przeprowadzenia zabiegu nie u tego pacjenta lub podania niewłaściwego leku.

Co w takim przypadku przynosi wdrożenie standardu? Po pierwsze, zmusza personel medyczny, zwłaszcza lekarzy, do pochylenia się nad własną działalnością kliniczną i przeanalizowania jej efektów, co w sposób zasadniczy zmniejsza ryzyko powtórzenia błędu.

Po drugie, umożliwia analizę wielu przypadków, co częstokroć staje się podstawą do wprowadzania zmian, które w konsekwencji doprowadzają do eliminacji zdarzeń niepożądanych.

Najgorszy pomysł to odbieranie certyfikatów
Akredytacja jest jedynym gwarantem poprawy bezpieczeństwa leczenia pacjentów w Polsce. Nie istnieje żaden system rejestrowania zdarzeń niepożądanych (są jedynie cząstkowe rozwiązania, np. obowiązek zgłaszania niepożądanych działań leków - zgodnie ze znowelizowaną ustawą Prawo farmaceutyczne z 25 listopada 2013 - ale w praktyce zgłaszalność tych działań jest znikoma).

Szpitale, które otrzymały certyfikat, w sposób ewidentny poprawiły jakość i bezpieczeństwo świadczonych usług, co nie znaczy, że spełniają wszystkie wymogi akredytacyjne. Zgodnie z podstawową zasadą ciągłości i cykliczności działań zmierzających do poprawy jakości (cykl Deminga), nigdy nie osiąga się stanu idealnego, ciągle jest coś do poprawienia, a często dopiero błędy i analizy ukazują sposób poprawy.

Nie wiemy, dlaczego doszło do zdarzenia niepożądanego w opisywanym przez Rynek Zdrowia przypadku. Jednak winny został już znaleziony (to lekarz).

Reasumując, odbieranie certyfikatów akredytacyjnych jest najgorszym z możliwych rozwiązań. Powinno mieć miejsce tylko wtedy, gdy szpital po uzyskaniu certyfikatu systemowo, za zgodą lub z polecenia dyrektora, odstępuje od realizowania standardów, które wcześniej wdrożył.

Karanie personelu medycznego według prawa karnego powinno mieć miejsce tylko wtedy, kiedy mamy do czynienia z winą umyślną.

* Sławomir Ogórek jest lekarzem. Przez ponad 20 lat był dyrektorem kilku szpitali (3 z nich w okresie jego dyrektorowania otrzymały certyfikat akredytacyjny). Od 1998 jest wizytatorem Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia. Uczestniczył w ponad 100 przeglądach akredytacyjnych i przeprowadzał szkolenia z zakresu jakości i akredytacji w około 50 szpitalach.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum