Wojciech Matusewicz: skończy się wycenianie terapii z powietrza

Autor: Luiza Jakubiak/Rynek Zdrowia • • 20 kwietnia 2015 06:14

Jesteśmy bardzo pomocni dla decydentów. Oczywiście zdarza się, że mamy odrębne zdania. Ale swoje rekomendacje wydaję z najlepszą wiedzą i własnym sumieniem - mówi w wywiadzie dla Rynku Zdrowia* dr Wojciech Matusewicz, prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, podsumowując 10 lat jej działalności.

Wojciech Matusewicz: skończy się wycenianie terapii z powietrza
Wojciech Matusewicz FOT. PTWP

Rynek Zdrowia: - Wprowadzenie zasad oceny technologii medycznych (health technology assessment, HTA) do naszego systemu było podyktowane względami finansowymi?
Wojciech Matusewicz: - We wszystkich krajach budżety na medycynę były coraz bardziej napięte. W latach 80 XX wieku nauczano już farmakoekonomiki, ale wtedy jeszcze HTA nie była powszechnie akceptowaną metodą oceny. Holendrzy wprowadzili ją jako pierwsi do systemu, ale bez umocowania prawnego.

Pierwszą analizę HTA z prawdziwego zdarzenia wykonali Szwedzi. Dotyczyła oceny procedury tomografii komputerowej pod względem skuteczności, bezpieczeństwa i kosztów stosowania. Pod koniec lat 90. HTA upowszechniła się i decyzje dotyczące finansowania ze środków publicznych nowych procedur medycznych, których pojawiało się coraz więcej, nie mogły obyć się bez rekomendacji agencji. Oceny dotyczyły głównie skutków ekonomicznych dla systemu.

Do nas ta idea dotarła z opóźnieniem. W 2005 roku ówczesny minister zdrowia, Marek Balicki, wydał zarządzenie powołujące do życia AOTM (obecnie - AOTMiT - red.). Wszyscy uczyli się, co to jest ocena technologii medycznych, na czym się opiera. W praktyce realizacja wyglądała jeszcze mało efektownie.

- Jednym z powtarzanych zastrzeżeń jest systemowy problem braku powiązania opinii i rekomendacji z decyzjami polityków. Dlaczego Minister Zdrowia może, ale nie musi brać pod uwagę rekomendacji?
- Wynika to głównie z małego budżetu na ochronę zdrowia, który u nas nie dorównuje wydatkom innym państw. Na świecie jest niewiele agencji, takich jak brytyjski NICE, która jest niezależnym organem. Jej rekomendacje są wiążące dla decydentów. Podobnie jest w Australii i częściowo w Kanadzie.

Trzeba pamiętać, że zakres działań polskiej agencji ulegał zmianom. Do 2009 roku nie było obligatoryjnego wymogu wnioskowania przez Ministra Zdrowia o wydanie rekomendacji przez prezesa Agencji.

Dlatego w pierwszych latach działalności AOTMiT nie była zbyt aktywna. Dopiero tzw. ustawa koszykowa z 2009 roku narzucała resortowi zdrowia wymóg opiniowania procedur, które miały trafić do koszyka świadczeń gwarantowanych.

Ustawa koszykowa nadała Agencji osobowość prawną i było pierwszym ważnym etapem osadzania Agencji w systemie. Rekomendacje, które wychodzą z AOTMiT, są jednym z elementów procesu decyzyjnego. Stoimy na straży ochrony środków publicznych, co oznacza, że analizy ekonomiczne i finansowe, przy ograniczonych środkach budżetowych, zawsze były bardzo ważne.

Jednocześnie, wydając rekomendacje, kierowaliśmy się też skutecznością i bezpieczeństwem. Dlatego rekomendowaliśmy pozytywnie i udało się wprowadzić niektóre skuteczne terapie stosowane w chorobach rzadkich, mimo ich bardzo wysokiej ceny.

Do zadań Agencji dopisano także opiniowanie samorządowych programów zdrowotnych. Drugą zmianą, która przysporzyła nam obowiązków było wejście w życie ustawy o refundacji leków w 2012 roku. Ustawa systematyzowała pracę Agencji, wprowadziła twarde przepisy dotyczące progu opłacalności kosztowej. Weszły też metody podziału ryzyka (RSS)...

- ... co Agencja często podkreśla w swoich rekomendacjach, wydając je warunkowo. W ostatnim czasie w rekomendacjach pada wprost, że powinien być zastosowany RSS nastawiony na ocenę skuteczności leczenia.
– Agencja w rekomendacji może sugerować podział ryzyka, jeśli dotychczasowy uważa za niewystarczający. U nas dominują rabaty cenowe. Uważam, że ciągle za mało jest schematów podziału ryzyka opartych na efektywności klinicznej leczenia, wymagających ścisłego monitorowania pacjentów włączonych do leczenia.

Efekty kliniczne, które się obserwuje w badaniach klinicznych II i III fazy, wykonywanych na małych grupach pacjentów, przy szybkiej rejestracji przez EMA, nie przekładają się na rzeczywistość: skuteczność i bezpieczeństwo populacyjne. Dlatego w państwach rozwiniętych za rozsądne i przyjęte uważa się porozumienia, kiedy początkowe leczenie odbywa się na koszt firmy farmaceutycznej, a dopiero po uzyskaniu zadowalających efektów, w finansowanie terapii włącza się płatnik.

Ponadto, na niektóre terapie wydajemy coraz więcej środków, a skutków zdrowotnych tych terapii się nie weryfikuje. Instrumenty dzielenia ryzyka oparte o efekty zdrowotne mogą pozwolić te efekty sprawdzić.

- W rozmowie z nami w 2008 roku mówił pan, że urzędnikom powinno zależeć na dobrej Agencji, bo ta gwarantuje spokój decyzyjny. Dzisiaj wydaje się, że resort zdrowia jest "zaniepokojony" dużą liczbą pozytywnych stanowisk.
- Nadal uważam, że jesteśmy bardzo pomocni dla MZ. Oczywiście zdarza się, że mamy odrębne zdania. Ale swoje rekomendacje zawsze wydaję z najlepszą wiedzą i własnym sumieniem.

- Sztywno ustalony próg opłacalności, porozumienia podziału ryzyka oparte na rabatach cenowych - jest przy takich rozwiązaniach szansa na zmiany i większą elastyczność w decydowaniu co i jak finansować z publicznych pieniędzy?
- Wiele zmian zależy od woli politycznej i nowych regulacji ustawowych. Ale część procesu już się dokonuje. Zwracam uwagę na treść rekomendacji. W pierwszym zdaniu rekomendacji muszę odpowiedzieć ministrowi na wąsko postawione pytanie, czy rekomenduję daną technologię czy nie.

Potem wskazuję, że byłoby dobrze, gdyby wszedł RSS, ograniczył populację, bo wtedy jest sens refundować lek z przyczyn społecznych, klinicznych, finansowych. Bo aspekty społeczne i organizacyjne też bierzemy pod uwagę.

W pewnych chorobach, takich jak choroba Alzheimera, stwardnienie rozsiane czy parkinsonizm, leki nie leczą, mogą jedynie spowolnić postęp choroby. Jeśli wydajemy negatywną opinię, to najczęściej elementem dyskwalifikującym jest zbyt wysoka cena w stosunku do potencjalnych korzyści zdrowotnych. Rzadko mamy do czynienia z na tyle rewolucyjnymi terapiami, by miało to uzasadnić ich wysoką cenę.

Jest też ciągle nierozwiązany problem chorób rzadkich i onkologicznych, lub ogólnie „terapii końca życia” w kontekście progu opłacalności. Przy większych nakładach na ochronę zdrowia dojdziemy do tego, że te progi opłacalności będą różne dla różnych chorób, jak jest w brytyjskim NICE.

- W przyszłości koszty pośrednie też będą brane pod uwagę w ocenie technologii?
- Ponieważ cykl wyborczy trwa cztery lata, decydenci unikają patrzenia na efekty w medycynie w perspektywie długoterminowej. Choć z pewnością byłoby to korzystne, szczególnie w grupie osób młodych, w wieku produkcyjnym.

Z powodu chorób występuje utrata produktywności wskutek przedwczesnej umieralności czy kalectwa. Inwestowanie w tych ludzi, nawet poprzez drogie terapie, nieefektywne kosztowo, jest opłacalne dla gospodarki. Mało kto sobie zdaje sprawę, że pacjenci z SM żyją tak samo długo jak normalni ludzie. Tylko często od pewnego momentu w pełnej niesprawności. Ale to jest decyzja polityczna.

- Od początku tego roku Agencja zajmuje się także taryfikacją. Jak przebiega realizacja tego zadania?
- Wszyscy sobie zdają sprawę, nawet NFZ, że obecnie procedury medyczne są wycenione "z powietrza". Patologią była też sytuacja, gdy ta sama instytucja wyceniała usługi, a potem za nie płaciła. NFZ był zainteresowany kosztami do poziomu oddziału. My taryfikację będziemy odnosić do konkretnego pacjenta na oddziale.

Oczywiście te dane będą uśrednione, innej możliwości na tym etapie nie ma. Chcemy zrobić nową wycenę wszystkich procedur medycznych w ciągu 4-5 lat. Potem ta wycena będzie musiała być uaktualniana co 2-3 lata.

- Na pierwszy ogień poszła psychiatria. Kiedy poznamy efekty i jak wygląda współpraca z placówkami w zakresie pozyskiwania danych?
- Od kilku dni podpisujemy umowy ze szpitalami, które zgłosiły się i chcą nam udostępniać dane. Łącznie mamy już pulę około 200 szpitali gotowych do współpracy. Na podstawie danych z takiej liczby placówek można zrobić taryfikację. Planujemy ją wykonać do końca czerwca. To jest termin realny.

Podpisując ze szpitalami umowę, płacimy im według algorytmu - w zależności od ilości dostarczanych danych. Te pieniądze pozwalają zatrudnić pracownika, który będzie udostępniał nam dane. Placówki te wreszcie urealnią swoje koszty i mogą liczyć na wyższy kontrakt w 2016 roku.

* Cały wywiad ukaże się w majowym wydaniu miesięcznika Rynek Zdrowia (nr 5/2015).

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum