Kiedy realny pacjent porusza się w cyfrowym świecie

Autor: Karol Poznański • • 08 lutego 2019 16:03

Dowolny tekst o leku lub szczepionce może być uznany za reklamę. Dowolna brednia na temat tego samego leku lub szczepionki może być rozprzestrzeniana w Internecie i nikt się tym nie przejmuje - pisze na swoim blogu Karol Poznański* wieloletni dziennikarz, później przez ponad dekadę związany z branżą farmaceutyczną.

Kiedy realny pacjent porusza się w cyfrowym świecie
Karol Poznański; FOT. PTWP

Pacjent ma prawo do informacji o możliwych metodach leczenia - tak najkrócej można zreferować artykuł 9 Ustawy o prawach pacjenta. Zgodnie z tym aktem, wszelkich informacji na ten temat powinna udzielić mu „osoba wykonująca zawód medyczny”, ale w dobie powszechnego dostępu do Internetu pacjenci często radzą sobie sami. Nie tylko ku zgryzocie lekarzy, ale także ku utrapieniu prawodawcy, który bardzo nie lubi informacji o lekach dostępnych na receptę, skierowanych do osób do tego nieuprawnionych. Prawo farmaceutyczne uważa takie działania za reklamę. Czy słusznie?

Chyba nie. Chory ma prawo do leczenia. Wiedza medyczna czyni ogromne postępy, informacje o wynikach badań klinicznych leków są dostępne w Internecie. Zarówno pacjent jak i jego rodzina mają prawo wiedzieć wszystko o możliwych metodach leczenia. „Możliwych”, a nie „dostępnych”. W polskich warunkach, w niektórych obszarach terapeutycznych to może być ogromna różnica. Różnica na wagę życia i śmierci.

Ograniczanie dostępu do wiedzy w dzisiejszych czasach wydaje się działaniem nie tylko nierozsądnym, ale wręcz szkodliwym. Pacjent sam sobie leku na receptę nie przepisze. Tymczasem istniejące w Unii Europejskiej ograniczenia powodują, że o wielu możliwych terapiach - nie tylko eksperymentalnych czy będących w trakcie badań klinicznych - ale także tych już zarejestrowanych, pacjent może nie wiedzieć. Gorzej, może czytać o nich na stronach internetowych, na których jakość informacji medycznych jest wątpliwa albo nawet szkodliwa.

Jeśli już dostanie się do „wiedzy medycznej opartej na dowodach” (evidence based medicine), będą to często informacje w języku angielskim. To kolejna bariera poddająca w wątpliwość równość dostępu do informacji. A co jeśli chory i jego otoczenie nie znają języka angielskiego? Albo, co jeszcze bardziej prawdopodobne, nie rozumieją fachowego słownictwa towarzyszącego opisowi wyników badań klinicznych?

Przychodzi pacjent do lekarza
Podstawowym źródłem informacji dla pacjenta powinien być lekarz. Przypomnijmy jednak, że zgodnie z ustawą o prawach pacjenta „pacjent, w tym małoletni, który ukończył 16 lat, lub jego przedstawiciel ustawowy mają prawo do uzyskania od osoby wykonującej zawód medyczny przystępnej informacji o stanie zdrowia pacjenta, rozpoznaniu, proponowanych oraz możliwych metodach diagnostycznych i leczniczych, dających się przewidzieć następstwach ich zastosowania albo zaniechania, wynikach leczenia oraz rokowaniu, w zakresie udzielanych przez tę osobę świadczeń zdrowotnych oraz zgodnie z posiadanymi przez nią uprawnieniami”.

Mamy tu ciekawe sformułowania: „możliwych metodach diagnostycznych i leczniczych” oraz „w zakresie udzielanych przez tę osobę świadczeń zdrowotnych”.

Co to oznacza w praktyce? Pacjent może uzyskać od lekarza informacje o leczeniu dostępnym aktualnie w danej placówce, które jest refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. A co z terapiami niedostępnymi, nierefundowanymi, lub na przykład będącymi w trakcie badań klinicznych w kraju lub za granicą?

Lekarz może udzielić pełnych informacji, jeśli tylko pozwoli mu na to czas przeznaczony na wizytę. Wiemy jednak, że w naszych warunkach na wizytę u specjalisty czeka się długo, a czas wizyty jest zwykle mocno ograniczony. Pacjent może więc opuścić gabinet lekarski z poczuciem niedosytu. Dokąd następnie skieruje swoje kroki?

Wirtualna przychodnia dr Google
Z internetowej przychodni można wrócić z cenną informacją lub z masą bzdur. Niestety o ile firmy farmaceutyczne są związane surowymi przepisami Prawa farmaceutycznego, o tyle różnej maści eksperci i szarlatani piszą na temat leków i szczepionek co chcą. Bez żadnej kontroli. Często też bez sensu.

Na szczęście w Internecie sporą aktywność przejawiają organizacje pacjenckie. Każda z nich działa oczywiście inaczej, ale na wielu stronach internetowych, a zwłaszcza profilach w mediach społecznościowych można znaleźć informacje o najnowszych wynikach badań czy metodach leczenia. Już same wpisy zawierają jakiś ładunek informacji, często też przekierowania do artykułów z prasy ogólnej lub nawet specjalistycznej. 

Organizacje pacjenckie starają się zatem wypełnić lukę informacyjną albo działając na własną rękę (tłumaczenia doniesień z zagranicy) albo posiłkując się pracą polskich dziennikarzy.

Tu wszyscy poruszają się po bardzo cienkiej granicy - bo doniesienia z kongresów medycznych zawierają najczęściej tak zwaną informację „off label” - czyli dotyczą niezarejestrowanych wskazań leków ciągle jeszcze będących w fazie badań klinicznych. Ale czy pacjentom, dla których udział w takim badaniu może być ostatnio deską ratunku wolno odmawiać prawa do takich informacji?  

Z lekami i wskazaniami już zarejestrowanymi jest znacznie łatwiej. Podstawowym źródłem informacji o zarejestrowanych w Unii Europejskiej lekach i szczepionkach są tak zwane Charakterystyki Produktów Leczniczych (ChPL). Te dokumenty są dostępne także w języku polskim - wystarczy nazwę leku, który chcemy sprawdzić, wpisać do wyszukiwarki na stronach Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, który prowadzi Rejestr Produktów Leczniczych Dopuszczonych do Obrotu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej:
http://pub.rejestrymedyczne.csioz.gov.pl/

Do Rejestru wpisane są:
• produkty lecznicze posiadające pozwolenie wydane przez Prezesa Urzędu w procedurach narodowej (NAR), wzajemnego uznania (MRP) oraz zdecentralizowanej (DCP);
• produkty lecznicze posiadające pozwolenie wydane przez Komisję Europejską w procedurze scentralizowanej (CEN);
• produkty lecznicze posiadające pozwolenie na import równoległy (IR).

ChPL-e leków zarejestrowanych przez Komisję Europejską można też znaleźć na stronie Europejskiej Agencji ds. Leków (EMA): http://www.ema.europa.eu/ema/

Jeśli chodzi o prowadzone w Polsce badania kliniczne to pewną pomocą może służyć strona internetowa uruchomiona przez Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA: http://www.badaniaklinicznewpolsce.pl/

Czasem lekarze i pacjenci szukają też ratunku w stosowaniu niektórych leków poza zarejestrowanymi wskazaniami. Taką decyzję może podjąć tylko lekarz. Pacjenci powinni pamiętać, że na każdym etapie leczenia mogą wyrazić lub wycofać swoją zgodę. 

Realne zagrożenia w wirtualnym świecie
W Internecie czekają na pacjenta trzy podstawowe zagrożenia:
1. Informacje obarczone błędami
2. Celowa dezinformacja i/lub manipulacja (pseudoeksperci)
3. Sfałszowane leki i substancje niewiadomego pochodzenia

Ograniczenia stawiane przed lekarzami jak i producentami leków skutkują często sytuacją, w której łatwo natknąć się na błędną lub nawet celowo zmanipulowaną informację o leku bądź szczepionce.

Zagrożeniem podstawowym jest uleganie dezinformacji. Może to mieć bardzo poważne konsekwencje. Zdarza się, że pacjenci przerywają leczenie szpitalne pod wpływem niesprawdzonych doniesień pseudoekspertów i oszustów. Przerwanie leczenia i podjęcie „cudownej kuracji” często prowadzi do przedwczesnej śmierci pacjentów.

W ostatnich latach rośnie również liczba rodziców, którzy nie chcą szczepić swoich dzieci - ulegając informacjom na temat poważnych niepożądanych odczynów poszczepiennych. Oczywiście działania niepożądane towarzyszą w zasadzie wszystkim lekom i szczepionkom, jednak zdecydowanie więcej krzywdy możemy sobie wyrządzić nie szczepiąc się lub odstępując od leczenia.    

Kolejnym zagrożeniem jest możliwość zakupu fałszywych leków. Czasem są to niesprawdzonego pochodzenia substancje w opakowaniach imitujących prawdziwe, istniejące leki. To nie tylko oszustwo, ale przede wszystkim zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów.

Health literacy jako przeciwieństwo zdrowotnego analfabetyzmu
Wydawałoby się, że szeroki dostęp do Internetu zawierającego nieprzebrane morze informacji, także medycznych, poprawi poziom edukacji zdrowotnej (tak od biedy można przetłumaczyć health literacy). Niestety, w dobie fake news (które nie są żadnymi newsami, a jedynie swojską dezinformacją) treści słabo udokumentowane, szkodliwe lub po prostu głupie rozprzestrzeniają się szybciej niż evidence based medicine

Dlatego prawdziwy pacjent w cyfrowym świecie potrzebuje przewodników w postaci organizacji pacjentów i towarzystw medycznych. Te pierwsze powinny kłaść nacisk na wszystko, co może pomóc pacjentom być na bieżąco z ich prawami i dostępnymi metodami leczenia. Te drugie nie powinny zamykać się w gronie specjalistów. Warto otworzyć się na pacjentów, bo na koniec dnia wyedukowany pacjent to ktoś zupełnie inny niż pacjent roszczeniowy. 

Zaś w przypadku firm farmaceutycznych należy rozważyć czy zrozumiała chęć ograniczenia działalności reklamowej dotyczącej produktów dostępnych na receptę nie doprowadziła z drugiej strony do sytuacji, w której przedsiębiorcy nie mogą nawet skutecznie bronić swoich leków i szczepionek przed atakami ze strony samozwańczych ekspertów.

Dowolny tekst o leku lub szczepionce może być uznany za reklamę. Dowolna brednia na temat tego samego leku lub szczepionki może być rozprzestrzeniana w Internecie i nikt się tym nie przejmuje.

• Karol Poznański, wieloletni dziennikarz później przez ponad dekadę związany z branżą farmaceutyczną. Tekst pochodzi z bloga autora w serwisie LinkedIn i jest jego prywatną opinią, nie wyrażającą stanowiska dotychczasowego pracodawcy.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum