Przywileje czy rozrzutność

Autor: Jacek Musiał • • 03 października 2010 11:34

Trudności polskiej ochrony zdrowia niekoniecznie tkwią w niej samej.Główny wpływ ma istniejąca sytuacja w otoczeniu, dotycząca m.in. wadliwego i często politycznego rozpoznania problemu, przepisów emerytalno-rentowych, obowiązującego w Polsce prawa pracy, przywilejów wybranych grup społecznych - pisze Jacek Musiał, dyrektor PZOZ w Charsznicy, anestezjolog i specjalista chorób wewnętrznych.

Przywileje czy rozrzutność
Bezrobocie, tzw. higieniczne na poziomie kilku procent, pełni cenną rolę w ekonomii wielu krajów. W czasach przemian w Polsce bezrobocie zaczęło jednak wymykać się spod kontroli.

Skutki poważnego bezrobocia
dotknęły także ochronę zdrowia i to w kilku kierunkach:

• Jednym z nich jest ucieczka pracowników na renty inwalidzkie. Zagrożony pracownik musiał wpierw stać się pacjentem. Objawów szukał w sam (np. internecie) lub z pomocą. Co dwa tygodnie chodził do lekarza o przedłużenie „chorobowego”. Tak chorował przez pół roku. W międzyczasie był kierowany do różnych specjalistów, uzyskując zaświadczenia niezbędne do renty dopiero po kilku wizytach. Liczne badania dodatkowe, też na koszt NFZ.  Pacjent, który trafił na specjalistę bardziej rygorystycznego, wracał do lekarza POZ po nowe skierowanie, twierdząc, że poprzednie zgubił, aż w końcu trafiał na liberalnego (tego „dobrego”), który oczekiwane zaświadczenie do renty wystawił.

• Tylko nieliczni pacjenci, którzy nie dostali renty, „odpuszczali”. Pozostali tym intensywniej walczyli „o swoje”. Niewielkie stwierdzane schorzenia stawały się „celem ich życia”. Kolejne odwołania, kolejne badania dodatkowe, konsultacje, hospitalizacje.  Wszystko po to, aby przy kolejnym podejściu tę rentę już na pewno dostać.

• Pacjenci, którzy otrzymywali rentę na pół roku, rok, dwa, też niezwykle regularnie odwiedzali lekarza prowadzącego oraz wszystkich możliwych specjalistów, aby za rok znów przedłużyć sobie rentę. Przed każdą kolejną komisją wymuszają „komplet” badań dodatkowych.

• Posiadanie renty inwalidzkiej, oprócz umiarkowanych środków finansowych, daje też ubezpieczenie. To pozwala renciście pracować nielegalnie w Polsce lub za granicą.

Ale niekiedy i legalnie, bo zakłady pracy chętniej zatrudniają rencistów. Kilka lat temu był taki okres, że w gazetach były ogłoszenia typu: „zatrudnię do pracy na wysokości mężczyznę zdrowego, najlepiej do 40 roku życia, najchętniej rencistę”. I pacjenci przychodzili do lekarzy, mówiąc wprost, że renta lub grupa inwalidzka, to warunek pracodawcy...  I wszystko to na koszt NFZ (wcześniej – Kas Chorych) – jak wyżej...


Posiadanie legitymacji rencisty

lub niepełnosprawnego daje też zniżki na wiele biletów, pozwala dokonywać odliczeń podatkowych, itd. W związku z wymknięciem się bezrobocia spod kontroli, politycy zastosowali wadliwą terapię: wczesne emerytury, emerytury pomostowe.

Abstrahując od obciążenia płatników – w efekcie i tak społeczeństwa – problemem stała się rzesza w dość zdrowych, młodych pacjentów, ale mających czas, by stać się hipochondrykami. To czas na poszukiwanie schorzeń w internecie, czas na odwiedzanie lekarzy rodzinnych i wszystkich możliwych specjalistów, robienie tomografii itp. badań.  

W pewnym stopniu można tych ludzi zrozumieć, że skrzywdzeni przez zamknięcie ich zakładów pracy, stali się roszczeniowi. Pomimo że w tych latach znacząco rosły nakłady na ochronę zdrowia, były one natychmiast konsumowane głównie przez tę grupę pacjentów. W tym okresie Polska nadal pozostawała i pozostaje w ogonie Europy, jeśli chodzi o śmiertelność noworodków. Pacjent roszczeniowy chce wszystkiego dla siebie, a nie obchodzi go życie, czy zdrowie przyszłego pokolenia.

Ludzie młodzi i zdrowi nie znajdują legalnej pracy. Natomiast, z całym szacunkiem, dla prawdziwych inwalidów, preferowane jest ich zatrudnianie, choć ta grupa ma już jakieś środki na utrzymanie z racji renty. Nic dziwnego, że Polska prowadzi w Europie w przeliczeniu liczby rencistów do zatrudnionych – 20% niepełnosprawnych, jakie występuje w wielu powiatach w Polsce (dane z 2002), to chyba ewenement na skalę światową. To bardzo obciąża ochronę zdrowia.

Kombatanci
Mając jeszcze więcej szacunku dla ludzi walczących o Polskę – czy faktycznie powinni być przyjmowani do lekarzy poza kolejnością? W kilku miejscowościach domy pomocy społecznej dla kombatantów funkcjonują w sąsiedztwie ośrodków zdrowia i poradni specjalistycznych. Z punktu widzenia poradni, każdy pacjent jest jednakowo dobry – przynosi pieniądze z kontraktu z NFZ. Ale, ponieważ dla pensjonariusza DPS pójście do lekarza to czasem jedna z niewielu już rozrywek, dostanie się do lekarza, a szczególnie specjalisty innemu obywatelowi – nie jest zdaniem łatwym.

Pojawił się problem społeczny. Człowiek młody, z nagłą chorobą nie może dostać się do lekarza. Czasem ten młody pracownik ma znacznie niższe wynagrodzenie od emerytury kombatanta i naprawdę nie stać go na prywatną wizytę u specjalisty. Poświęca na chorobę swój urlop, a gdy stan zdrowia się pogarsza – trafia do szpitala, co kosztuje NFZ nieporównanie więcej.

Czy słuszne jest, aby kombatanci, bez skierowania, czyli bez weryfikacji rozpoznania przez lekarza POZ, blokowali kolejki do specjalistów ludziom młodym, którzy powinni jak najszybciej zostać wyleczeni i wrócić do pracy, aby jej nie stracić?

Należy jednak zauważyć, że wielu kombatantów i inwalidów, nie nadużywa tych przywilejów, rozumiejąc, że w przychodni oczekują często bardziej schorowani ludzie, choć bez legitymacji.

Czy takie uprzywilejowanie kombatantów nie narusza równości obywateli zagwarantowanej w konstytucji? Nadinterpretacja art.19 Konstytucji RP, jakiej dokonano w Ustawie o świadczeniach opieki zdrowotnej ze środków publicznych ( Dz.U.2008, Nr 164, poz.1027, art.57, ust. 2, pkt 10 versus art.57 ust.1) wywołuje awantury w poradniach, szczególnie specjalistycznych, gdzie posiadacz odpowiedniej legitymacji może spowodować, że inny pacjent, ale bez legitymacji, oczekujący już od kilku miesięcy na wizytę, może zostać nieoczekiwanie przesunięty o kolejne kilka miesięcy.

Art.19 Konstytucji powinien gwarantować tylko ryczałt (dodatkowy składnik renty lub emerytury) na leki (o czym poniżej). Art. 57 ust.2, pkt 10 Ustawy o świadczeniach powoduje naruszenie idei całej ustawy, przez co specjalista weryfikuje domniemania pacjenta o swojej chorobie. Jest to czasochłonne, gdyż lekarz wąskiej specjalności zwykle nie jest do tego tak przygotowany, jak lekarz rodzinny (POZ). Nierzadko specjalista odsyła kombatanta jeszcze dalej.


Inwalidzi wojenni, ich małżonkowie, inwalidzi wojskowi

Wprawdzie w ostatnich latach występuje naturalny spadek w tej grupie uprzywilejowanych, jednak w związku z udziałem Polaków w kilku wojnach, można oczekiwać ponownego ich wzrostu. Dlaczego w tym miejscu wymieniam tę zasłużoną grupę? Nie, nie z powodu Viagry wypisywanej gdzieś masowo tej grupie pacjentów przez kilku lekarzy... Chodzi o to, że tym pacjentom można bezkarnie przepisać najdroższe nowości z rynku farmaceutycznego.

Inwalida – dziadek kocha swoje dzieci i wnuki, które też chorują np. na cukrzycę, mają nadciśnienie, cierpią na bóle stawów itp. „Aby nie podpadło” dziadek uzyskuje te leki chodząc od lekarza do lekarza, ale za liczne wizyty „receptowe” u specjalistów płaci NFZ, a inni pacjenci awanturują się, że „ktoś wchodzi bez kolejki”. Taka sytuacja, to zapewne margines, ale warto nad nim się zastanowić.

Inwalidzi wojenni i wojskowi powinni otrzymać finansowy ryczałt – ekwiwalent na leki! Wtedy straciłby sens „wykupywanie” leków dla syna, córki i wnuków. Pacjent sam prosiłby o najtańsze odpowiedniki, a nie o leczenie najkosztowniejszymi nowinkami na rynku farmaceutycznym. Uniknie się wówczas pomawiania lekarzy o wypisywanie leków „na kombatanta” osobom trzecim.

Niebawem kilka słów o wpływie obowiązującego w Polsce prawa pracy na nasz system ochrony zdrowia.
Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum