Protest pracowników medycznych, czyli nie chodzi tylko o podwyżki

Autor: Jacek Wykowsk/Rynek Zdrowia • • 04 lipca 2017 05:49

Postulaty Porozumienia Zawodów Medycznych nie dotyczą tylko największych grup zawodowych w ochronie zdrowia - lekarzy i pielęgniarek - i nie sprowadzają się jedynie do podwyżek. PZM reprezentuje prawie 600 tys. osób pracujących w zawodach medycznych, a każda specjalność tworzy nieodłączną część kadrowego "ekosystemu" opieki zdrowotnej.

Służba zdrowia to nie tylko lekarze i pielęgniarki, ale m.in. diagności laboratoryjni, technicy analityki medycznej, technicy elektroradiologii, fizjoterapeuci, ratownicy... FOT. PTWP

W centralnej bazie prowadzonej przez Naczelną Izbę Lekarską zarejestrowanych jest ponad 180 tys. lekarzy i lekarzy dentystów, z których czynnie wykonuje swój zawód ok. 160 tys. Pielęgniarek i położnych mamy natomiast ponad 250 tys. Łatwo więc policzyć, że pozostałe zawody medyczne to grupa ok. 200 tys. osób - rozproszona, niemedialna (może z wyjątkiem ratowników), ale dla systemu nieodzowna.

- Polska służba zdrowia to nie tylko lekarz i pielęgniarka. Są tacy ludzie jak my - diagności laboratoryjni, technicy analityki medycznej, technicy elektroradiologii i fizjoterapeuci. Lekarz czy pielęgniarka nic bez nas nie zrobią - mówi Rynkowi Zdrowia Grażyna Musiałkiewicz, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Diagnostyki Medycznej i Fizjoterapii (OZZPDMiF).

Dodaje: - W tej chwili pracujemy incognito, a jeśli już się z nami rozmawia, to przy okazji, po drodze. Wie pan, jak to boli?

Elektroradiolog: 37 lat pracy, 1900 zł „na rękę”
Grażyna Musiałkiewicz chciałaby nie tylko większej atencji ze strony decydentów i społeczeństwa, ale też „poszanowania” mniej widocznych zawodów medycznych. - Sami nie mamy takiej siły przebicia jak lekarze, pielęgniarki czy ostatnio ratownicy. Ale potrzeby mamy równie duże i także oczekujemy szacunku, uwagi - mówi.

Reprezentowany przez Musiałkiewicz związek liczy ok. 3 tys. członków i - jak przyznaje przewodnicząca - to wielkość porównywalna z Krajowym Związkiem Zawodowym Pracowników Ratownictwa Medycznego.

Problemy członków OZZPDMiF w dużej mierze są podobne, jak innych grup zawodowych w ochronie zdrowia. Ale są też wśród nich ściśle związane z danym zawodem, stanowiskiem. Na pierwszym miejscu Grażyna Musiałkiewicz wymienia pieniądze - postulat znany, ale konsekwencje ich braku - w zależności od zawodowej grupy - nie zawsze takie same.

- Podstawa to zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia, co powinno przełożyć się na lepszy dostęp pacjentów do wszelkiego rodzaju badań diagnostycznych. W tej chwili - choć diagnostyka jest na bardzo wysokim poziomie - jej potencjał nie jest w pełni wykorzystywany. Mam przede wszystkim na myśli diagnostykę specjalistyczną - tłumaczy.

19 czerwca br. przedstawiciele Porozumienia Zawodów Medycznych spotkali się z podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, Leszkiem Skibą. Celem rozmów było „uzyskanie merytorycznego uzasadnienia dla faktu, że nakłady na publiczną ochronę zdrowia w Polsce utrzymywane są na dramatycznie niskim poziomie”. W rozmowach brał udział także przedstawiciel OZZPDMiF.

- Zebraliśmy od naszych organizacji z różnych regionów Polski kwitki zarobkowe. Przykład? Technik elektroradiologii z 37-letnim stażem pracy otrzymuje 1900 zł netto pensji zasadniczej. Wszyscy wiedzą, że mało zarabiamy, ale nikt nie przypuszcza, że są to tak niskie kwoty - tłumaczy przewodnicząca.

I bez strajku to wszystko może runąć
Musiałkiewicz przyznaje, że fizjoterapeuci, elektroradiolodzy, diagności laboratoryjni czy analitycy medyczni otrzymują średnio 2-2,1 tys. zł brutto, więc pracując na kontraktach, dorabiają dodatkowymi dyżurami. Zwraca uwagę, że np. technicy elektroradiologii są obligowani do obsady dyżurowej w czterech pracowniach jednocześnie. Ale są też inne problemy.

- Niektórzy publiczni pracodawcy bardzo sobie cenią wolontariat. Przyjmują techników, obiecując im przysłowiowe złote góry, a po upływie trzech miesięcy mówią, że nie ma środków na etat - i przyjmują innych „wolontariuszy”. To skandal. Wszystko rozbija się o pieniądze - zauważa Musiałkiewicz.

Te i inne problemy, znane również pozostałym zawodom medycznym - czyli starzenie się kadr, niesatysfakcjonująca siatka płac w nowej ustawie o minimalnych wynagrodzeniach w służbie zdrowia, emigracja - powodują, że zaczyna brakować rąk do pracy.

- Są miejscowości, gdzie nikt już nie odpowiada na ogłoszenia o pracę. Tak naprawdę nie trzeba żadnego strajku, żeby to się wszystko rozwaliło. A przecież bez diagnostyki żaden, nawet najwyższej klasy specjalista, sobie nie poradzi - podsumowuje.

Piotr Dymon, przewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych (OZZRM), również zwraca uwagę na skutki „głodowych” etatów.

- Chcemy, by etaty były tak opłacane, żeby nie trzeba było dodatkowo pracować po 200, 300 godzin w miesiącu. W czerwcu br. jeden z ratowników w Poznaniu, trzydziestokilkulatek, w trakcie udzielania medycznych czynności ratunkowych doznał zatrzymania krążenia. Całkiem możliwe, że z przepracowania - mówi szef OZZRM.

Rządową ustawę również krytykuje. - Ustawa o minimalnych wynagrodzeniach większości pracownikom medycznym nie da żadnej podwyżki. Dostaną je jedynie ci, którzy zarabiają netto 1600-1800 zł - wylicza Piotr Dymon.

Podobnie jak Musiałkiewicz, już teraz zauważa braki kadrowe wśród ratowników medycznych. - Są sygnały, że w sytuacjach, gdy kończy się okres kontraktowania usług, do nowego konkursu przystępuje średnio 20-30 proc. ratowników mniej niż wcześniej. Braki kadrowe są więc już widoczne. Nie wiem, skąd resort zdrowia weźmie ludzi do planowanych 3-osobowych zespołów ratownictwa - dodaje.

Bardziej medialni, ale tak samo sfrustrowani
To, że o ratownikach medycznych dużo się ostatnio pisze i mówi, nie powoduje automatycznego przełożenia na spełnianie ich postulatów. Nadal nie ma porozumienia w sprawie podwyżek, a dwie nowele Ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym są w powijakach.

- Liczymy przede wszystkim na zwiększenie finansowania ratownictwa i na to, że dodatkowe nakłady zostaną przeznaczone na podwyżki dla ratowników. Równocześnie zależy nam na jak najszybszym podpisaniu i wejściu w życie małej i dużej nowelizacji ustawy o ratownictwie medycznym, a tym samym na upaństwowieniu ratownictwa - mówi Piotr Dymon.

Wyjaśnia, że nowelizacje „nie wzięły się z kosmosu” i jest to zbiór wszystkich propozycji, które organizacje związkowe i społeczne przekazały przez ostatnie kilka lat decydentom.

Ratownicy od niemal 11 lat walczą także o własny samorząd zawodowy. Na ten jednak zgody w resorcie zdrowia nie ma. - Myślę, że resort zdrowia przede wszystkim boi się oddać władzę nad zawodem - mówi Dymon.

Problem ze społecznym postrzeganiem
- Mamy też problem ze społecznym postrzeganiem naszego zawodu. Po pierwsze często jesteśmy traktowani jako przychodnia na kółkach i pacjenci nie rozumieją, że naszym zadaniem jest ratowanie życia, a nie leczenie kataru. Po drugie wielu nadal postrzega nas jako sanitariuszy, którzy zresztą w systemie funkcjonują (w karetkach transportowych, szpitalach) i są potrzebni. Ale ratownik to nie sanitariusz - tłumaczy Piotr Dymon.

Przyznaje, że przydałaby się szeroka kampania uświadamiająca społeczeństwo, kim tak naprawdę jest ratownik i jaka jest jego rola, ale na to potrzebne są pieniądze.

- Sami robimy tyle, ile możemy - uświadamiamy ludzi w dyspozytorniach, podczas wyjazdów, rozdajemy ulotki w trakcie ogólnopolskiego protestu. Ale jakoś to do ludzi nie trafia. Na razie Ministerstwo Zdrowia nie jest zainteresowane promowaniem naszego zawodu - ubolewa.

W podobnym tonie wypowiada się Edyta Wcisło, przewodnicząca Polskiej Rady Ratowników Medycznych (PRRM). - Ratownictwo medyczne sprzedaje poczucie bezpieczeństwa. Jak mówimy o braku lekarzy w karetkach, obserwujemy społeczne przerażenie. Ludzie nie wiedzą, że ratownik medyczny ma wyjątkowo wysokie kompetencje i potrafi sobie w każdej sytuacji poradzić - precyzuje.

Zniecierpliwienie i irytacja
Wszyscy nasi rozmówcy przyznają, że zniecierpliwienie i irytacja w ich środowiskach są coraz większe. PZM grozi strajkiem, a sami pracownicy wypowiedzeniami.

- Bez ratownika żadna karetka nie wyjedzie. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: rząd nas nie słucha, więc 1 września składamy wypowiedzenia z pracy. I co wtedy? Konsekwencji karnych nie poniesiemy żadnych. Każdy może zwolnić się z pracy i zacząć uprawiać marchewki - konstatuje Piotr Dymon.

Cały artykuł - w raporcie o zawodach medycznych w najbliższym, lipcowym wydaniu miesięcznika Rynek Zdrowia (nr 7/2017).

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum