Były dyrektor warszawskiego szpitala MSWiA zeznaje w procesie Mirosława G.

Autor: PAP/Rynek Zdrowia • • 19 czerwca 2009 19:58

Wybitny fachowiec, jego klinika zarabiała na cały szpital, wprowadził wysokie standardy, miał świetne wyniki i cały zespół przeciwko sobie - tak o dr. Mirosławie G., jako ordynatorze kardiochirurgii szpitala MSWiA, mówił b. dyrektor tego szpitala, Marek Durlik.

Jego zeznań Sąd Rejonowy Warszawa-Mokotów słuchał w piątek (19 czerwca) przez ponad cztery godziny. To Durlik - jak sam powiedział - był sprawcą całego zamieszania, bo to on postanowił w 2000 r. ściągnąć z Krakowa do Warszawy dr. G.

Nowy ordynator miał rozwinąć oddział kierowany wcześniej przez prof. Zbigniewa Religę - pierwszego kardiochirurga, który przeprowadził w Polsce udany przeszczep serca. Rywalizacja między autorytetem profesora Religi a zdolnym doktorem, wychowankiem sławnego kardiochirurga z Krakowa prof. Antoniego Dziatkowiaka, jest tłem procesu, w którym dr G. jest oskarżony o korupcję i mobbing.

Dziatkowiak polecał dr. G. Durlikowi słowami: „jest tylko dwóch kardiochirurgów, którym dałbym swoje serce do zoperowania. Jeden z nich to doktor G.”. Z kolei Religa, według Durlika, „alergicznie nie znosił Mirosława G.” i protestował co sił, by nie powołać go na ordynatorskie stanowisko.

- Myślę, że powód mógł być prozaiczny i stary jak świat - już w „Ogniem i mieczem” opisał Sienkiewicz, jak Wołodyjowski z Bohunem rywalizował, kto jest pierwszą szablą Rzeczypospolitej. Dr G. przeszczepił 350 serc. Myślę, że Religa mniej - odpowiedział.

Durlik podkreślał, nigdy nie było skarg na dr. G. jeśli chodzi o korupcję. Według niego, na Zachodzie - gdzie pracował - zdarza się, że pacjent wręcza lekarzowi w podziękowaniu kwiaty i skrzynkę dobrego rocznika wina. - I nikogo to nie dziwi, a prokuratura nie wkracza, bo wdzięczność wobec lekarza to prawo pacjenta - mówił.

- Nieporozumieniem jest uznawanie, że korupcją jest wdzięczność pacjenta, wyrażona wręczeniem lekarzowi pieniędzy po już po operacji, przy wyjściu ze szpitala z podziękowaniem za opiekę. Czymś takim byłoby uzależnianie od pieniędzy przyjęcia do szpitala czy operacji - mówił Durlik.

Jako przykład podał sytuację, w której zespół asystentów z kardiochirurgii pewnego dnia zbuntował się i oświadczył, że nie będzie operować, dopóki szpital nie wypłaci im zaległych premii. - Z tego wynika, że to ja byłem mobbingowany - skomentował dr G.

Durlik odparł, że ten przykład świadczy, iż zespół nie był tak zastraszony, jak przedstawiali to podopieczni ordynatora.

Personel - a na kardiochirurgii zarabiało się najwięcej w całym szpitalu - był zaś od początku źle nastawiony do ordynatora, bo - według Durlika - znacząco zaostrzyły się rygory higieniczne. - Nawet ja - jako dyrektor szpitala - bałem się wejść na kardiochirurgię, bo mógłbym zostać zrugany przez doktora G., że wszedłem bez ochraniaczy i maski na twarzy - i miałby on rację - mówił świadek.

Przytoczył dane statystyczne, z których wynikało, że w latach 2001-2003 na kardiochirurgii przeprowadzono 3 tysiące operacji serca, w tym około 70 przeszczepów, podczas gdy w 32 poprzednich latach funkcjonowania oddziału, przeprowadzono 2800 operacji. - To była zmiana jakościowa, nastąpił przełom - mówił b. dyrektor szpitala.

Zwrócił też uwagę, że dzięki wyśrubowanym standardom higienicznym spadła liczba powikłań i zakażeń pooperacyjnych - do imponującego poziomu kilku procent. - Zasada jest taka: jeśli chory po operacji pozostaje na oddziale 7-10 dni, szpital na takim chorym zarabia. Jeśli są powikłania i chory musi leżeć kilka miesięcy - szpital dokłada, nawet kilkaset tysięcy do chorego - wyjaśnił.

Durlik uważa, że dr G. to wybitny fachowiec, jednak nie zaprezentował on umiejętności integrowania zespołu. - To bardzo trudne w takiej pracy jak nasza - gdzie przede wszystkim liczy się chory, a nie czas pracy czy pieniądze za premie. Tutaj się pracuje wtedy, gdy trzeba - w dzień, w nocy, świątek-piątek, na wielkich dawkach adrenaliny. Znam nawet przykłady rękoczynów na sali operacyjnej - ale to są sprawy między lekarzami, a nie prokuratury - mówił.

- Jaka dewiza wisi nad szpitalem MSWiA? - spytał na koniec Durlika oskarżony Mirosław G. - Zdrowie chorego - najwyższym prawem - odparł Durlik. - Czy postępowałem zgodnie z tą zasadą? - dopytywał kardiochirurg. - Przełożona z pańskiego oddziału, z którą do dziś pracuję, powiedziała, że dziś, po latach, wie, że wszystko co pan mówił, za co ją nawet pan rugał, było z myślą o pacjencie. Pan był wręcz obsesyjnie nastawiony na pacjenta - brzmiała odpowiedź.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum