Szef WIM: Wojskowa służba zdrowia powinna stać się rodzajem sił zbrojnych. Będzie rewolucja?

Autor: Wojciech Kuta • Źródło: Rynek Zdrowia   • 19 sierpnia 2022 14:00

Rewolucja w wojskowej służbie zdrowia? - Skala kolejnych kryzysów pokazuje, że nie ma już miejsca na działania improwizowane. Dlatego wojskowa służba zdrowia powinna stać się osobnym rodzajem sił zbrojnych - mówi w wywiadzie dla Rynku Zdrowia gen. broni, prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego.

Szef WIM: Wojskowa służba zdrowia powinna stać się rodzajem sił zbrojnych. Będzie rewolucja?
Gen. broni, prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego Fot. PAP/Marcin Obara
  • Z gen. broni, prof. Grzegorzem Gielerakiem, pierwszym w historii naszej wojskowej służby zdrowia generałem broni, rozmawiamy, m.in. o tym, jak skuteczniej stawiać czoła sytuacjom kryzysowym w dobie zagrożeń epidemicznych i wojny w Ukrainie
  • - W połowie września może być 20-30 tys. zakażeń SARS-CoV-2. Czy taka informacja ma być ponownie powodem strachu, paraliżu, zamknięcia systemu? - pyta szef Wojskowego Instytutu Medycznego
  • I odpowiada: - Jeżeli mamy przeżywać kolejne ograniczenie dostępności świadczeń, czeka nas katastrofa, choćby z perspektywy długu zdrowotnego. Jeśli ponowne narośnie, poważnie utracimy zdolność jego niwelowania - przestrzega
  • Zdaniem dyrektora WIM, w podejmowanych działaniach dotyczących profilaktyki, "nie widać kompleksowej reformy"
  • - Jednym z kluczowych błędów w naszej profilaktyce jest to, że np. osoby 30-letnie - nawet mające obciążający wywiad rodzinny w zakresie chorób układ krążenia - nie mieszczą się praktycznie w żadnych programach, chociażby takich, jak 40 Plus - mówi prof. Gielerak.

WIM jest największym szpitalem wojskowym w naszej części Europy

Wojciech Kuta, Rynek Zdrowia: - Został pan pierwszym w historii naszej wojskowej służby zdrowia generałem broni. Czy awans na tak wysoki stopień oznaczać będzie też zmianę funkcji? WIM-em kieruje pan od 15 lat. To dobra okazja do bilansu?

Gen. broni, prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego: - Mój awans na stopień generała broni - bardziej niż z planami zmiany miejsca mojej pracy - wiązałbym z sytuacją międzynarodową, potrzebami w obszarze bezpieczeństwa i obronności państwa, a także tym, co wydarzyło się w Wojskowym Instytucie Medycznym w ciągu ostatnich 15 lat.

W tym czasie WIM bardzo się zmienił, co dotyczy nie tylko bazy technicznej, sprzętu, wyposażenia oraz zakresu i jakości udzielanych świadczeń, ale przede wszystkim zdolności reagowania na szybko zmieniające się i rosnące potrzeby w obszarze bezpieczeństwa i obronności państwa.

W perspektywie najbliższych dni na posiedzeniu Rady Ministrów stanie wniosek o zmianę statusu WIM na państwowy instytut badawczy, co wprost przełoży się na dodatkowe zwiększenie zdolności angażowania się instytutu w działania na rzecz bezpieczeństwa zdrowotnego społeczeństwa, państwa. I to jest bardzo dobra dla WIM, ale przede wszystkim dla bezpieczeństwa zdrowotnego Polaków informacja.

To dowodzi, że jeszcze mocniej niż do tej pory chcemy angażować się w rozwiązywanie kluczowych z punktu widzenia interesów bezpieczeństwa państwa problemów dotyczących funkcjonowania systemu ochrony zdrowia w kraju.

WK: - Od wielu lat wypowiada się pan krytycznie o różnych aspektach funkcjonowania naszej opieki zdrowotnej, przedstawia swoje koncepcje i propozycje rozwiązań. Chciałby pan zostać ministrem zdrowia? Były takie propozycje?

GG: - Oficjalnie nigdy. Natomiast trzy razy byłem wymieniany w gronie kandydatów na szefa resortu, ale wyłącznie w formie medialnych spekulacji, dlatego nie będę ich szerzej komentować.

WK: - Największe pana sukcesy w zarządzaniu WIM-em?

GG: - Przede wszystkim inwestycje. Każda z klinik oraz poszczególne oddziały Instytutu zostały gruntowanie zmodernizowane i doposażone. Pod względem wartości majątku trwałego jesteśmy w kraju numerem jeden. Zwiększa to możliwości opieki nad pacjentami, natomiast z drugiej strony stwarza personelowi medycznemu bardzo dobre warunku pracy.

Zawsze powtarzam, że moim celem jako dyrektora WIM jest zapewnienie pracownikom takich warunków, by budząc się każdego dni mieli przeświadczenie, że idą do pracy, a nie do roboty, bo wybierając pracę, którą się kocha, nie przepracuje się ani jednego dnia więcej w życiu.

Bez wątpienia bardzo ważna i wielka inwestycja dotyczyła szeroko rozumianej intensywnej terapii - zarówno z perspektywy kliniki anestezjologii i intensywnej terapii (w chwili otwarcia był to największy w Polsce, bo 26-łóżkowy kliniczny OIOM), jak też w kontekście funkcjonowania wszystkich oddziałów i klinik WIM, których modernizacja zawsze wiązała się z budową co najmniej 6-łóżkowej sali intensywnego nadzoru.

Dzięki temu mamy dziś ponad 200 łóżek intensywnych, co stanowi około 25 proc. wszystkich łóżek w Instytucie. Wskazuje to drogą jaką obraliśmy w WIM - szpital jest przede wszystkim miejscem leczenia intensywnego i wokół tej idei buduje swoje kompetencje, organizuje zasoby.

Kolejną bardzo dużą inwestycją, a jednocześnie wartością dodaną stało się stworzenie nowych, komfortowych, a zarazem kompleksowych - od etapu diagnozowania po różne metody terapii - warunków leczenia onkologicznego wraz z uruchomieniem radioterapii.

WK: - Wojskowy Instytut Medyczny ratuje zdrowie i życie żołnierzy. Nie tylko polskich. Jak doszło do tego, że w tym zakresie staliście się znaną placówką na świecie, między innymi w USA?

GG: - W ten sposób doszliśmy do naszego kolejnego znaczącego osiągnięcia, czyli stworzenia Centrum Urazowego na bazie WIM. Początki tego przedsięwzięcia sięgają 2010 roku, kiedy zgłosiłem potrzebę uruchomienia takiego ośrodka w Instytucie.

Po pierwsze posiadaliśmy odpowiednie zaplecze dla realizacji takich właśnie zadań. Po drugie kierowałem się przeświadczeniem, że medycyna wojskowa to owszem leczenie ran postrzałowych, ale - w drugiej kolejności - obrażeń wielonarządowych.

Wyszliśmy z założenia, że w ramach największego szpitala wojskowego w naszej części Europy powinniśmy zbudować jednolitą platformę, na bazie której będziemy szkolić personel medyczny w trzech zasadniczych obszarach. Są nimi: szkolenie podstawowe - w oparciu o stworzone w WIM Centrum Kształcenia Podyplomowego; wstępne szkolenie kliniczne w Ośrodku Symulacji Medycznej; po trzecie szkolenie w ramach jednostek klinicznych wchodzących w skład Centrum Urazowego, będącego ostatnim ogniwem kształcenia praktycznego.

Tak powstał kompletny, spójny model szkolenia, który znakomicie się sprawdził, szczególnie w warunkach dużego zapotrzebowania na odpowiednio wykwalifikowany personel medyczny kierowany na misje zagraniczne.

Jak szybko bowiem okazało się, zasadniczy problem z pozyskaniem polskiego personelu medycznego podczas misji w Afganistanie nie polegał na braku adekwatnych do potrzeb środków finansowych, ale na tym, że ówczesny personel nie czuł się odpowiednio przygotowany, by zmierzyć się z fachowymi wyzwaniami medycznymi, jakich obficie dostarczała misja w Afganistanie.

Ostatecznie osiągnęliśmy taką skalę kunsztu w tym obszarze, że Amerykanie nie mieli nic przeciwko temu, by nasi lekarze w ich szpitalu polowym w bazie Ghazni stawali przy stole i operowali żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych.

WK: - Szczególne uznanie zdobyli wśród amerykańskich specjalistów ortopedzi z WIM. 

GG: - Z czasem, w naturalny sposób staliśmy się partnerem dla największego amerykańskiego szpitala wojskowego w Europie w Landstuhl - niedaleko Rammstein w Niemczech. W 2010 r. trzykrotnie odwiedziliśmy ten szpital, aby zapoznać się z ich systemem opieki. Kiedy w Afganistanie zaczęli pojawiać się ranni wśród polskich żołnierzy, a media krytykowały za niewłaściwą opiekę wojskową służbę zdrowia, podjąłem decyzję o skróceniu ścieżki uczenia i wyjeździe po naukę właśnie do szpitala Landstuhl.

Zebraliśmy i udokumentowaliśmy nawet najdrobniejsze szczegóły, a ogrom tych bezcennych doświadczeń przenieśliśmy do WIM - począwszy od szkolenia personelu, poprzez pracę psychologów po organizację całej ścieżki pacjenta trafiającego pod opiekę wojskowej służby zdrowia.

Efekt był taki, że ponad 95 proc. polskich żołnierzy rannych na misjach w Afganistanie i ewakuowanych do kraju trafiało do WIM. Łącznie była to grupa ponad 300 osób - potężne doświadczenie, a zarazem imponująca baza danych medycznych.

Na tej właśnie bazie stworzyliśmy bardzo wartościowy program, którego zadaniem była poprawa bezpieczeństwa żołnierzy w kołowych transporterach opancerzonych narażonych na skutki oddziaływania ze strony improwizowanych ładunków wybuchowych.

Nasz program wskazywał - w oparciu o retrospektywną analizę przypadków obrażeń, którymi wcześniej się zajmowaliśmy - w jaki sposób należy wzmocnić pojazdy, aby te obrażenia były możliwie jak najmniej dotkliwe.

W 2017 roku wyniki tego właśnie programu WIM, funkcjonującego pod akronimem „Afgan”, zaprezentowaliśmy na Konferencji Amerykańskich Ortopedów Wojskowych. Nasz zespół zdobył wówczas główną nagrodę. Po raz pierwszy od ponad 50 lat w ten właśnie sposób uhonorowano lekarzy spoza Stanów Zjednoczonych.

WK: - Wracając do pana awansu na stopień generała broni zapytam wprost: czy może oznaczać przejście na przykład do Ministerstwa Obrony Narodowej?

GG: - Dzisiaj nasze państwo i siły zbrojne mają tak duże potrzeby, że ten awans daje wojskowej służbie zdrowia możliwość pozytywnej odpowiedzi na wyzwania w zakresie bezpieczeństwa i obronności.

Zarówno pandemia, jak i sytuacja po 24 lutego 2022 r. jasno pokazały, że państwo tej wielkości, o takim położeniu geograficznym jak Polska, wymaga posiadania nie tylko dużych zdolności obronnych, ale i bardzo sprawnego systemu ochrony zdrowia - zwłaszcza w zakresie reagowania kryzysowego.

W takiej sytuacji nasza wojskowa służba zdrowia - podobnie jak ma to miejsce w Niemczech czy we Francji - powinna stać się osobnym rodzajem sił zbrojnych, udzielającym w ramach posiadanych zdolności i kompetencji bezpośredniego wsparcia poszczególnym rodzajom wojsk.

WK: - Dlaczego?

GG: - Ponieważ takie w obecnych czasach mamy potrzeby. Skala kolejnych kryzysów jasno pokazuje, że nie ma już miejsca na działania improwizowane, quasi profesjonalne. Współczesne zarządzanie kryzysami, które są coraz większe - globalne i kosztochłonne - będzie się odbywać, tak wygląda perspektywa najbliższych 10-15 lat, w warunkach ograniczonych zasobów finansowych i kadrowych.

Dlatego tak bardzo pożądana jest dziś umiejętność organizacji jednostek, podmiotów zajmujących się zdrowiem i opieką w sposób pozwalający optymalnie wykorzystać posiadane zdolności, możliwości działania.

Zatem, otwiera się przed nami nowy etap, perspektywa myślenia o organizacji i funkcjonowaniu wojskowej służby zdrowia, gdzie z jednej strony powszechnie obowiązującym standardem będzie unifikacja i standaryzacja norm wyposażenia i procedur działania, z drugiej centralizacja i uelastycznienie możliwości korzystania z posiadanych zasobów - zwłaszcza kadry medycznej - gotowej do podjęcia w każdej chwili interwencji wielozadaniowych i skalowalnych, adekwatnych wobec bezpośrednich skutków kryzysu będącego przedmiotem działań operacyjnych.

WK: - W walce z pandemią koronawirusa trochę improwizowaliśmy? Sukces czy porażka? Jesteśmy gotowi na ewentualną kolejną falę zakażeń?

GG: - Moją szczegółową opinię na ten temat przedstawiłem w raporcie pt. „Jak przygotować polską ochronę zdrowia na kolejne epidemie?”, opracowanym przez Wojskowy Instytut Medyczny wspólnie z Instytutem Jagiellońskim. Wiele uwag zawartych w tym dokumencie, niestety, nadal jest aktualnych.

Na pewno ważnym osiągnięciem jest to, że dzięki zaangażowaniu gremiów eksperckich, głównie konsultantów w ochronie zdrowia, udało się jasno zdefiniować ścieżkę chorego zakażonego SARS-CoV-2 w systemie. To, na co na pewno należy jeszcze zwrócić uwagę, to możliwie najbardziej powszechna dystrybucja informacji na temat tych rozwiązań, i to zarówno w społeczeństwie, jak i wśród personelu medycznego oraz zarządzającego w podmiotach leczniczych i całym systemie ochrony zdrowia.

Takie podejście gwarantuje, że w przeciwieństwie do dotychczasowych złych doświadczeń będziemy w stanie bardziej efektywnie niż to miało miejsce do tej pory zarządzać zasobami systemu ochrony zdrowia, zwłaszcza w części dotyczącej szpitali, które dotychczas w nadmiernym stopniu, często jako punkty pierwszego kontaktu zakażonego pacjenta z systemem, były angażowane w walkę z pandemią, co spowodowało znaczne ograniczenie ich dostępności dla pozostałych chorych.

Jestem też sceptyczny w kwestii komunikowania społeczeństwu informacji dotyczących zakażeń SARS-CoV-2 w formie: „mamy do czynienia z kolejną falą pandemii”. Koronawirus stał się już bowiem jednym z około 200 patogenów odpowiedzialnych za endemiczne zakażenia górnych dróg oddechowych, co powoduje, że powinniśmy wobec niego stosować normy postępowania przeciwepidemicznego tożsame z obowiązującymi w odniesieniu do innych wirusów, np. grypy, RSV.

Otwarte pozostaje więc pytanie, na ile jesteśmy dziś mentalnie przygotowani do tego, aby w taki właśnie sposób zacząć traktować koronawirusa? Do tego trzeba przygotować cały system - w tym przede wszystkim procedury reagowania na incydenty zakażeń - i świadomość społeczeństwa.

WK: - To jest aż tak bardzo ważne?

GG: - Tak, ponieważ na przykład w połowie września może być 20-30 tys. zakażeń SARS-CoV-2 i musimy wówczas wiedzieć, jak system powinien zareagować i co taka informacja powinna w nas wyzwolić. Czy ma być ponownie powodem strachu, paraliżu, zamknięcia systemu i powiększania już dziś bardzo niepokojąco dużego długu zdrowotnego?

Dlatego uważam, że już dziś powinniśmy przygotowywać społeczeństwo do tego, że sama liczba zakażeń to wskaźnik, który owszem, jest istotny, ale tak naprawdę nie mówi wszystkiego o skali zagrożenia z jakim aktualnie, realnie mamy do czynienia.

O wiele ważniejsza jest informacja, np. w formie skumulowanego wskaźnika nadającego szerszy kontekst, sens interpretacji epidemicznej rzeczywistości - złożonego z danych zawierających np. liczbę hospitalizacji, wolnych łóżek w szpitalach, zgonów, czy osób wymagających oddechu wspomaganego z powodu COVID-19.

To są kluczowe elementy. W ślad za nimi muszą iść działania ograniczające negatywne skutki związane z zakażeniami w odniesieniu do populacji szczególnie narażonej na zdrowotne konsekwencje infekcji. Chodzi, między innymi o realizację programu szczepień wśród osób powyżej 60. roku życia, pacjentów z niedoborami odporności, czy podopiecznych DPS-ów.

Jeżeli wskutek przewidywanego jesiennego wzrostu liczby zakażeń mamy przeżywać kolejne ograniczenie dostępności świadczeń, czeka nas katastrofa, choćby z perspektywy wspomnianego długu zdrowotnego. Jeśli ponowne narośnie, poważnie utracimy zdolność jego niwelowania.

WK: - Z długiem zdrowotnym „zaciągniętym” w czasach pandemii od początku kiepsko sobie radzimy.

GG: - Uważam, że o długu zdrowotnym musimy rozmawiać także w kontekście ograniczeń, z jakimi od lat mamy do czynienia w Polsce, jeśli chodzi o dostęp do szeroko rozumianej profilaktyki zdrowotnej, dotyczącej na przykład najczęściej występujących chorób cywilizacyjnych.

WK: - Jest program Profilaktyka 40 Plus, pojawiają się dodatkowe badania diagnostyczne w POZ. Coś się dzieje.

GG: - Rzeczywiście, „coś dzieje”, to właściwe określenie. Tyle że nie widzę w tym kompleksowej reformy. Profilaktyka nie może być traktowana sektorowo, jako wyodrębniony z całości wątek. Musi natomiast stanowić pakiet przemyślanych działań i rozwiązań obejmujących całe społeczeństwo, tj. zarówno dzieci i młodzież, osoby aktywne zawodowo oraz osoby starsze, motywujących w swoisty sposób każdą z tych grup do zachowań prozdrowotnych, w tym do prowadzenia właściwego stylu życia.

Prawdziwą profilaktykę zaczniemy realizować dopiero wtedy, gdy systemowo zdefiniujemy podstawowe, populacyjne czynniki ryzyka określonych chorób i przestaniemy odnosić te czynniki tylko do wybranych grup. Dzisiaj jednym z kluczowych systemowych błędów w naszej profilaktyce jest to, że na przykład osoby 30-letnie - nawet mające obciążający wywiad rodzinny w zakresie chorób układ krążenia - nie mieszczą się praktycznie w żadnych programach, chociażby takich jak 40 Plus. Ów 30-latek, chcąc dziś poddać się badaniom profilaktycznym, jest ustawiany w tej samej kolejce, co pacjenci chorzy.

Jeżeli nie otworzymy się na profilaktykę jako osobny, równoległy do medycyny naprawczej dział systemu opieki zdrowotnej, nadal będziemy mieli ogromny problem z możliwie wczesnym rozpoznawaniem i zapobieganiem wielu chorobom, przez co dobre, oczekiwane efekty profilaktyki zdrowotnej będą mocno ograniczone.

Z pełną determinacją powinniśmy dążyć do rozwiązań, które przywrócą właściwe relacje pomiędzy medycyną naprawczą a działaniami skupionymi na zapobieganiu występowania chorób i ich skutków. Także do ograniczenia wysokiej zachorowalności i śmiertelności z powodu chorób cywilizacyjnych oraz związanych z tym rosnących kosztów wysokospecjalistycznego lecznictwa szpitalnego.

Oczywiście cieszę się, że Narodowy Fundusz Zdrowia realizuje obecnie ok. 10 programów profilaktycznych. Natomiast jeśli spojrzymy na roczną śmiertelność związaną z chorobami, które te programy obejmują, wówczas okaże się, że mamy do czynienie z kilkoma-kilkunastoma tysiącami zgonów w ciągu roku. Tymczasem tylko z powodu udarów i zawałów serca w 2019 r. zmarło blisko 210 tys. osób.

To pokazuje, że wspomniane programy profilaktyczne NFZ nie obejmują w należyty sposób prewencji zdarzeń w związku ze schorzeniami, które odpowiadają za najwyższą śmiertelność w populacji. Krótką mówiąc, gubimy priorytety.

WK: - W kontekście walki z pandemią wskazał pan na znaczenie opieki ambulatoryjnej. Od lat mówimy o konieczności znacznie lepszego koordynowania kluczowych ogniw systemu: szpitalnictwa, AOS i POZ, a także o postulowanym przechodzeniu szerszego zakresu świadczeń ze szpitali do trybu ambulatoryjnego. Nie wygląda to najlepiej. Dlaczego?

GG: - Aby znacznie skuteczniej przenosić świadczenia ze szpitali do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, ambulatoria muszą posiadać ku temu odpowiednie narzędzia. Jako praktyk mogę powiedzieć, że mamy naprawdę wiele trudnych sytuacji klinicznych, między innymi spowodowanych długiem zdrowotnym, o którym tak dużo dziś mówimy, a także generalnie złym stanem zdrowia Polaków.

Nasze społeczeństwo jest schorowane. Na podstawie wskaźnika utraconych lat życia w zdrowiu można oszacować, że od mieszkańców państw Europy Zachodniej statystycznego Polaka dzieli jeszcze ponad dekada. To oznacza, że dla wielu rodaków pierwszy kontakt z systemem ochrony zdrowia wymaga dostępu do rozbudowanej bazy diagnostycznej, a ta związana jest przede wszystkim z lecznictwem szpitalnym.

Tu znowu nawiążę do profilaktyki - jeżeli wiele chorób oraz problemów zdrowotnych identyfikowalibyśmy wcześniej, niż dzieje się to obecnie, dla znacznie mniejszej liczby Polaków ten pierwszy kontakt z systemem oznaczałby konieczność hospitalizacji. Zatem ograniczenie liczby hospitalizacji może, a nawet powinno być brane pod uwagę pod jednym wszak warunkiem - wcześniejszego dostosowania możliwości ambulatoryjnej opieki podstawowej oraz specjalistycznej do realizacji kompleksowych, zaawansowanych metod diagnostyki oraz interwencji terapeutycznych.

WK: - Z długiem zdrowotnym radzimy sobie słabo, profilaktyka leży, przenoszenie świadczeń ze szpitali do opieki ambulatoryjnej też nie bardzo nam wychodzi. To może w opiece zdrowotnej nad uchodźcami z Ukrainy odnieśliśmy sukces?

GG: - Połowiczny. Pod względem otwartości systemu ochrony zdrowia, jego finansowania dla uchodźców z Ukrainy możemy mówić o sukcesie. W krótkim czasie zmieniono przepisy, wydzielono dodatkowe środki finansowe, dzięki czemu większość negatywnych czynników związanych z kryzysem migracyjnym nie wpłynęła w odczuwalny sposób na dostępność świadczeń zdrowotnych dla polskich pacjentów.

Z drugiej strony, niestety, muszę podtrzymać to, co przedstawiłem już w pierwszych dniach po napaści Rosji na Ukrainę, w koncepcji przygotowania oraz organizacji systemu ochrony zdrowia w warunkach napływu uchodźców wojennych. Postulowałem w niej m.in. potrzebę zawiązania modelu opieki opartego o centra pomocy medycznej - wydzielone na terenie powiatów i województw podmioty lecznicze, których zdolności oceniane zakresem udzielanych świadczeń medycznych gwarantują najlepsze dopasowanie do potrzeb całkowicie nowej - z punktu widzenia dotychczasowych doświadczeń rynku medycznego w Polsce - populacji pacjentów.

Prowadzenie działalności leczniczej wobec imigrantów powinno uwzględniać ich wyjściowo zdefiniowane potrzeby, a także okoliczności, w jakich będą one zaspokajane. Za pewnik musimy przyjąć, że w większości przypadków chorzy nie dysponują jakąkolwiek dokumentacją medyczną, fachowo potwierdzoną informacją na temat przebytych zabiegów, procedur diagnostycznych, czy przewlekle przyjmowanych leków, co samo w sobie stawia podmiotowi leczniczemu, do jakiego trafi pacjent, dodatkowe wymagania.

Jeśli więc chcemy, aby udzielana na etapie opieki podstawowej pomoc była możliwie kompletna, ograniczając krążenie zagubionego pacjenta w systemie, z następczym ryzykiem destabilizacji stanu jego zdrowia skutkującym np. wizytą w SOR, musimy zadbać, aby podmioty w tym uczestniczące dysponowały możliwie szerokimi zdolnościami wyjściowej oceny chorego. Ważna jest też, m.in. pozbawiona barier językowych i kulturowych fachowa komunikacja z chorym.

Wiedza i doświadczenie wsparte możliwościami wykonania w miejscu celowych badań diagnostycznych potwierdzających wstępne rozpoznanie z równoczesnym określeniem stopnia zaawansowania choroby stanowią o sukcesie proponowanego - opartego na wybranych centrach diagnostycznych - modelu opieki.

Obecny kryzys migracyjny dodatkowo powinien wzmacniać nasze przekonanie o konieczności nieustannego podejmowania wysiłków zmierzających do optymalizacji sposobu i warunków funkcjonowania systemu ochrony zdrowia w Polsce.

Nie powinniśmy więc pozwolić zamknąć się w bańce naszych ograniczeń i lęków, tracąc w ten sposób szansę na przeprowadzenie koniecznych działań naprawczych oraz reform, których katalog rzeczowy najbardziej kardynalnych potrzeb jest od dawna doskonale znany.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum