Łódzkie: co piąty wyjazd karetki kończy się atakiem na ratowników medycznych

Autor: Gazeta Wyborcza/Rynek Zdrowia • • 11 grudnia 2019 14:56

Bicie, szarpanie, plucie, obrzucanie wyzwiskami - agresja wobec personelu karetek nadal rośnie. Co piąta wizyta to atak - mówi Adam Stępka, rzecznik Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi. Agresorów nie odstrasza informowanie opinii publicznej o takich zdarzeniach, dlatego ratownicy zamierzają zmienić taktykę.

Łódzkie: co piąty wyjazd karetki kończy się atakiem na ratowników medycznych
Agresja wobec personelu karetek nadal rośnie Fot. Archiwum

Jak podkreśla rzecznik łódzkiego pogotowia, ataki na ratowników to chleb powszedni. O tym, że ktoś ich wyzywa, już nawet nie informują - tak często się to zdarza. Napastnicy to najczęściej ludzie po alkoholu, narkotykach, z zaburzeniami psychicznymi - informuje Gazeta Wyborcza.

Ratownicy nie mają przy sobie żadnych środków przymusu bezpośredniego. Jak mówi jeden z nich, nie wolno im wozić ze sobą nawet gazu, więc w przypadku agresji muszą liczyć na własną sprawność fizyczną i albo obezwładnić pacjenta, albo uciec i wezwać policję.

Gazeta podaje przykład "z życia wzięty" - o ratowaniu 20-latka w Gryfinie, który w czasie badania ocknął się i rzucił na ratowników z pięściami. Ci wycofali się na klatkę schodową, wezwali policję. "Kilka minut później (...) czaił się na balkonie uzbrojony w dwa noże. Agresywny pacjent uspokoił się dopiero, gdy zaatakowany przez niego policjant strzelił mu w udo" - czytamy.

Od początku 2019 r. prokuratorzy są zobowiązani, aby w przypadku agresji wobec ratownika medycznego wszczynać tzw. postępowanie przygotowawcze z urzędu. Jednak agresywnych pacjentów to nie odstrasza.

- Rezygnujemy z opowiadania, jak biją, obrażają i zastraszają. Zamiast tego (...) będziemy przebijać się do mediów z każdą informacją o ukaraniu sprawcy - deklaruje Stępka mając nadzieję, że taka strategia zadziała prewencyjne.

Napaść na ratownika medycznego jest traktowana tak samo jak napaść na policjanta. Grozi za nią do 10 lat więzienia, a jeśli funkcjonariusz publiczny został poszkodowany - nawet 12 lat.

Więcej: wyborcza.pl

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum