Przepisy transgraniczne - niewykorzystana szansa polskich lecznic?

Autor: Marek Szewczyk • • 31 stycznia 2018 14:41

Chyba po raz pierwszy od 25 października 2013 r., kiedy w Unii Europejskiej weszła w życie tzw. dyrektywa transgraniczna, w sobotę 13 stycznia 2018 r. jedna z polskich stacji telewizyjnych pokazała tych, którzy skorzystali z możliwości leczenia się za pieniądze NFZ za granicą - pisze Marek Szewczyk*, ekspert ochrony zdrowia.

Marek Szewczyk, ekspert ochrony zdrowia; FOT. Arch. RZ

Zapomniano jednak w pełni wyjaśnić, że pragnący korzystać z dobrodziejstw tej dyrektywy Polak musi najpierw w siebie zainwestować, a później uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż NFZ odda mu pieniądze.

Niestety, nie należymy do tych, którzy potrafią negocjować z korzyścią i pamiętać o swoich interesach. Ministerstwo Zdrowia nie dość, że zaakceptowało najmniej korzystny dla Polaków system naszego uczestnictwa w podziale tego „europejskiego zdrowotnego tortu”, to jeszcze niewiele robi, by w Europie promować osiągnięcia polskich lekarzy i placówek medycznych.

Cykl pięcioletni
Zgodnie z zapisami dyrektywy transgranicznej pacjenci korzystający z ponadgranicznej, europejskiej opieki medycznej w innych Unii Europejskiej, otrzymają zwrot kosztów nieprzekraczających tych, które narodowy płatnik (w przypadku Polski NFZ), poniósłby, gdyby świadczenie zostało wykonane w kraju zamieszkania.

Celem dyrektywy jest zniesienie barier w dostępie do ochrony zdrowia dla obywatelek i obywateli krajów członkowskich, przemieszczających się pomiędzy państwami UE. Dlatego ustanowiono zasady zapewniające równy, niedyskryminujący dostęp do bezpiecznej transgranicznej opieki zdrowotnej o wysokiej jakości.

Skandynawowie bez większych problemów na przykład mogą realizować zlecone przez lekarza usługi medyczne na podstawie skierowania zarówno u siebie, jak i w szpitalu dowolnego kraju Zjednoczonej Europy. Polak, by skorzystać z dobrodziejstwa dyrektywy transgranicznej, musi po pierwsze uzyskać promesę NFZ, następnie zainwestować swoje pieniądze we własne zdrowie, które chce wzmacniać poza Polską, a następnie ustawić się w kolejce po pieniądze z NFZ, by stosownie do zasad i czekając w kolejce, otrzymać refundację.

Refundacja nie przewiduje zwrotu kosztów i rozliczana jest w cyklach pięcioletnich. Takie gospodarowanie pieniędzmi nie daje żadnej gwarancji, że mimo otrzymania promesy zainwestowane we własne zdrowie środki zostaną choremu zwrócone. Po prostu może ich w rozliczeniowej pięciolatce zabraknąć.

Ideą wprowadzenia dyrektywy
było, by korzyści z tego transgranicznego systemu odnosili przede wszystkim pacjenci. Mają w niej swój interes także krajowe systemy ochrony zdrowia. Rozładowanie kolejek do specjalisty, to jeden z istotnych - nie tylko dla polskiego systemu - powód. „Obcy” pacjent obsługiwany jest poza lokalnie prowadzoną kolejką.

Zatem, zamiast czekać w Polsce pół roku, np. w Czechach można w ciągu kilku dni być poddanym operacji zaćmy. Taka możliwość teraz, gdy lekarze wypowiadają klauzulę opt-out, ma szczególne znaczenie dla chwiejącego się polskiego systemu opieki zdrowotnej, a tym bardziej dla pacjenta.

Dla polskiego pacjenta bowiem, perspektywą jest wydłużenie się kolejki oczekiwania do specjalisty. Wsparciem mogłoby stać się dobrodziejstwo wynikające z dyrektywy, ale raczej nie jest i długo chyba nie będzie, a przynajmniej dla przeciętnego Polaka, którego na to nie stać.

Dyrektywa transgraniczna dała także finansową szansę polskim lecznicom, które w większości nie muszą wstydzić się ani posiadanego sprzętu, ani stosowanych technologii medycznych, ani tym bardziej doświadczenia i wiedzy lekarzy. Polskie szpitale mogłyby przyjmować pacjentów z Europy, gdyby ci wiedzieli, że polska medycyna potrafi tyle samo, co ich rodzima, a czasem może nawet i więcej.

Aby tak się stało Ministerstwo Zdrowia musiałoby w krajach Unii Europejskiej podjąć szereg działań promujących osiągnięcia polskiej medycyny, a przede wszystkim popularyzować polskie szpitale.

Dziś przeciętnemu, choremu Francuzowi, Włochowi czy Niemcowi polski szpital bardzo często kojarzy się niemal ze stojącymi na korytarzach wieloma łóżkami. Obcokrajowcy mogliby leczyć się w Polsce, z wykorzystaniem zakupionego za unijne pieniądze, często nie w pełni wykorzystywanego, najnowszej generacji sprzętu medycznego. Każda dodatkowa złotówka jest dla dyrekcji szpitala niezwykle cenna.

Szpitali nie stać na promocję
Niestety, dyrektorów szpitali nie stać na zainwestowanie w promocję szpitala, bo, jakże często, brakuje pieniędzy m.in. na niezbędny serwis posiadanych urządzeń. Teraz, gdy wielu lekarzu wypowiedziało opt-out, 110-120 zł za godzinę lekarskiego dyżuru stanie się ceną wyjściową do zawarcia umowy z lekarzem.

Gdy dyrektorowi zabraknie pieniędzy na zapłacenie lekarzom, pielęgniarkom, czy za leki, będzie zmuszony wygasić oddział, a może nawet podjąć kroki mające na celu likwidację szpitala.

Dziś ogromne środki finansowe, zgromadzone w rezerwach celowych krajów członkowskich UE, są tylko szczątkowo konsumowane przez polskie lecznice. Jednak, aby pacjenci chcieli przyjeżdżać do Polski i leczyć się u nas, muszą wiedzieć, że podejmują dobrą decyzję. Do tego muszą zostać przekonani.

Powinno tego dokonać - ukierunkowanymi, dobrze zorganizowanymi działaniami Ministerstwo Zdrowia. Na razie takich działań urzędnicy z Miodowej nie prowadzą i w najbliższej przyszłości nie mają w planach prowadzić.

Po pierwsze informacja
Jednocześnie w kraju należy podjąć działania upowszechniające wiedzę o możliwościach, jakie dają zapisy dyrektywy transgranicznej. Przede wszystkim wskazana jest zmiana zasad dostępności polskich chorych do środków umożliwiających im lecenie poza granicami kraju, także po to, by skrócić kolejki do polskich specjalistów.

Połączenie obu działań przyniesie korzyści przede wszystkim pacjentom, a tym samym polskiemu systemowi ochrony zdrowia. Skorzystają także nasze szpitale, do których może trafić niemała suma z tego unijnego, zdrowotnego tortu.

Uaktywnienie obszaru wsparcia polskiego systemu opieki zdrowotnej poprzez dobrodziejstwa wynikające z zapisów dyrektywy transgranicznej jest w równej mierze ważne z podjęciem rozmów z lekarzami i rezydentami oraz powinno znaleźć się w centrum uwagi kierowanego przez ministra Łukasza Szumowskiego resortu zdrowia.

* Marek Szewczyk jest członkiem Stowarzyszenia Menedżerów Ochrony Zdrowia (Oddział Centralny). Specjalizuje się w kryzysowym zarządzaniu podmiotami leczniczymi. Jest jednym z ekspertów w EIT Health Poland.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum