Iwona Bączek/Rynek Zdrowia | 13-02-2009 07:02

Niestety, projekt tej ustawy buja w obłokach. Jaka będzie kolejna wersja?

Politycy koalicji zapowiadali, że

Dla wszystkich, którzy oczekiwali precyzyjnego prawa dla medycyny rozrodu i związanego z nim uporządkowania rynku usług medycznych w tym zakresie, stało się oczywiste, że coś poszło nie tak... Eksperci wydają się być w jednej kwestii zgodni: złe prawo dotyczące m.in. zapłodnienia pozaustrojowego jest gorsze niż obecny brak regulacji.

– Zapłodnienie pozaustrojowe jest dziedziną wiedzy medycznej, która rozwija się w Polsce od ponad 20 lat – przypomina prof. Waldemar Kuczyński, przewodniczący Sekcji Płodności i Niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. – Mimo to nie doczekaliśmy się regulacji prawnych. Co to oznacza? Że szewcem nie może zostać ktoś, kto nie umie szyć butów, ale biotechnologią medyczną może zająć się każdy.

UE czeka

– Inne kraje starały się nadążyć z legislacją – mówi prof. Kuczyński. – W Wielkiej Brytanii przepisy regulujące zakres in vitro nie tylko istnieją od 15 lat, ale były już dwukrotnie nowelizowane, co pokazuje dynamikę ich rozwoju. Zanim powstało brytyjskie prawo, standardy były ustalane poprzez zalecenia grup eksperckich i towarzystw naukowych. Ten okres przejściowy, dotyczący nie tylko Anglii, ale także innych krajów, trwał od 3 do 10 lat. Potem jednak wchodziły w życie regulacje prawne, zazwyczaj bardzo dobre. W Wielkiej Brytanii na stworzenie ustawy wydano np. 53 mln funtów.

Polska stoi nadal w martwym punkcie. Bezkompromisowe stanowisko Kościoła sprawia, że wszystkie poprzednie ekipy rządzące obchodziły problem szerokim łukiem rozumiejąc, że nie uda się zbić kapitału politycznego na tej sprawie.

Obecny stan mógłby trwać dalej, gdyby nie fakt, że czujemy na plecach oddech Unii Europejskiej. Polskę obowiązują dyrektywy unijne, w tym także ta dotycząca bezpieczeństwa zarodków ludzkich przechowywanych w bankach, a zatem sfery przetwarzania, tj. przebywania poza ustrojem, komórek rozrodczych i zarodków. Tymczasem do dostosowania się do wymagań UE jeszcze nam daleko.

– Działania w tej sprawie rozpoczęły się trzy lata temu powołaniem zespołu, któremu przewodniczyłem, przy ministrze zdrowia – wspomina prof. Waldemar Kuczyński. – Najbardziej racjonalne wydawało się wprowadzenie regulacji dotyczących in vitro poprzez nowelizację ustawy o przeszczepianiu tkanek i narządów. Opracowaliśmy jednolity dokument, który spotkał się z uznaniem UE, ale ze względów politycznych wylądował ostatecznie w koszu. Kolejna próba wznowienia prac została zablokowana w styczniu 2008 r.

Ustawa Gowina

Przypomnijmy główne założenia szeroko dyskutowanego projektu ustawy Jarosława Gowina (prace nad nim mają potrwać do połowy lutego):

• zakaz niszczenia i zamrażania embrionów

• tworzenie najwyżej dwóch zarodków

• in vitro tylko dla par małżeńskich

• określenie górnej granicy wieku kobiety, która może zostać poddana zabiegowi zapłodnienia pozaustrojowego, do 40 lat.

• Projekt nie dotyka spraw refundacji. Wprowadza za to Polską Radę Bioetyczną – organ opiniodawczo-doradczy przy premierze, składający się z ekspertów w dziedzinie etyki, medycyny i prawa oraz Urząd ds. Biomedycyny.

• Urząd ten miałby wydawać, zawieszać i cofać zezwolenia na wykonywanie procedur wspomaganej medycznie prokreacji, prowadzić rejestr podmiotów, które uzyskają zezwolenia, prowadzić Centralny Rejestr Biomedyczny oraz przygotowywać sprawozdania dla Komisji Europejskiej.

– Projekt nadaje się do dyskusji jedynie w części organizacyjnej, w części merytorycznej jest do wyrzucenia – ocenia prof. Leszek Pawelczyk z Kliniki Niepłodności i Endokrynologii Rozrodu Katedry Ginekologii i Położnictwa Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego w Poznaniu. – Forsowane w nim założenia, dotyczące m.in. zakazu tworzenia większej liczby zarodków oraz ich zamrażania, cofają nas do średniowiecza. Wdrożenie takiego prawa jest równoznaczne z wyrzuceniem w błoto środków publicznych, jeśli procedury in vitro miałyby być refundowane, a także środków z prywatnych portfeli pacjentek, jeśli miałyby one same finansować leczenie.

Tego samego zdania jest prof. Sławomir Wołczyński z Kliniki Rozrodu i Endokrynologii Ginekologicznej Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego w Białymstoku.

Skutek: turystyka in vitro

– To nie jest dobre prawo – mówi profesor Wołczyński. – Nie spełnia trzech podstawowych kryteriów, bez których trudno mówić o racjonalnej legislacji: nie chroni interesów niepłodnych pacjentek, nie gwarantuje im leczenia, nie zabezpiecza także losu zarodków. Nie wiem także, jak w praktyce miałyby być egzekwowane te przepisy. Przestępstwo można przecież popełnić pod mikroskopem. Wdrożenie tych regulacji będzie miało tylko jeden skutek: rozwój turystyki in vitro. Zamożniejsze pacjentki będą leczyć się za granicą. Te mniej zamożne nie będą miały nawet takiej szansy. Prawo jest nam potrzebne, ale złe rozwiązania mogą być gorsze w skutkach niż ich brak.

– Byłem zaproszony jako ekspert do pracy komisji bioetycznej Jarosława Gowina – przypomina prof. Waldemar Kuczyński. – Przygotowywałem dokumentację, odpowiadałem na pytania. Nic z tego, o czym mówiłem, nie zostało wzięte po uwagę. Informacja, że około 17% dzieci urodzonych dzięki procedurom in vitro rodzi się z wcześniej zamrożonych zarodków, także przeszła niezauważona. Warto jednak zwrócić uwagę, że efektem pracy komisji jest nie tylko tzw. projekt Gowina. W ogóle nie wspomina się o dwóch stanowiskach odrębnych, kompromisowym i racjonalnym, które zupełnie inaczej podchodzą do problemu.

Kierunek włoski?

Zdaniem prof. Kuczyńskiego projekt Gowina zmierza w kierunku modelu włoskiego. Włosi, do niedawna światowi liderzy w niektórych dziedzinach medycyny rozrodu, otrzymali w 2004 r. „prezent” w postaci tzw. ustawy rozrodczej. Regulacje zezwalają na utworzenie jedynie trzech zarodków i wszczepienie ich do macicy. W efekcie następuje wiele poronień, rodzi się wiele wcześniaków, a procedury stymulacji hormonalnej kobiety oraz zapłodnienia jajeczek i wszczepiania zarodków trzeba powtarzać wielokrotnie. Państwo refunduje sześć cykli.

– Włosi wprowadzili zakaz eliminacji zarodków nieprawidłowych genetycznie – dodaje Waldemar Kuczyński. – W praktyce wygląda to tak, że pacjentka podpisuje zgodę na przyjęcie zarodka „wadliwego”, a w 12. tygodniu ciąży ma prawo do poronienia. Efekt tych abstrakcyjnych przepisów jest więc daleki od oczekiwań samego ustawodawcy: to, co miało chronić życie, prowadzi do jego odebrania.

Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Około 20% Włoszek leczy dziś niepłodność za granicą. Masowo wyjeżdżają także specjaliści w tej dziedzinie. Coraz głośniej mówi się o potrzebie zmiany regulacji, ale włoskie prawo wymaga przeprowadzenia w tej sprawie referendum. Problem polega jednak na tym, że in vitro zainteresowanych jest bezpośrednio około 15% społeczeństwa, a zmiana przepisów wiąże się z wyrażeniem opinii przez ponad 50% obywateli.

– Tak wygląda scenariusz włoski – podsumowuje prof. Kuczyński. – Jarosław Gowin dobrze go zna, ale brnie dalej.

 

Pełna treść raportu o in vitro – w najnowszym wydaniu miesięcznika Rynek Zdrowia (nr 2/43, luty 2009).