Rozporządzenie dot. sklepików chroni dzieci w szkołach. A co jedzą w szpitalach?

Autor: GUBAŁA Katarzyna • Źródło: Katarzyna Rożko/Rynek Zdrowia   • 03 października 2015 09:27

Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że od 1 września w sklepikach i stołówkach szkolnych na dzieci czeka tylko zdrowe jedzenie. To cieszy, ale warto spytać: Co z posiłkami dla dzieci w szpitalach, gdzie królują tanie parówki i pasztety? A jak żywimy dzieci w rodzinnych domach?

Rozporządzenie dot. sklepików chroni dzieci w szkołach. A co jedzą w szpitalach?
Fot. Adobe Stock. Data Dodania: 16 grudnia 2022

90 proc. przedszkolaków biorących udział w jednej z akcji edukacyjnych jako zdrowe wskazało chińskie zupki, mówiąc, że podaje je im mama. W szpitalnym jadłospisie o takich zupkach mowy nie ma, ale jedzenie dla pacjentów pediatrycznych też nie zawsze jest smaczne i zdrowe.

Pomysłodawca profilu Posiłki w szpitalach, który na Facebooku obserwuje już ponad 100 tys. osób, od półtora roku ogląda codziennie dziesiątki zdjęć tego, co w szpitalach do jedzenia dostają pacjenci. Zapytany o posiłki ze szpitalnych oddziałów, gdzie leczy się dzieci i młodzież, nie potrafi ukryć wzburzenia.

Liczy się cena
- Przez oddziały pediatryczne przechodzą tony śmieciowego jedzenia, które nigdy nie powinny przekroczyć progów lecznic. Na profilu Posiłki w szpitalach panuje dosadne oznaczenie dla takiego stanu rzeczy. Mówimy, że opakowanie jest droższe od zawartości czy też, że wymycie tych tac kosztuje więcej niż to coś, co na nich jest - mówi Rynkowi Zdrowia Tomasz Krzemiński, prowadzący profil.

Przez półtora roku przeczytał też dziesiątki dokumentów przetargowych na usługę żywienia w szpitalach.

- W 90 proc. przetargów widnieje jeden warunek - cena! Reszta jest nieważna. W efekcie dzieci,  dorośli zresztą też, dostają tanie, wysoko przetworzone jedzenie. Skład produktów, które trafiają na ich talerze to MOM - mięso oddzielane mechanicznie, czyli i skóry, tłuszcz i inne resztki, do tego gigantyczne ilości chemicznych środków konserwujących i poprawiaczy smaku. Na zdjęciach widzimy pasztet czy parówki, które mają mniej wartości odżywczych od kartonu - oburza się Krzemiński.

Dla przykładu tani pasztet wyprodukowany bez użycia mięsa innego niż MOM ma taki skład: MOM - 19,4 proc., skóry z kurcząt - 26,6 proc., wątroba kurza - 2,4 proc., woda, kasza manna, białko i skrobia sojowe, sól, przyprawy i ekstrakty z przypraw, cebula suszona, aromaty, emulgatory, białka mleka, glukoza, maltodekstryna, wzmacniacz smaku i stabilizator.

Na parówkach lista podobna, ale znajdziemy tam również substancje wzmacniające smak i zapach: glutaminian sodu, stabilizatory: difosforany i trifosforany, przeciwultelniacz: kwas askorbniowy, substancję konserwującą: azotyn sodu itd.

Pasztet też zdrowy, ale...
Małgorzatę Pelikan, dietetyka klinicznego, pytamy, czy w ogóle dzieci powinny jeść parówki, pasztety czy topione serki.

- Oczywiście, że pasztet może być zdrowy. Na pewno będzie takim, ten upieczony w domu z dobrych składników, ale nawet na rynku są dobre jakościowo pasztety, jednak ich cena jest wysoka. Podobnie z parówkami. Są parówki składające się w 98 proc. z mięsa, wartościowego, nie tego oddzielanego mechanicznie, ale ich cena dochodzi do ceny dobrej jakości szynki - mówi dietetyk, podkreślając słowo jakość, bo jak podkreśla skład szynki za 11,99 zł w stosunku do tej za 35 zł to wielka różnica.

Wskazuje, że aspekt ekonomiczny jest nie do pominięcia.

- Szpital jest uzależniony od stawki żywieniowej, a ta niestety nie jest adekwatna ani do potrzeb, ani do cen dobrej jakości produktów. Dietetyk nie ma szans ułożyć diety, która pokrywałaby zapotrzebowanie na wszystkie składniki odżywcze. Stąd nie jest żadnym zaskoczeniem, że w przypadku i dzieci, i dorosłych pacjentów nie obywa się bez dożywiania hospitalizowanego chorego przez rodzinę - mówi Małgorzata Pelikan.

Mama to nie dietetyk
Zwraca uwagę, że aspekt ekonomiczny dotyczy również znacznej części polskich rodzin i to, co widzimy w szpitalnym żywieniu nie jest oderwane od rzeczywistości. Często wybory gorszej jakości jedzenia kupowanego dla rodziny dyktowane są przez cenę.

- Rodzic trójki dzieci nie kupi parówek za 30 zł za kilo, a te za 8 zł, bo musi zapewnić dzieciom posiłek. Inną sprawą jest brak wiedzy o tym co zdrowe, a co nie. Podczas cyklu zajęć ''Akademia Zdrowego Przedszkolaka'', które prowadziłam, dzieci w formie zabawy oddzielały produktów zdrowe i niezdrowe. 90 proc. dzieci za zdrowe uznawało zupki chińskie twierdząc, że to jest zdrowa zupa, bo taką podaje im mama. Podobnie było z kolorowymi płatkami śniadaniowymi, które składają się głównie z cukru - mówi dietetyk.

Ubolewa, że z refundowanej porady dietetycznej mogą w Polsce korzystać jedynie rodzice dzieci chorych na cukrzycę. W jej opinii chociaż tzw. rozporządzenie sklepikowe MZ wprowadza wiele pozytywnych zmian, kluczem do powstrzymania epidemii nadwagi i otyłości wśród dzieci jest właśnie edukacja rodziców.

W szpitalnym żywieniu dzieci nie ma rozporządzenia ograniczającego ''dostęp dzieci do pokarmów zawierających duże ilości składników, których spożywanie nie jest dobre dla zdrowia'' (cyt. za informacją MZ).

Żywienie dzieci w szpitalach ustala się w oparciu o wiedzę medyczną i wskazania lekarskie. Czy powinno powstać podobne rozporządzenie, które byłoby wykazem wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze?

Smakuje?
W opinii Magdaleny Kremer-Kreft, dyrektor ds. ekonomiczno-finansowych Szpitala Dziecięcego Polanki w Gdańsku, takie rozporządzenie byłoby trudne do zastosowania w przypadku diet, gdyż niektóre z nich wymagają np. wykorzystania produktów o większym indeksie glikemicznym.

- Od tego jest szpitalny dietetyk, który czuwa nad jadłospisami przygotowywanymi przez firmy żywieniowe. To on kontroluje, czy posiłek ma odpowiednią wartość energetyczną, czy spełnia warunki diety, jak jest podany. Nasz dietetyk jest codziennie w czasie posiłków na oddziałach, sprawdza i próbuje dań, jakie dostają dzieci - mówi Rynkowi Zdrowia Kremer-Kreft.

Podkreśla, że żywienie w szpitalach to żywienie zbiorowe i posiłek nie ma szans być takim, jak przygotowany indywidualnie, ale kluczowy jest nadzór ze strony szpitala zarówno w przypadku kuchni w lecznicy, jak i usługi zleconej firmie zewnętrznej.

Rodzice małych pacjentów szpitala na Polankach na początku roku byli oburzeni niską jakością posiłków, jakie otrzymywały ich dzieci. Jak zapewnia wicedyrektor, problemy były związane ze zmianą firmy cateringowej i m.in. dzięki codziennej kontroli zostały już rozwiązane.

Lizak czy marchewka
Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie ma własną kuchnię i zatrudnia 18 dietetyczek, które ustalają schemat żywienia biorąc pod uwagę wiek dziecka, leczone schorzenie i przebieg choroby. Wachlarz diet jest szeroki: od wysokospecjalistycznych - np. dla pacjentów z fenyloketonurią, po powszechnie znane np. dietę wegetariańską.

- Posiłki są urozmaicone, kolorowe, odpowiednio skomponowane pod kątem doboru składników odżywczych. Dzieci otrzymują 5 posiłków dziennie. Obiady ze szpitalnej kuchni - w czterech wariantach dietetycznych - mogą sobie zamówić również pracownicy szpitala i rodzice pacjentów. Często korzystają z tej możliwości - mówi Magdalena Oberc, rzecznik szpitala.

Jak wskazuje szpital wyjaśnia rodzicom zasady żywienia dziecka w konkretnej chorobie, ale nie zawsze chcą się oni stosować do zaleceń lekarza.

- Dlatego prowadzimy również edukację rodziców w kwestii kształtowania zdrowych nawyków żywieniowych. W tym celu cyklicznie organizowane są na terenie szpitala warsztaty z dietetykami pod hasłem ''Lizak czy marchewka''. Dietetycy przekazują na nich wiedzę teoretyczną z zakresu żywienia dzieci, również dzieci z alergią pokarmową lub dzieci przedwcześnie urodzonych. Podpowiadają także rodzicom, jak skomponować smaczny i zdrowy posiłek dla dziecka - podaje Magdalena Oberc.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum
    PARTNERZY SERWISU
    partner serwisu
    partner serwisu

    Najnowsze