HCC Online: czy lekarze zaczynają bać się pacjentów? Nie rozmawiamy o błędach

Autor: PW, KG/Rynek Zdrowia • • 17 czerwca 2020 06:00

Lekarze zaczynają się bać pacjenta, ryzykownych działań, nowatorskich metod leczenia. Pojawia się niepokojąca postawa "a może czegoś nie robić, to uniknę potencjalnej odpowiedzialności" - poddawał pod rozwagę dr Tadeusz Urban, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Katowicach, wypowiadając się podczas V Kongresu Wyzwań Zdrowotnych Online.

HCC Online: czy lekarze zaczynają bać się pacjentów? Nie rozmawiamy o błędach
Podczas sesji "Bezpieczeństwo wykonywania zawodu lekarza i pielęgniarki". Fot. PTWP/Michał Oleksy

Od wielu lat trwają starania, aby do systemu wprowadzać rozwiązania poprawiające bezpieczeństwo pacjenta, minimalizujące ryzyko zdarzeń niepożądanych.

- Coraz częściej jednak docierają sygnały, że to pracownicy medyczni zaczynają się czuć niebezpiecznie w szpitalu - mówił dr Tadeusz Urban. Dlaczego tak się dzieje? Na tak postawione pytanie próbowali odpowiedzieć goście sesji "Bezpieczeństwo wykonywania zawodu lekarza i pielęgniarki", na której spotkali się 15 czerwca podczas V Kongresu Wyzwań Zdrowotnych Online.

Była otwartość, jest rezerwa
Kluczem do poprawy bezpieczeństwa pacjenta w szpitalach - z czym zgodzili się uczestnicy sesji - jest dobrze działający system monitorowania i zgłaszania przez szpitale zdarzeń niepożądanych. Pozwala uczyć się na błędach innych, by nie popełniać ich w kolejnym szpitalu. - Niestety taki pilotażowy system się załamał, gdy organa ścigania poprosiły szpitale o dostęp do dokumentów analizujących zdarzenia - tłumaczyła Halina Kutaj-Wąsikowska, dyrektor Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia (CMJ).

Zobacz retransmisję sesji.

Jak przypomniała, w Polsce nie ma systemu obowiązkowego raportowania zdarzeń niepożądanych. Znalazło się jednak 25 szpitali, w których w 2018 i 2019 r. prowadzony był wzorowany na najlepszych rozwiązaniach projekt zarządzania bezpieczeństwem opieki nad pacjentem. W ciągu 2 lat szpitale zaraportowały 6 089 zdarzeń niepożądanych, będących doskonałym materiałem dla innych do uczenia się na błędach, po to, aby nie popełnić ich znowu.

- Szpitale, które uczestniczyły w tym projekcie podeszły do niego bardzo sumiennie. Raportowanym zdarzeniom przyglądano się zgodnie z tzw. analizą źródłową i protokołem londyńskim. Są to metody pozwalające na dogłębne poznanie przyczyny zdarzenia. Analizujemy bardzo dokładnie, bardzo szczerze opowiadamy o wszystkim co się wydarzyło - wyjaśniała istotę projektu dyr. Kutaj-Wąsikowska.

Zwróciła uwagę, że w szpitalach pojawiła się "otwartość personelu, gotowość rozmawiania o rzeczach trudnych, pokazania się gdzie są błędy, braki systemowe, organizacyjne". - To wymaga odwagi, zwrócenia komuś uwagi, wskazania niedociągnięć, problemów kadrowych, organizacyjnych, sprzętowych - podkreślała dyr. Kutaj-Wąsikowska.

W 2019 roku szpitale uczestniczące we wspomnianym projekcie zgłosiły wyraźnie mniej zdarzeń niepożądanych niż w roku 2018. Personel z coraz większą rezerwą zaczął podchodzić do problematyki zgłaszania i analizy zdarzeń niepożądanych, w obawie przed odpowiedzialnością karną.

- Również w ramach programu akredytacji szpitali obserwujemy, że w momencie kiedy pojawiają się organa ścigania personel czuje się zagrożony i przestaje o zdarzeniach niepożądanych rozmawiać, bo lepiej nie rozmawiać niż później być pociąganym do odpowiedzialności. Pracownicy szpitali wskazują, że gdy zaczynają w tym procesie uczestniczyć instytucje zewnętrzne, to zaczyna się szukanie winnych - przekazała dyrektor CMJ.

Kiedy depenalizacja lekarskiego ryzyka?
Przypomniała, że w systemach zachodnich obowiązuje zasada, iż analizy które są prowadzone po to, żeby poprawić bezpieczeństwo pacjenta nie powinny być udostępnianie organom ścigania. - Dopóki nie będziemy mieć ustawy, która zagwarantuje bezpieczeństwo tych analiz dopóty nasz system poprawy bezpieczeństwa pacjenta nie będzie zaprojektowany tak jak byśmy chcieli - konkludowała.

To, że depenalizacja zachowań lekarskich jest istotna przyznał uczestniczący w sesji Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Łukasz Chmielowiec.

- Postuluję dwie bardzo istotne kwestie. Pierwsza to wprowadzenie ustawy o jakości i bezpieczeństwie pacjenta, i umożliwienie personelowi medycznemu zgłaszania zdarzeń niepożądanych bez ryzyka poniesienia konsekwencji karnych i dyscyplinarnych. To w znaczący sposób wpłynęłoby na bezpieczeństwo zawodów medycznych. Zastanawialibyśmy się wtedy na tym jak poprawić bezpieczeństwo pacjenta, a nie koncentrowali na szukaniu winnego - zauważył Chmielowiec.

Druga kwestia to realne wprowadzenie systemu ''no fault''.

- Obecnie mamy system oparty na wojewódzkich komisjach ds. orzekania o zdarzeniach medycznych. W 2018 r. odbyło się ponad 2900 posiedzeń, w ramach komisji pracowało prawie 260 osób - doszło do zawarcia 34 ugód. Tylko 34 ugód. W 2019 r. zostało zawartych ich jeszcze mniej, zaledwie 25 - podkreślał RPP. Jak zauważył, ten system po prostu nie funkcjonuje.

- Gdybyśmy mieli system, w którym nie zastanawialibyśmy się, kto jest winien popełnienia błędu a pacjent - który czuje się poszkodowany i faktycznie jest poszkodowany - szybko otrzymałby satysfakcjonującą kwotę zadośćuczynienia, to w moim przekonaniu ilość zawiadomień ze strony pacjentów, kierowanych do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, by spadła - podsumował Rzecznik Praw Pacjenta.

 Nie pokazujmy "po nazwisku"
Prof. Marek Jasiński kierownik Kliniki Chirurgii Serca w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym (USK) we Wrocławiu podał przykład, z którego wynikało, że analizy zdarzeń niepożądanych są potrzebne, ale ich prowadzenie wymaga stosowania "parasola ochronnego" dla lekarzy poddawanym ocenom.

Przypomniał, że pod koniec lat 90. w Stanach Zjednoczonych zostały opublikowane wyniki, które przyporządkowały określone powikłania i śmiertelność poszczególnym kardiochirurgom. W efekcie zmniejszyła się ilość wykonywanych tzw. trudnych operacji. Pacjenci do ryzykownych procedur byli przekierowywani do ośrodków, których wyniki nie były rejestrowane w sposób upubliczniony.

- Dochodziło do bardzo niekorzystnego zjawiska polegającego na unikaniu pewnych procedur przez chirurgów. Trudno jest się temu dziwić, kiedy w sposób bezkrytyczny i medialny prezentowano te wyniki. Dlatego tak ważne jest stworzenie parasola ochronnego, którego podstawą jest obiektywizacja wyników - mówił kardiochirurg.

Prof. Jasiński zwrócił uwagę, że co innego oznacza śmiertelność na poziomie 5 procent dla bardzo prostej operacji, a co innego dla bardzo skomplikowanej reoperacji. Wskazał, że w kardiochirurgii opracowany został system skali ryzyka - każda operacja została dokładnie oceniona pod względem ryzyka. Taka obiektywizacja wyniku - w opinii szefa Kliniki Chirurgii Serca w USK we Wrocławiu - gwarantuje lekarzom prawdziwy, a nie sztuczny parasol ochronny.

Mówiąc o bezpieczeństwie prawnym personelu medycznego Anna Janik, przewodnicząca Okręgowej Rady Pielęgniarek i Położnych (ORPiP) w Katowicach wskazała m.in. na taki jego aspekt jak przekazywanie pielęgniarkom zleceń, do wykonania których konkretna pielęgniarka nie posiada kompetencji i odpowiednich umiejętności, co zwiększa ryzyko zdarzenia niepożądanego. - Dlatego zabiegamy o to, żeby kompetencje były dokładnie przypisane do posiadanych kwalifikacji - mówiła przewodnicząca ORPiP w Katowicach.

Podkreśliła, że bezpieczeństwo wykonywania zawodu, to także właściwie określone normy zatrudnienia pielęgniarek i w tym zakresie należałoby się zastanowić czy nie uwzględniać kategoryzacji pacjentów w zależności od oddziału.

- Bezpieczeństwo wykonywania zawodu to także zapewnienie odpowiedniej ilości sprzętu sprzętu jednorazowego odpowiedniej klasy i środków ochrony osobistej, by nie dochodziło do zdarzeń niepożądanych wynikających z zakażeń pacjenta - dodała Anna Janik.

Bezpieczeństwo personelu to splot zależności
Marcin Kuta, dyrektor Specjalistycznego Szpitala im. E. Szczeklika w Tarnowie, w dyskusji na temat bezpieczeństwa wykonywania zawodów medycznych wskazał, iż zależy ono w pewnym stopniu i od standardów pracy szpitala. W największym jednak od ludzi. - Stoję na stanowisku, że w szpitalu, tak jak w lotnictwie, za ponad 90 proc. błędów odpowiada człowiek - powiedział.

Podał bardzo prosty przykład ludzkiego działania, które zwiększa ryzyko: - Zdarza się, że drobny komunikat o niesprawności wyświetlany na urządzeniu nie jest zgłaszany do służb technicznych czy odnotowywany, tylko dlatego, że ktoś kończy dyżur.

Przyznał natomiast, że poziom ryzyka błędów medycznych czy zdarzeń niepożądanych kształtują też decyzje zarządcze. - Wypracowane w szpitalu procedury powinny zapewniać stabilność działania i jasność postępowania, wtedy pracownicy czują się bezpieczniej - przekonywał.

Zdaniem dyr. Marcina Kuty pewną trudnością przy wprowadzaniu procedur podnoszących bezpieczeństwo w dużym szpitalu jest skuteczne dostarczenie informacji setkom pracowników: - Aby informacja dotarła skutecznie i szybko, trzeba sprawić, żeby została dostrzeżona i odczytana w masie informacji jakie ma do przekazania ordynator, oddziałowa czy kierownik komórki organizacyjnej. Każdy zarządzający jest w stanie "wyprodukować" każdą ilość poleceń czy informacji, ale wtedy nie można się spodziewać, że wszystkie będą stosowane.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum