Testy nie nauczą, jak być lekarzem

Autor: Wojciech Kuta/Rynek Zdrowia • • 13 czerwca 2010 10:11

Polski lekarz w starciu z machiną medialną jest często bezradny i bezbronny, w przeciwieństwie do swoich kolegów, m.in. z krajów Europy Zachodniej czy USA. Oni mają za sobą całe dziesięciolecia wolności słowa, naturalnej otwartości gorących sporów i dyskursu między przedstawicielami różnych zawodów, dlatego świetnie radzą sobie w konfrontacji z kamerą, mikrofonem czy reporterskim dyktafonem. U nas muszą się tego jeszcze uczyć - mówi w wywiadzie dla miesięcznika Rynek Zdrowia dr Maciej Hamankiewicz, przewodniczący Naczelnej Rady Lekarskiej.

– Zawód lekarza zajmuje piąte miejsce w ubiegłorocznym rankingu wśród 33 profesji cieszących się najwyższym uznaniem w naszym społeczeństwie. Aż czy tylko piąta pozycja?
– A kto jest na pierwszym miejscu?

– Profesor wyższej uczelni.
– Niestety, nikt mnie nie ankietował w tym badaniu. A przecież też jestem pacjentem, niedawno byłem hospitalizowany. I powiem właśnie jako pacjent, że nie ma dla mnie ważniejszych zawodów od lekarza, pielęgniarki i położnej oraz księdza.

Lekarzy stawiam ponad wieloma innymi profesjami m.in. ze względu na solidność i trwałość przygotowania do wykonywania zawodu. Żaden inny zawód nie jest okupiony tak ciężkim dochodzeniem do tego tytułu. Trzeba być naprawdę zdolnym dzieckiem w przedszkolu i podstawówce, a potem wybitnym uczniem w gimnazjum i liceum, aby potem dostać się na studia medyczne. Natomiast już podczas tych studiów trzeba mieć nieprawdopodobną wytrwałość słonia, wdzięczność klaczy i pojemność żyrafy – przymioty konieczne do przebrnięcia przez 6-letni maraton edukacyjny, a potem specjalizacyjny.

Zdaję sobie sprawę, że wielu respondentów ankiety zapewne kierowało się pobudkami emocjonalnymi, być może im samym trudno byłoby zdobyć taką wiedzę, jaką posiadają lekarze.

Biorąc to pod uwagę muszę więc przyznać, iż owo piąte miejsce jest bardzo wysokie. To wręcz sukces w kontekście kampanii oszczerstw w wykonaniu polityków, którym wtórowali dziennikarze. Zrobili wiele, aby nasz zawód maksymalne zdeprecjonować w społecznym odbiorze.

– Za ów negatywny wizerunek odpowiadają wyłącznie politycy i media? A sami lekarze?

– Polski lekarz w starciu z machiną medialną jest często bezradny i bezbronny, w przeciwieństwie do swoich kolegów m.in. z krajów Europy Zachodniej czy USA. Oni mają za sobą całe dziesięciolecia wolności słowa, naturalnej otwartości gorących sporów i dyskursu między przedstawicielami różnych zawodów, dlatego świetnie radzą sobie w konfrontacji z kamerą, mikrofonem czy reporterskim dyktafonem. U nas muszą się tego jeszcze uczyć. Nasi lekarze w tych medialnych sytuacjach nierzadko zachowują się intuicyjnie, udzielając na przykład niezbyt precyzyjnych odpowiedzi.

Wracając do rankingów zawodów – warto pamiętać, że polscy lekarze pracujący w innych krajach w tamtejszych sondażach opinii publicznej klasyfikowani są zdecydowanie wyżej niż ich zagraniczni koledzy.

– Doktor Marcin Chwistek, lekarz pracujący w USA powiedział Tygodnikowi Powszechnemu, że w Polsce jeszcze do niedawna panowało przekonanie, że „jeśli jestem lekarzem, nikt mi nic nie może zrobić. To oczywiście fatalne. Z kolei podejście amerykańskie prowadzi do pewnego paraliżu. Statystyczny amerykański lekarz jest pozywany raz na sześć lat. Jednak tutejszy system działa dopingująco – lekarz naprawdę musi uważać.” U nas nie musi?
– Tak, czytałem ten artykuł. Pan doktor Chwistek chyba dawno temu wyjechał z Polski... Nie podaje w swojej wypowiedzi żadnych konkretnych przykładów.

Trzeba natomiast przyznać, że polska medycyna po drugiej wojnie stała się bardzo paternalistyczna. Dopiero 20 lat temu, po powstaniu izb lekarskich, kodeksu etyki lekarskiej, nasza korporacja zawodowa włożyła ogromny wysiłek w to, aby medycyna była partnerska wobec pacjenta.

Pokłosie minionych to wciąż jednak inna niż w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej struktura działania lekarskiego, która u nas jest nadal bardzo zhierarchizowana. Stanowisko profesora w Polsce, jak wynika chociażby z ankiety, o której pan wspomniał, ma wyjątkowo uprzywilejowaną pozycję. Często słowa profesora w klinice stają się wręcz wiążące dla całego zespołu, nikt nie podejmuje polemiki czy w ogóle jakiejkolwiek dyskusji.

Na szczęście i to się zmienia, także za sprawą działań podejmowanych przez samorząd lekarski. Wielkość profesora medycyny nie powinna wyrażać się w jego feudalnym zachowaniu, bo na końcu tego układu zależności jest osoba najsłabsza, czyli pacjent.

– W tym samym wydaniu Tygodnika Powszechnego, red. Elżbieta Isakiewicz podaje szokujące dane: „Co roku z powodu medycznych pomyłek ginie w Polsce więcej ludzi niż w wypadkach drogowych – od 7,5 tys. do 23 tys. To jakby cyklicznie znikało małe miasto. Ponad 300 tys. zostaje kalekami”. Trwoga?
– To artykuł, który rzeczywiście może przerażać, także dlatego, że jego autorka nie powołuje się na żadne źródła, analizy czy badania potwierdzające przytoczone, bardzo konkretne cyfry. Nie mając dowodów, nie można pisać takich rzeczy! Biuro Praw Lekarza, które zostanie powołane przy Naczelnej Izbie Lekarskiej, poważnie zastanowi się nad tym, czy wytoczyć sprawę przeciwko Tygodnikowi Powszechnemu.

Co do błędów lekarskich – zdarzają się one na całym świecie. W Polsce jest ich może kilkanaście w skali roku, ale na pewno nie tysiące! Natomiast nie wolno z tymi błędami mylić np. niepowodzeń w leczeniu czy powikłań, których oczywiście jest zdecydowanie więcej. Tymczasem wielu pacjentów te niepowodzenia bezpodstawnie interpretuje jako błędy w sztuce lekarskiej.

Zapowiada Pan odbudowę przez Izbę dobrego wizerunku lekarzy oraz ich obrony „przed atakami pacjentów oraz mediów”, m.in. poprzez szkolenia z zakresu prawa prasowego i public relations. To oczywiście ważne, by lekarz potrafił wytłumaczyć pacjentom, ich bliskim czy opinii publicznej złożoność procesu leczenia. Czy jednak nie obawia się Pan tworzenia w ten sposób syndromu oblężonej twierdzy z lekarzami osaczonymi przez niewdzięcznych, „roszczeniowych” pacjentów i żądnych sensacji dziennikarzy?
– Nie mogę nikomu zabronić takiej interpretacji zamierzeń naszego zawodowego samorządu. Ale owo piąte, wysokie miejsce w rankingu zawodów świadczy, że my lekarze nie musimy wcale się okopywać.

Mówimy jednak o sytuacjach, kiedy dochodzi do konfrontacji z ludźmi nam nieprzyjaznymi, którzy za wszelką cenę starają się wytworzyć atmosferę zagrożenia i braku zaufania do lekarzy. Skutki tylko jednego, tak głośnego już zdania wypowiedzianego przez pewnego polityka o lekarzu, który „już nigdy nikogo nie pozbawi życia”, wciąż są obecne w naszej rzeczywistości. Wystarczy wspomnieć o wskaźnikach w transplantologii, które do dziś nie wróciły do poziomu sprzed kilku lat.

Zaufanie pacjenta do leczącej go osoby jest kwestią fundamentalną, gdyż zawód lekarza ma charakter kapłański. Nie da się naprawiać ciała bez naprawienia duszy. Przez tysiąclecia najpierw trzeba było zostać kapłanem, aby później posiąść wiedzę umożliwiającą pomaganie innym ludziom. W tym sensie nie ma znaczenia, czy cierpiącemu przynosi się ulgę kadzidłem, laparoskopem lub maścią żmijową.

Jeżeli zaufanie do lekarzy legnie w gruzach, szkodę poniosą przede wszystkim pacjenci.

– Z drugiej strony, to często sami pacjenci lub ich bliscy, kiedy czują się pokrzywdzonymi przez lekarzy, sami interweniują w mediach. Trudno mieć do nich pretensje, że tak reagują, a do dziennikarzy, że podejmują tematy związane z błędami w sztuce lekarskiej.

– Może trzeba zrobić inną ankietę, nie układającą rankingu różnych zawodów, ale stawiającą pytanie: Czy ufa Pan lub Pani lekarzowi, u którego się leczy? Jestem przekonany, że uzyskamy wówczas sto procent odpowiedzi twierdzących. No bo jeśli ktoś stwierdzi, iż nie żywi takiego zaufania, to należałoby zapytać: To dlaczego leczysz się u tego lekarza, zamiast go zmienić?

– Może bardziej niż szkolenia uczące kontaktów z mediami, lekarzom potrzebne są zajęcia dotyczące relacji z cierpiącym pacjentem i jego rodziną? Polscy lekarze potrafią rozmawiać z pacjentami?

– To rzeczywiście jest najsłabsza strona naszego systemu ochrony zdrowia. Chcemy to, jako zawodowy samorząd, zmienić. Z doc. Romualdem Krajewskim podjęliśmy już działania w dwóch kierunkach. Po pierwsze Ośrodek Doskonalenia Zawodowego Lekarzy i Lekarzy Dentystów Naczelnej Izby Lekarskiej, koncentrujący się dotychczas głównie na podnoszeniu kwalifikacji typowo medycznych, zostanie przeorientowany na kształcenie właśnie z zakresu psychologii i umiejętności kontaktu z pacjentem. W Ośrodku w tym celu powstaną m.in. dodatkowe pomieszczenia.

Po drugie, przy Naczelnej Izbie Lekarskiej tworzymy już wspomniane Biuro Praw Lekarza. Nasze koleżanki i koledzy coraz częściej są narażeni na agresywne zachowania pacjentów lub ich bliskich. Bardzo dobrze o lekarzach świadczy fakt, iż nie występują do sądów przeciwko tym osobom. Jednak Biuro przy NIL powstaje, aby bronić tego, co jest najistotniejsze w naszym zawodzie – zaufania. Na straży tegoż zaufania stoi szereg przepisów prawnych, m.in. w kodeksach: karnym i cywilnym. Nie wszyscy lekarze znają odpowiednie zapisy, a tym samym nie potrafią skorzystać z prawnej ochrony.

Tymczasem w zetknięciu z agresją fizyczną czy słowną, to zwykle lekarz jest słabszą stroną. Lekarze nie chcą, nie potrafią, a przede wszystkim nie wypada im się bronić. Bywa natomiast tak, że pacjenci chorobą usprawiedliwiają swoje agresywne zachowanie.

– Pomijając przypadki zwykłego chamstwa, zdarza się przecież, że np. w obliczu poważnej choroby pacjent zwyczajnie traci nad sobą panowanie. W grę wchodzą wtedy skrajne emocje. Nasi lekarze wiedzą jak reagować w takich sytuacjach?
– To właśnie jeden z wielu powodów, dla których rozpoczniemy wspomniane szkolenia m.in. z zakresu psychologii. Nie możemy reagować agresją na agresję. Można i trzeba uczyć lekarzy postępowania w takich ekstremalnych okolicznościach.

Zagraniczne badania naukowe wskazują, że pod względem określonych zachowań polski pacjent niczym nie różni się od pacjenta kanadyjskiego, amerykańskiego, itd. Co więcej, okazuje się, że np. w izbie przyjęć dużego kanadyjskiego szpitala przypadków agresji w stosunku do liczby przyjmowanych osób jest więcej niż w podobnym szpitalu w Polsce. Tam jednak problem dostrzeżony został znaczniej wcześniej, a lekarze uczą się sposobów jego rozwiązywania.

