Ratownik: na jednym dyżurze widzimy śmierć, urwane ręce, jesteśmy brudni od krwi, wymiotów i kału

Autor: Paulina Gumowska • Źródło: Rynek Zdrowia10 września 2021 16:30

- Jeśli pyta mnie pani o to, czy znajomi zapraszają mnie jeszcze na imprezy, to już nie zapraszają. Przestali dzwonić, a ja przestałem na te imprezy chodzić. Po dniu pełnym traum - trudno wyskoczyć na piwo - mówi Karol Bączkowski, ratownik medyczny.

Karol Bączkowski, ratownik medyczny z 13-letnim doświadczeniem. Foto: archiwum prywatne

Paulina Gumowska, Rynek Zdrowia: Zacznijmy najprościej jak się da: żałuje pan, że został ratownikiem medycznym?

Karol Bączkowski: Nie żałuję.

A chciałby pan cofnąć czas i wybrać inny zawód?

Nie, jestem zadowolony z miejsca, w którym jestem. 

Na razie zostawię to bez drążenia i zapytam: To był od początku pana pomysł na życie?

Ratownikiem zostałem przez przypadek. Tak mi się życie ułożyło.

A propos życia: ma pan życie poza pracą?

Jeśli pyta mnie pani o to, czy znajomi zapraszają mnie jeszcze na imprezy, to już nie zapraszają. Przestali dzwonić. Ale nie dlatego, że mnie nie lubią, ale dlatego, że ja przestałem na te imprezy chodzić. Oni wiedzą, że jak pracuję do 19., to i tak o tej 19. nie skończę. Nie mam życia towarzyskiego. Ale też praca ratownika bardzo zmienia człowieka. Zaczynamy obracać się w swoim środowisku. Co to dużo mówić: jesteśmy specyficzni. W czasie jednego dyżuru mierzymy się ze śmiercią, widzimy urwane ręce, nogi, jesteśmy brudni od krwi, wymiotów i ludzkiego kału. Trudno po takim dyżurze od razu wyskoczyć na piwo ze znajomymi. O ile się w ogóle na takie spotkanie zdąży. 

Weekendy?

Pracujące. Wolne weekendy to luksus. My od kierowników słyszymy, że nie mamy prawa do urlopów, do wakacji. Jak jesteś na kontrakcie to na urlopy nie chodzisz, na wywiadówki nie chodzisz. Ratownictwo to niewolnictwo.

Wróćmy więc do pierwszego pytania: nie żałuje pan? Jak praca człowieka tak mocno uwiera powinien ją zmienić. 

Po pierwsze: nie żałuję. A po drugie: dużo już zmieniłem w moim życiu zawodowym. Od jakiegoś czasu mniej pracuję. Albo inaczej: zacząłem pracować jak normalny człowiek. Zrezygnowałem z dyżurów po 300-400 godzin w miesiącu. Szukam szczęścia zawodowego też w innych miejscach, np. prowadzę szkolenia z pierwszej pomocy. Skoro system taktuje mnie jak biznesmena zatrudniając na kontrakcie, pracuję jak biznesmen, kiedy chce, jak chcę, dla kogo chcę i w wymiarze jaki mi się podoba. 

I tu dochodzimy do sedna. Jeśli wy nie będziecie pracować po 300-400 godzin miesięcznie, nas nie będzie miał kto ratować. 

Ale my musimy szukać alternatywy. Nikt na dłuższą metę nie jest w stanie tak żyć. Wie pani, jakie mam oczekiwania wobec swojej pracy? Nie chciałbym musieć cały czas kombinować. Bo my musimy cały czas to robić, żeby spiąć grafik, żeby jakoś wpasować go w życie rodzinne. Żyjemy w ogromnym stresie, na ciągłej adrenalinie. Ratujemy ludzkie życie, w naszej pracy nie ma miejsca na błędy, na zmęczenie. Ale jesteśmy zmęczeni, wyeksploatowani do granic, padamy na pysk. Pandemia uwypukliła problem, z którym my mierzymy się od lat. 

I co pan radzi swoim kolegom?

Zatrzymać się, zrewidować swoje życie, zastanowić się nad alternatywami. Jest wyjście z każdej sytuacji. Wiem jedno: 400 godzin miesięcznie to może najłatwiejsze a jednocześnie najgorsze wyjście. Masz z czego płacić kredyt, stać cię na nowy samochód, ale degradujesz swoje życie. Nie masz rodziny. Nie masz czasu. Nie masz nic poza pracą. Tak można jedynie zapracować na śmierć. Pytanie co dalej? Kto nas będzie ratował? Ludzie, którzy pracują po 400 godzin będą mieli udary i zawały w bardzo młodym wieku i będą potwornym kosztem społecznym. Tego rządzący nie widzą i nie rozumieją. Dlatego powtarzamy to od lat: ratownictwo medyczne potrzebuje głębokich zmian systemowych. Wiem, że na to potrzeba kolejnych 5-6 lat, ale bez tego nie ruszymy. Kolejni ratownicy będą uciekać, zmieniać branże, wyjeżdżać z kraju. Znam wiele takich przypadków.

Słuchał pan nagrań z warszawskiego pogotowia, które upubliczniła Wirtualna Polska? Pańscy koledzy strajkują, ludzie czekają na pomoc.

Więcej o nagraniach: Szokujące nagrania z pogotowia ratunkowego. Chaos w systemie. Nie ma karetek

Takie nagrania słyszę od dobrych 6-7 lat. Ale przede wszystkim doprecyzujmy: jest różnica między strajkiem a protestem. Strajk jest wtedy, kiedy nie przychodzi się do pracy w ogóle, zostawia się pacjentów w potrzebie, a medycy nigdy nie odejdą od łóżek pacjentów. W najtrudniejszych momentach pandemii nie odeszliśmy, to i teraz też nie odejdziemy. My po prostu zaczęliśmy pracować po ludzku. Jeżeli ktoś wychodzi i mówi, że to jest nasza wina to po prostu oszukuje społeczeństwo. Nie my odpowiadamy za liczbę medyków w tym kraju. 

Kiedy się panu ulało?

W karetce jeżdżę od 13 lat. I co? Zgodnie z prawem nie jestem ratownikiem medycznym, pracuję jako „inny zawód medyczny”. Nie mam żadnego identyfikatora, żadnej legitymacji. I to jest kpina, to pokazuje jak traktuje się naszą rolę w systemie. Zresztą o jakim systemie mowa. Nie ma go. Pozostaje nam wyjść na ulicę, wziąć taczki i wywieźć na nich rządzących.

Brzmi pan teraz jak Michał Kołodziejczak z AGROunii. Panu takie poparcie nie przeszkadza? Zaczynacie gotować dużo grzybów w jednym barszczu. 

Potrzebujemy solidarności społecznej i szerokiej dyskusji. Jasne, że nas rozmowy z ministrem rolnictwa nie interesują, naszym partnerem jest ministerstwo zdrowia i NFZ.

A prezydent? Dostaliście zaproszenie z kancelarii. 

Powinniśmy rozmawiać bez pośredników, z ludźmi, którzy mają realny wpływ na budowanie systemu ochrony zdrowia w Polsce. Prezydent nie jest kompetentny w tym zakresie. Uważam, że nie potrzebujemy mediatorów, którzy nie są decyzyjni. Ale to moje zdanie, być może moi koledzy uważają inaczej. 

Czytaj o sprawie: Kancelaria prezydenta zaprasza medyków na spotkanie. Medycy dopytują: a prezydent będzie?

Na każdym kroku powtarzacie, że w tym proteście nie chodzi o pieniądze. Naprawdę? Zawsze chodzi o pieniądze.

Każdy chce dobrze zarabiać, to jasne. Ale pieniądze w tym wypadku nie zmieniają niczego. One nie zmniejszą liczby godzin pracy ratowników, nie sprawią, że ratownicy staną się formacją, w której praca będzie prestiżem. Postulaty płacowe są na szarym końcu naszych oczekiwań. I nie jest to populistyczne gadanie. My potrzebujemy pomocy psychologicznej, możliwości resetu po traumatycznym dyżurze. Nasza praca nie kończy się wraz z ostatnim pacjentem, później musimy karetki posprzątać, przygotować na kolejny dyżur. I odpocząć. Po prostu. A tego nie załatwią żadne pieniądze. Wie pani co mnie w tej narracji rządzących o dosypywaniu pieniędzy najbardziej wkurza? Wychodzą decydenci i mówią: kupiliśmy kilkaset karetek. Ludzie więc myślą: fajnie, rząd inwestuje w ratownictwo. Ale przecież później nie ma kto tych karetek obsługiwać. Bo za karetką nie idą ludzie. To jest paradoks tej sytuacji. 

A ilu jest ratowników medycznych w Polsce?

Nikt nie wie, nikt nie ma pełnych danych. To wiele mówi o podejściu do tego zawodu.

W sobotę pójdzie pan na protest?

Nie, mam dyżur. Tego dnia jestem z pacjentami. 

Polecamy: Warszawa. Część ratowników zgłosiła niedyspozycyjność. "Pogotowie działało nawet podczas wojny, jakoś sobie poradzimy"

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum