Wolny rynek kontra socjalizm w ochronie zdrowia. Slogany czy rzeczywistość?

Autor: Daniel Kuropaś/Rynek Zdrowia • • 14 września 2017 05:55

Starcie idei następuje nawet na poziomie analizy reformy ochrony zdrowia. Według rządu mamy za dużo wolnego rynku w służbie zdrowia, zdaniem niektórych wracamy na tory socjalistyczne. Inni twierdzą, że nadchodzące zmiany są połowiczne i bardziej deklaratywne niż fundamentalne, a wolnego rynku w ochronie zdrowia i tak nigdy było.

Wolny rynek kontra socjalizm w ochronie zdrowia. Slogany czy rzeczywistość?
Fot. Adobe Stock. Data Dodania: 16 grudnia 2022

- Doświadczamy w ostatnim czasie więcej podejścia rynkowego, komercjalizacji, jeśli chodzi o opiekę zdrowotną. Stoimy raczej na stanowisku, aby nieco zmienić kierunek, bo jest za dużo wolnego rynku w służbie zdrowia - powiedział 7 września minister zdrowia Konstanty Radziwiłł.

Powrót do przeszłości
Jaki będzie więc ten kierunek zmian w ocenie polityków i ekspertów? Najostrzejszy w ostatnim czasie krytyk ministerialnych propozycji, poseł klubu PiS Andrzej Sośnierz, mówi wprost, że „zmierzamy w kierunku socjalistycznego spojrzenia na służbę zdrowia”. Czyli, że nie jest ona zwykłym sektorem gospodarki, ale przede wszystkim służbą czy misją.

- Proponowane rozwiązania, choćby budżetowanie szpitali, to właśnie powrót do gospodarki socjalistycznej, kiedy zakładom przydzielało się środki, za które miały funkcjonować i leczyć wszystkich, którzy się zgłoszą - tłumaczy.

Przypomina, że w takim systemie szpitalowi się po prostu nie opłacało przyjmować pacjenta, bo to był wydatek. Szpital jako instytucja nie miał żadnej motywacji finansowej. Żeby temu zaradzić postanowiono wprowadzić system, w którym płaci się za każdego pacjenta określoną kwotę, aby pieniądze szły za pacjentem.

- W tej chwili wprowadzając sieć szpitali i ryczałtowe finansowanie szpitali wracamy generalnie do poprzedniego systemu, kiedy szpital dostawał pieniądze za to, że istnieje, a liczba pacjentów nie miała większego wpływu na wielkość dotacji  - uważa Andrzej Sośnierz.

Ma się co prawda liczyć i kategoryzować pacjentów, ale w ryczałtowym systemie jest tyle zmiennych, a wzory wyliczeń są tak skomplikowane, że w ocenie byłego prezesa NFZ „i tak życie to wszystko rozsadzi”.

Wyższość publicznego nad prywatnym
Drugim zasadniczym problemem jest przekonanie obecnych władz, że „solą ziemi czarnej jest szpital publiczny”. Jak przypomina Andrzej Sośnierz przed reformą z 1999 r. państwo nie potrafiło rozwiązać wielu problemów wynikających z szybkiego rozwoju medycyny, problemu dostępu do dializ, do protez, nie miało pieniędzy na rezonanse, tomografy itd. Podmioty niepubliczne rozwiązały te problemy w ciągu około trzech lat, dzięki czemu nie trzeba było wydawać pieniędzy publicznych.

- A jak już problem został rozwiązany, to teraz się za nich weźmiemy. Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść. Teraz będziemy znów kochać szpitale publiczne, a placówki prywatne będą wegetować, bo podobno jakieś zyski mają - ironizuje poseł klubu PiS. Jak dodaje, zapomina się jednak, że ci inwestorzy wyłożyli za państwo własne pieniądze i mają prawo je odzyskać, z zyskiem prowadząc swoje placówki.

To właśnie zyski osiągane przez podmioty prywatne najbardziej wadzą krytykom tego sektora w ochronie zdrowia.

- Tylko chciałem zwrócić uwagę, że te same stawki mają zakłady publiczne i niepubliczne. Jeżeli jednym się opłaca, potrafią odzyskać pieniądze, to dlaczego drugim się nie opłaca? Za te same stawki, te same pieniądze? To może denerwować tego, co się zadłuża, bo pokazuje jego mniejszą sprawność - dodaje Andrzej Sośnierz.

Jak podkreśla polityk, najłatwiej powiedzieć, że ten sektor trzeba likwidować czy ograniczać, bo „my tu tylko trudne przypadki leczymy, a on nam odciąga pacjentów i tylko śmietankę spija”. To się właśnie opowiada, żeby zdeprecjonować przeciwnika rynkowego.

Ostateczną konsekwencją eliminowania sektora niepublicznego będzie usunięcie z rynku konkurencji i również rachunku kosztów. Nie będziemy mieć w ogóle informacji, czy da się za określone pieniądze utrzymać zakład i jeszcze mieć zyski czy też nie.

Zdaniem dra Adama Kozierkiewicza, eksperta ds. ochrony zdrowia mamy raczej do czynienia jedynie z preferencją większych jednostek w stosunku do mniejszych.

- Akurat mamy koincydencję między  dużą i publiczną jednostką. W związku z tym straciły małe, niepubliczne placówki. Ale głównie dlatego, że były małe, bo duże, niepubliczne zakłady spełniały warunki, w szczególności dotyczące SOR-u, izby przyjęć, zespołu z odpowiednim doświadczeniem itd., i znalazły się w sieci szpitali - przekonuje.

Zdaniem Kozierkiewicza np. w peozecie nie ma w żadnym stopniu dyskryminacji prywatnego sektora, wręcz przeciwnie. Natomiast AOS jest obecnie ograniczany jako byt samodzielny, a w dużej części stanowi go właśnie sektor prywatny.

Ani wolnego rynku, ani socjalizmu
Z ministerialnym poglądem, że jest za dużo wolnego rynku w służbie zdrowia polemizuje też Krzysztof Bukiel, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

- Gdzie był ten nadmiar wolnego rynku, skoro ceny za świadczenia zdrowotne ustalało państwo a nie rynek. Skoro o korzystaniu ze świadczeń ze środków publicznych decydował urzędnik NFZ  a nie wolna konkurencja. Nie było tak, że pacjent idzie gdzie chce, a NFZ mu płaci określoną kwotę. Były jedynie namiastki wolnego rynku.

Jego zdaniem do tej pory głównym elementem przypominającym rynek było to, że się płaciło za wykonane działania a nie za samo trwanie. Bo na tym właśnie polegała publiczna służba zdrowia przed wprowadzeniem kas chorych.

Po reformie dostawało się co prawda pieniądze za wykonanie pewnych świadczeń, ale już ile tych świadczeń, jakie te świadczenia, za jaką cenę - to wszystko dyktował urzędnik, więc trudno mówić, że było za dużo wolnego rynku.

- Właściwie od początku wprowadzenia kas chorych politycy się przestraszyli mechanizmów rynkowych i stopniowo się z nich wycofywali. Wprowadzenie NFZ to oczywiście kolejny etap tego procesu. Trudno powiedzieć, żeby limitowanie świadczeń było oparte na zasadach rynkowych - ocenia Krzysztof Bukiel.

W jego ocenie mimo jednoznacznych zapowiedzi wprowadzenia systemu budżetowego, twórcy obecnej reformy zorientowali się, że spowoduje to taką rewolucję, iż może naprawdę znacząco pogorszyć dostępność świadczeń zdrowotnych.

Jak podkreśla przewodniczący OZZL, w rezultacie powstaje nieokreślony system, w którym pozostają pewne elementy rynkowe: chociażby to, że ryczałt płatny będzie za wykonane świadczenia, które trzeba sprawozdawać - także tutaj nie zmieni się wiele.

- Więcej w tym jest retoryki antyrynkowej niż faktycznych zmian - podsumowuje Krzysztof Bukiel.

Mało odważne reformy
Zgadza się z tym były minister zdrowia Marek Balicki, który zarzuca obecnemu pakietowi zmian, że to rozwiązania nawet nie połowiczne. Nie spodziewa się, żeby w ten sposób zostały wyeliminowane główne wady rozwiązań rynkowych.

- Liczba świadczeń rośnie, ale kolejki też. Więc konieczna jest zmiana i przejście na bardziej wspólnotowe rozwiązania. Ale niestety sieć szpitali nie jest rewizją w takich wymiarach, jak bym chciał - ocenia.

Jak podkreśla, nie ma żadnego ryczałtu, bo to nadal będzie finansowanie za wykonywanie świadczeń.

- O ryczałcie możemy mówić, gdy daje się pewną kwotę na 100 tys. mieszkańców określonemu podmiotowi, prywatnemu czy publicznemu. Na głowę wychodzi np. 1000 zł czy 10 000 zł. I sprawuje się opiekę całościową (POZ, specjalistyka i szpital). W ramach tego budżetu trzeba sobie samemu poradzić, samemu decyduje się, ile świadczeń udzielamy i komu itd. - opisuje.

Zaznacza, że w Europie są takie rozwiązania, natomiast to co rząd wprowadza 1 października nie jest ryczałtem w takim rozumieniu.

- Dalej będzie szedł pieniądz za usługą. Jakby szedł za pacjentem to pół biedy, ale będzie szedł za usługą. Tylko w sposób mniej czytelny, mniej przejrzysty niż to było dotąd. Dalej nikt nie będzie odpowiadał za zdrowie określonej populacji, np. mieszkańców ul. Kasprzaka w Warszawie. A każdy jest wynagradzany od liczby świadczeń, więc, upraszczając, celem graczy na rynku będzie dalej udzielanie świadczeń, a nie zdrowie mieszkańców - argumentuje Marek Balicki.

Jak podkreśla dr Kozierkiewicz, warto pamiętać przy zderzaniu się racji ideologicznych, politycznych i ekonomicznych, że jest warstwa komunikacyjno-polityczna i warstwa praktyczna. I one się generalnie ze sobą rozmijają…

- Wcześniej dominowała orientacja rynkowa, ale w dużej mierze była ona jedynie fasadą, tzn. deklarowano podejście wolnorynkowe, ale w praktyce pieniądze szły przecież mimo wszystko przed pacjentem i generalnie nie było za dużo rynku. Tak teraz formalnie zapowiadana jest orientacja etatystyczna czy publiczna, natomiast w praktyce również wygląda to inaczej - ocenia ekspert.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum
    PARTNERZY SERWISU
    partner serwisu
    partner serwisu

    Najnowsze