W naszym kraju w programie studiów medycznych nie ma zajęć, przygotowujących w profesjonalny sposób do kontaktów z drugim człowiekiem, także tym przeżywającym tragedię związaną z chorobą swoją lub bliskiej mu osoby.

– Nie każdego można jednak nauczyć empatii, a na medycynę nie trafiają wyłącznie osoby z powołaniem do niesienia pomocy innym. Są wśród lekarzy świetni specjaliści w swojej dziedzinie, którzy nie radzą sobie w relacjach z chorymi.
– Odpowiednie rozporządzenie ministra zdrowia mówi m.in. o tym, że w połowie trwania specjalizacji opiekun ma obowiązek ocenić, czy specjalizujący się, mówiąc kolokwialnie, nadaje się do tego, żeby zostać lekarzem w danej dziedzinie. Negatywna ocena – z którą przyznaję, jeszcze się nie zetknąłem – zamyka drogę specjalizowania się.

– Czyli mamy dobry „filtr”?
– Owszem, ten filtr się sprawdza, jednak jest zakładany zdecydowanie zbyt późno. Jak wiadomo, w Polsce brakuje lekarzy. Na studia medyczne przyjmujemy 2,5 tys. osób rocznie, a powinniśmy przyjmować ok. 6 tysięcy. Świetni maturzyści dostają się na studia, a potem zdają na nich kolejne egzaminy w formie testów. Podobnie Lekarski Egzamin Państwowy przy zdobywaniu uprawnień po studiach. Cały czas młodzi ludzie rozwiązują krzyżówki... Należy więc zadać pytanie, czy studia nie powinny kończyć się obroną pracy w formie ustnego egzaminu wieńczącego cały tok studiów, jak np. w Szwajcarii?

W naszym kraju doszło do sytuacji, w której można być nieprzyjemnym człowiekiem z cuchnącym oddechem, mieć psychopatyczną osobowość, a mimo to przejść przez całe studia medyczne oraz odbywać staż podyplomowy. Dopiero wtedy, od swojego opiekuna w szpitalu, ów adept dowiaduje się, że nie powinien być lekarzem.

Uważam, że kwalifikacja sprawdzająca także psychologiczne predyspozycje do zawodu powinna odbywać się już podczas egzaminów wstępnych na uczelnię medyczną. Przecież zdając np. do Akademii Muzycznej trzeba nie tylko biegle grać z nut, ale mieć także świetny słuch oraz określoną wrażliwość. Tak więc już w trakcie rekrutacji na studia powinno się weryfikować kandydatów do zawodu lekarza pod względem jego osobowości. Zresztą takie wstępne rozmowy mogą mieć miejsce już w szkole średniej.
Nie wystarczy świadectwo z paskiem i zdane testy. Żeby pomagać ludziom, trzeba ich kochać.

– Mówiąc o sprawach kadrowych w naszej ochronie zdrowia, warto odnotować także pozytywny trend: mniej lekarzy emigruje. Kwestia podwyżek?
– Istotnie, średnia płaca w naszym zawodzie wzrosła, a liczba lekarzy wyjeżdżających z kraju jest mniejsza niż jeszcze kilka lat temu. Jednak dysproporcje płacowe są nadal dramatyczne. Przypomnę, że są szpitale, gdzie spotkamy specjalistę pracującego za 2600 zł i rezydenta, który zarabia 3900 zł. Dlatego Izba nie zmieni swojego postulatu dotyczącego wprowadzenia minimalnych wynagrodzeń dla lekarzy.

***
Dr n. med. Maciej Hamankiewicz urodził się w 1954 roku. Absolwent Śląskiej Akademii Medycznej, jest specjalistą chorób wewnętrznych. Ordynator Oddziału Wewnętrznego Szpitala Powiatowego w Będzinie. Laureat plebiscytu Najlepszy Lekarz Śląska 2000. Od 1994 r. działa w samorządzie lekarskim. Wieloletni przewodniczący Okręgowej Rady Lekarskiej w Katowicach. W styczniu 2010 r. został wybrany przewodniczącym Naczelnej Rady Lekarskiej.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum