PAP/Rynek Zdrowia | 04-12-2018 16:42

Białystok: proces chirurga oskarżonego o błąd w sztuce medycznej

Kary roku więzienia w zawieszeniu i 15 tys. zł grzywny chce prokuratura w procesie białostockiego lekarza - specjalisty z zakresu chirurgii klatki piersiowej, oskarżonego o narażenie życia 67-letniej pacjentki, u której wystąpiło pooperacyjne krwawienie z tętnicy. Wyrok za tydzień.

Fot. Archiwum (zdjęcie ilustracyjne)

Śledczy zarzucają mu błąd w sztuce medycznej, do którego miało dojść w czerwcu 2016 r. Oskarżają chirurga z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku o to, że jako osoba, na której ciążył obowiązek opieki nad pacjentką przez wdrożenie właściwego postępowania medycznego, nie rozpoznał objawów krwawienia tętniczego do jamy opłucnowej (po operacji przeprowadzonej przez innego lekarza) i nie podjął na czas decyzji o powtórnym zabiegu operacyjnym.

W opinii prokuratury oskarżony - na podstawie dostępnego obrazu klinicznego pacjentki i posiadanej wiedzy medycznej - powinien i mógł wcześniej rozpoznać objawy powikłań operacyjnych. Dlatego śledczy zarzucają lekarzowi narażenie pacjentki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.

Mimo reoperacji kobieta, która trafiła do szpitala z podejrzeniem nowotworu płuc, zmarła wskutek wstrząsu krwotocznego. Prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez lekarzy powiadomił mąż pacjentki. Ma on w tej sprawie status oskarżyciela posiłkowego.

We wtorek (4 grudnia) przed Sądem Rejonowym w Białymstoku strony wygłosiły mowy końcowe.

Prokurator Tadeusz Marek z Prokuratury Okręgowej w Białymstoku podkreślał w swoim wystąpieniu, że sprawa dotyczy zdarzeń, które w XXI w., w wysokospecjalistycznej placówce klinicznej nie powinny się wydarzyć. - Umiera bowiem pacjentka z tak częstego, żeby nie powiedzieć banalnego, jeśli chodzi o chirurgię, powikłania, jakim jest krwawienie pooperacyjne - mówił. Dodał, że stało się to wskutek "zaniechania podjęcia właściwego leczenia".

Powołując się m.in. na opinie biegłych i zeznania świadków, mówił, że objawy rozwijającego się wstrząsu krwotocznego były "dość czytelne i widoczne", a sytuacja wymagała szybkiej, powtórnej operacji ratującej życie, a nie leczenia zachowawczego (lekami - PAP). Mówił też, że pooperacyjne powikłania nie miały związku z wcześniejszymi chorobami, które kobieta przechodziła.

Dlatego prokuratura chce uznania winy i skazania lekarza. Wnioskuje o rok więzienia w zawieszeniu na 2 lata i 15 tys. zł grzywny. Chce też, by oskarżony przeprosił męża zmarłej.

Obrona wnioskuje o uniewinnienie, ewentualnie o warunkowe umorzenie postępowania ze względu na niekaralność. - Biologia i leczenie to nie matematyka, to nie dwa dodać dwa - mówiła adw. Marta Charkiewicz, podkreślając, że ocena postępowania lekarza powinna być oparta o to, jaką wiedzą dysponował. A - w jej ocenie - w dokumentacji medycznej pacjentki był "chaos", a niektóre wpisy były dokonywane "w innych dniach niż udzielane były świadczenia zdrowotne".

Obrona stoi na stanowisku, że z zebranych dowodów nie można wysnuć wniosku, że oskarżony lekarz wiedział o tym, że doszło do krwawienia tętniczego. Adwokat powoływała się na zapis z opinii biegłych, że "ustalenie charakteru krwawienia możliwe było dopiero po otwarciu klatki piersiowej", mówiła też, że reoperacja została przeprowadzona prawidłowo, a zgon był związany z powikłaniami pierwszej operacji, których nie udało się naprawić. - Powikłaniu, które nastąpiło dalej, oskarżony nie mógł zapobiec - powiedziała mec. Charkiewicz.

Mówiła też, że wcześniejsza reoperacja nie gwarantowała przeżycia pacjentki i podkreślała - znowu przywołując opinię biegłych - że oskarżony nie odpowiada za śmierć kobiety. Powiedziała też, że lekarz stał przed bardzo trudną decyzją: co jest w tym przypadku lepsze dla zdrowia człowieka i daje większe szanse na przeżycie.

Oskarżony chirurg przepraszał męża zmarłej, wyraził żal z powodu tego, co się stało. - Nie wszystko odbyło się tak, jak byśmy tego chcieli (...), począwszy od trudnej kwalifikacji chorej do operacji. Chorej obarczonej licznymi obciążeniami - mówił. Odnosząc się do opinii biegłych, opowiadał o wątpliwościach dotyczących przyjętego sposobu leczenia, opiece nad pacjentką, zlecanych dla niej badaniach i o konsultacjach z innymi specjalistami.

Jego zdaniem, cokolwiek by zrobił w tej sytuacji, byłoby "tak samo dużo pytań bez odpowiedzi". -Gdybym chorą zreoperował we właściwym czasie, a chora by umarła na stole (operacyjnym - PAP), też bym tu stał, bo byłby zarzut, dlaczego nie leczyłem zachowawczo - powiedział oskarżony w swoim ostatnim słowie.

Wyrok ma być ogłoszony 11 grudnia.

Robert Fiłończuk