WOK/Rynek Zdrowia | 10-08-2020 05:58

Wyłącznie powiatowym sposobem zarządzania epidemią nie wygramy z koronawirusem

Wprowadzenie tzw. czerwonych i żółtych stref obostrzeń związanych z koronawirusem jest dobrym, ale spóźnionym rozwiązaniem. To minimum tego, co powinien zrobić rząd. Nadal brakuje jasnych zasad funkcjonowania ochrony zdrowia w warunkach epidemii i przed nadchodzącym sezonem grypowym. Ciągle czekamy też na przejrzyste kryteria testowania - wskazują eksperci.

Skuteczna walka z koronawirusem wymaga strategii działania całej ochrony zdrowia; FOT. Shutterstock

Przypomnijmy, że od soboty (8 sierpnia) w 19 powiatach z największym wzrostem zakażeń koronawirusem wróciły niektóre obostrzenia epidemiologiczne. Rozporządzenie w tej sprawie wyodrębnia dwie strefy: czerwoną i żółtą.

Ministerstwo Zdrowia kieruje się liczbą zachorowań w poszczególnych powiatach w ostatnich 14 dniach. Tam, gdzie na 10 tys. mieszkańców potwierdzono więcej niż 12 przypadków infekcji, obowiązuje strefa czerwona. Tam, gdzie liczba nowych przypadków koronawirusa na 10 tys. mieszkańców wyniosła między 6 a 12 - obowiązuje strefa żółta.

Więcej o zakresie obostrzeń w poszczególnych strefach: TUTAJ

O opinię na temat powiatowego podejścia do walki z COVID-19 zapytaliśmy, między innymi dr. Pawła Grzesiowskiego, wykładowcę w Szkole Zdrowia Publicznego, Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego, prezesa Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń:

Grzesiowski: mówiliśmy o tym rozwiązaniu już w maju
- Regionalizacja działań prewencyjnych związanych z epidemią koronawirusa jest krokiem w dobrym kierunku. Poczekajmy na efekty wprowadzenia 19 stref, w których w większym lub mniejszym stopniu przywrócone zostały różne ograniczenia, mające na celu głównie redukcję ryzyka przenoszenia wirusa w wieloosobowych zgromadzeniach - mówi Rynkowi Zdrowia dr Grzesiowski.

Przypomina zarazem, że o potrzebie wdrożenia powiatowego czy też regionalnego zarządzania epidemią mówiono w gronach eksperckich już od maja: - Zresztą pierwsze powiatowe mapy zagrożenia patogenem SARS-CoV-2 w Polsce sporządzone zostały przez wolontariuszy, a nie przez resort zdrowia, który przez długi czas nie dostrzegał znaczenia oraz potrzeby takiego podejścia do walki z koronawirusem - podkreśla.

Jego zdaniem dobrze więc się stało, że Ministerstwo Zdrowia „wreszcie przełożyło to regionalne zróżnicowanie zagrożenia epidemicznego na konkretne interwencje: - Trzeba było to jednak wcześniej przygotować i uzgodnić z samorządami, bo teraz pojawiają się wątpliwości dotyczące szczegółowych rozwiązań, np. czy takie strefowe obostrzenia wprowadzać wyłącznie biorąc pod uwagę liczbę zachorowań na 10 tys. mieszkańców, czy należy uwzględnić także inne wskaźniki, jak liczbę ognisk, wolne łóżka w szpitalach jednoimiennych itd. - wymienia ekspert.

I dodaje: - Natomiast chodzi o zasadę, według której rząd sygnalizuje społeczeństwu, że sytuacja epidemiologiczna się pogorszyła, dlatego na ograniczonych obszarach wprowadzono konkretne działania prewencyjne, co oznacza, że epidemia nie wygasła i cały czas nam zagraża. To bardzo ważny sygnał, uświadamiający Polakom, że skala zakażeń wymaga od nas wszystkich odpowiednich zachowań.

Dr Grzesiowski zwraca uwagę, że przywrócone ograniczenia - obejmujące różne sfery życia społecznego - wiążą się też oczywiście z dodatkowymi kosztami i stratami finansowymi, ale tylko przestrzeganie zaleceń może prowadzić do szybkiego wznowienia różnego rodzaju aktywności, także gospodarczej.

Polski obraz zakażeń przypomina szachownicę
- Komunikat Ministerstwa Zdrowia wydaje się jasny: jeżeli ogłoszone 6 sierpnia regionalne obostrzenia nie będę respektowane, a liczba zakażeń w kraju będzie nadal wzrastać, ograniczenia mogą być wprowadzane w kolejnych powiatach - podkreśla.

Wskazuję, iż w tym kontekście istotne jest również to, że od samego początku obraz zakażeń SARS-CoV-2 w Polsce jest patchworkiem czy szachownicą. Nie jest więc tak, że we wszystkich województwach, powiatach, gminach ten wirus występuję z taką samą lub zbliżoną częstotliwością. Wręcz przeciwnie - obserwujemy pod tym względem bardzo duże regionalnego zróżnicowanie.

- Są rejony, m.in. na Podkarpaciu, Lubelszczyźnie lub Podlasiu, gdzie od początku notujemy pojedyncze przypadki. Trudno więc te obszary zrównywać pod kątem działań prewencyjnych np. z takimi miastami jak Rybnik, Radom lub Jastrzębie Zdrój - mówi dr Grzesiowski.

Jego zdaniem regionalizacja ograniczeń masowych imprez powinna zostać wprowadzona znacznie wcześniej, bo już pod koniec czerwca, kiedy zdejmowano ostatnie ogólnopolskie obostrzenia. -Niebawem przekonamy się, czy podziału na strefy nie wdrożono zbyt późno.

- 8 sierpnia odnotowano w kraju rekordowe 843 nowe zakażenia, ale jeśli za tydzień będzie ich około 1 tysiąca w ciągu doby, może to oznaczać, że działania związane z regionalizacją były istotnie spóźnione. Pamiętajmy, że oficjalnie podawane liczby zakażeń to tylko wierzchołek góry lodowej, w rzeczywistości zakaża się dziennie nawet 20-30 razy więcej osób - stwierdza specjalista.

To na razie minimum tego, co powinien dziś zrobić rząd
W jego opinii zarządzane epidemią na poziomie powiatowym to minimum tego, co powinien dziś zrobić rząd.

- Wkrótce przekonamy się także, czy liczba 12 zakażeń na 10 tys. mieszkańców - od której obowiązują przywrócone ograniczenia (w tzw. strefach czerwonych - red.) - jest wystarczająca, czy jednak należy wdrożyć bardziej rygorystyczne kryterium - np. 10 infekcji na 10 tys. mieszkańców dla stref czerwonych. Taki właśnie wskaźnik, uzasadniający wprowadzane obostrzeń, podaje Europejskie Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC). Ten wskaźnik można jednak szybko skorygować, jeśli okaże się, że wymaga tego bieżąca sytuacja epidemiologiczna - zaznacza dr Grzesiowski.

Podkreśla, że oprócz działań prewencyjnych dotyczących ludności cywilnej, nadal w systemie zarządzania epidemią w Polsce brakuje kluczowych, jasnych oraz konsekwentnie realizowanych zasad dotyczących funkcjonowania ochrony zdrowia w tych wyjątkowych warunkach: - Ciągle czekamy, między innymi na kryteria testowania - w tym określenie, jasnych wskazań do testowania, minimalnej liczby testów w kierunku COVID-19 wykonywanej na 10 tys. mieszkańców, bo bez diagnostyki przegramy w walce z epidemią - zastrzega ekspert.

- Wciąż brakuje również reguł funkcjonowania podstawowej opieki zdrowotnej w kontekście nadchodzącego sezonu grypowego, uprawnienia lekarzy rodzinnych do zlecania testów na koronawirusa, a także sprecyzowania wskazań do kierowania pacjentów do oddziałów zakaźnych i jednoimiennych. Mam nadzieję, że ten drugi filar strategii walki z koronawirusem - regulujący zasady działania systemu opieki zdrowotnej - zostanie jak najszybciej wdrożony - podsumowuje dr Paweł Grzesiowski.

Gryglewicz: chaos, niekonsekwencja, panika
Natomiast dr Jerzy Gryglewicz, ekspert w Instytucie Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego zwraca uwagę na Ministerstwo Zdrowia jest niekonsekwentne i chaotyczne w podejściu do epidemii.

- Szkoda, że decyzja o regionalizacji działań związanych z SARS-CoV-2 zapadła tak późno. Przecież już na początku epidemii było wiadomo, że są powiaty, w których w ogóle nie występowały zakażenia koronawirusem. Dlatego bardzo restrykcyjne postępowanie w tych regionach było bezcelowe i doprowadziły do strat gospodarczych, których można było uniknąć - zaznacza.

- Na razie jesteśmy w fazie wielkiej paniki związanej z koronawirusem. Obawiam się, że wkrótce zaowocuje to gigantycznymi stratami w innych obszarach ochrony zdrowia, między innymi w onkologii. Wstrzymywanie przyjęć pacjentów na przykład z podejrzeniem choroby nowotworowej lub wręcz już chorującymi, może mieć dla nich katastrofalne skutki - przestrzega ekspert.

Również w jego opinii resort zdrowia powinien jak najszybciej stworzyć spójny, przejrzysty model działania całej ochrony zdrowia - a nie jej poszczególnych jej wycinków - na czas epidemii koronawirusa. - Konieczne jest m.in. opracowanie jasnych, czytelnych kryteriów tworzenia kategorii pacjentów, których stan zdrowia wymaga przyjęcia do szpitala - bez względu na sytuację epidemiologiczną w danym regionie - konkluduje dr Jerzy Gryglewicz.

Natomiast Andrzej Sośnierz, poseł klubu PiS i były szef Narodowego Funduszu Zdrowia wskazuje, że wzrost przypadków zachorowań na COVID-19 był do przewidzenia. - Nie dzieje się nic nieprzewidywalnego. To jest rezultat bardzo nieudanej polityki rządu, a w szczególności Ministerstwa Zdrowia w sprawie tłumienia epidemii, której tak naprawdę nie tłumimy od dłuższego czasu - zaznaczył 31 lipca w wywiadzie dla Onetu.

Sośnierz: dzisiaj markujemy walkę z epidemią
- My markujemy walkę z epidemią. Całą odpowiedzialność przerzuciliśmy na społeczeństwo, tak jakby Ministerstwo Zdrowia nie funkcjonowało. Poza wskazaniami typu chodźcie, nie chodźcie w maseczkach, co to jest małe, a co duże zebranie, nic ministerstwo nie zrobiło - uważa były szef NFZ.

Jednak w czerwcu br., podczas jednej z sesji V Kongresu Wyzwań Zdrowotnych Online, Sośnierz przyznał, że pierwsze reakcje rządu - w marcu i kwietniu - były właściwie. - Nie znaliśmy wtedy przeciwnika, więc restrykcyjne posunięcia były wówczas w pełni uzasadnione. Teraz jednak czas zmienić podejście do szpitali jednoimiennych, inaczej zorganizować pracę inspekcji sanitarnej, w przypadku której widać wyraźnie braki kadrowe - przekonywał.

Jego zdaniem, NFZ dopuścił do „zupełnie niekontrolowanego zamykania, bądź częściowego wstrzymywania pracy wielu oddziałów szpitalnych”. - Tego procesu w ogóle nie koordynowano. To także jeden z efektów kuriozalnego modelu walki z epidemią, który przyjęty został w Polsce - podsumował Andrzej Sośnierz.

Szumowski: otrząśnijmy się z beztroski
- My tego wirusa, epidemię i chorobę dopiero poznajemy. Trudno się dziwić, że różni eksperci mają różne zdania i je zmieniają. Myślę, że na temat COVID-19 będziemy jeszcze słyszeli wiele nowych teorii, a stare będą upadały, lub będziemy wracali do starych, bo nowe okażą się fałszywymi tropami - powiedział podczas konferencji prasowej 6 sierpnia minister zdrowia Łukasz Szumowski.

Zapewniał, że cały czas jak najsprawniej pobierane są wymazy, m.in. z możliwych ognisk zakażeń koronawirusem. - Należy nadal spodziewać się liczb w granicach 500, 600, być może 700, dlatego że chcemy dziennie „wymazać” w tych zakładach pracy po tysiąc do dwóch tysięcy pracowników naraz - wyjaśnił szef resortu zdrowia.

Jak przekonywał, mapa zakażeń pokazuje, że pas zbliżony do wybrzeża jest w całości „zielony”, podobnie jak na Mazurach, gdzie nie ma szczególnych wzrostów liczby infekcji.

- Apeluję do wszystkich Polaków o przestrzeganie reżimu sanitarnego, zachowanie dystansu społecznego i zasłanianie ust i nosa.  Musimy otrząsnąć się z atmosfery beztroski, jeśli nie chcemy, żeby kolor „czerwony” się rozprzestrzenił na cały kraj - podsumował minister zdrowia.