Pół roku przerwy w procesie sanitariuszy z Iraku

Autor: PAP/Rynek Zdrowia • • 10 listopada 2009 15:06

Pół roku przerwy ogłoszono w procesie trzech sanitariuszy, oskarżonych o niewykonanie rozkazu udzielenia pomocy na misji w Iraku. Wojskowy Sąd Garnizonowy zobowiązał prokuraturę do zdobycia od armii USA zapisu z satelitarnego monitoringu rejonu, w którym w lutym 2007 r. polski konwój wpadł na minę-pułapkę, w wyniku czego zginął polski żołnierz Piotr Nita.

Zdaniem prokuratury, oskarżeni podczas ataku, mimo rozkazu, nie wyszli z sanitarki, aby udzielić pomocy rannym kolegom i zabrać ciało zabitego. Jeden z oskarżonych, plut. rezerwy Marcin K. oświadczył we wtorek, że z sanitarki wyszedł i przenosił na noszach ciało zabitego, a potem głośno pytał, czy ktoś potrzebuje pomocy, ale nikt się nie zgłosił.

Prowadzący proces sędzia ppłk Marek Wala uwzględnił wniosek obrony o zwrócenie się do armii USA o udostępnienie zapisu monitoringu satelitarnego i stacjonarnego z bazy Scania, pobliskiej miejscu zdarzenia, z którego można by się dowiedzieć, czy sanitariusze opuszczali karetkę, czy się przemieszczali i czy transportowali nosze.

– To będzie dowód obiektywny, którego brak jest istotnym brakiem śledztwa. Przedstawiony zarzut i złożone dotychczas zeznania świadków stoją w sprzeczności z twierdzeniami oskarżonego, więc taki dowód pozwoliłby usunąć pojawiające się wątpliwości – podkreślił sąd.

Oskarżony K. we wtorek wyjaśnienia w rozprawie. Czekał z tym do końca postępowania, bo dwa lata temu, na początku procesu, podobnie jak dwaj pozostali oskarżeni odmawiał składania wyjaśnień. Wszyscy oskarżeni odeszli z wojska. Za niewykonanie rozkazu grozi im do 5 lat więzienia.

Oskarżony uważa, że razem z kolegami padł ofiarą niechęci pozostałych żołnierzy z tego powodu, że taką niechęć okazywał mu dowódca feralnego patrolu i jeszcze jeden żołnierz.

– My nie byliśmy członkiem tej ekipy, byliśmy dla nich obcy. Tak jest, kiedy próbuje się usprawiedliwiać własne błędy. Potem działa psychologia tłumu –  mówił Marcin K. Według niego, w pierwszej kolejności pomocy powinni udzielić strzelcy sanitariusze, którzy byli członkami szwadronu.

– Nosze były na masce samochodu Piotra Nity. Nawet nie zostały uszkodzone – dodał.

Według Marcina K., który przed VII zmianą irackiego kontyngentu był już tam wcześniej na zmianie IV i V, wydane przez dowódcę gwałtownym głosem polecenie wykonał niezwłocznie i mimo braku osłony przedarł się około 30 metrów do palącego się hummera, pod którym eksplodowała mina-pułapka. Zastał tam st. szer. Piotra Nitę z ciężkimi obrażeniami. Według niego już nie żył, co stwierdził też dowódca konwoju. Przenieśli ciało do karetki i czekali na wezwany już amerykański śmigłowiec sanitarny, który niebawem nadleciał.

Oskarżony podkreślał, że w czasie zamachu zepsuła się radiostacja w sanitarce, nie było więc z nimi łączności, co dodatkowo utrudniało zorientowanie się w sytuacji. Marcin K. powiedział sądowi, że potem jeszcze głośno zapytał, czy ktoś nie potrzebuje pomocy.

– Dowódca, kpt. K. wskazał, że jest jeszcze jeden poszkodowany żołnierz, który przyszedł do mnie z zabandażowanym udem. Stwierdziłem, że opatrunek miał założony prawidłowo, nic się nie sączyło. Mimo to wszedłem do karetki poszukać opaski uciskowej, a gdy z niej wyszedłem, żołnierza już tam nie było, bo poszedł do polskiego śmigłowca z siłami szybkiego reagowania, który właśnie nadleciał – relacjonował oskarżony.

Podkreślił, że obrażenia żołnierza z draśniętym udem okazały się niegroźne, natomiast dwóch innych żołnierzy doznało drobnych obrażeń w wyniku eksplozji miny.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum