Marzena Sygut/Rynek Zdrowia | 03-06-2019 16:24

Prof. Ryglewicz: należy poprawić sposób finansowania programu lekowego w SM

- W ok. 30 proc. ośrodków prowadzących programy lekowe I i II linii w stwardnieniu rozsianym występują kolejki do wejścia do programu. Winę za ten stan rzeczy ponosi obecna wycena kosztów obsługi programu lekowego. System wymaga zmian, nie tyle nawet większych nakładów finansowych, co sposobu rozliczania - podkreśla prof. Danuta Ryglewicz, konsultant krajowy w dziedzinie neurologii.

Prof. Danuta Ryglewicz, konsultant krajowy w dziedzinie neurologii; FOT. PTWP

- Czy w pani ocenie w Polsce występują problemy z finansowaniem leczenia stwardnienia rozsianego (SM)?
Prof. Danuta Ryglewicz: - Sytuacja chorych na SM bez wątpienia w ostatnich latach uległa zdecydowanej poprawie. W porównaniu do roku 2015 obecnie leczymy o ok. 30-40 procent więcej chorych. Mamy też zapewniony dostęp do prawie wszystkich nowych leków. W pierwszej linii lekowej dysponujemy ośmioma farmaceutykami.

Nieco gorzej jest w drugiej linii, gdzie mamy obecnie dwa leki: fingolimod i natalizumab i oczekujemy na wprowadzenie na listę leków refundowanych dwóch produktów: okrelizumabu i cladrybiny. Nie ma też problemu z finansowaniem tych leków, gdyż NFZ pokrywa, chociaż niekiedy z opóźnieniem, koszty produktu leczniczego, nawet jeśli są nadwykonania.

Problemem, z którym musimy się borykać są kolejki do leczenia. Jednak nie występują we wszystkich placówkach. Na 128 ośrodków, które prowadzą takie programy, kolejki występują w 48. To są duże ośrodki, które prowadzą pierwszą i drugą linię leczenia, gdzie największy problem stanowi obecna wycena kosztów obsługi. Dlatego też jestem zdania, że należy w pewien sposób zmienić system finansowania kosztów obsługi. Nawet bez wyraźnego podnoszenia środków finansowych.

Kolejnym problemem organizacyjnym, który wymaga rozwiązania jest całościowe zaopiekowanie się pacjentem chorym na SM. Tutaj rozwiązaniem byłoby wprowadzenie koordynowanej opieki dla chorych na stwardnienie rozsiane. Mam jednak nadzieje, że ten problem wkrótce znajdzie rozwiązania, ponieważ prawdopodobnie wejdzie w życie projekt pilotażowy koordynowanej opieki medycznej w SM, w ramach którego chorzy otrzymają dostęp do potrzebnych im konsultacji specjalistów, jak np. okulista, ginekolog czy urolog, a także poprawi się dostęp do rehabilitacji.

- Na czym miałyby polegać zmiany związane z finansowaniem programów?
- Pierwsze rzecz, która powinna ulec zmianie w wycenie kosztów obsługi programów lekowych to rozliczanie kwoty przeznaczonej na obsługę w systemie ryczałtowym, płatnym raz na kwartał. Obecnie roczna płatność za obsługę jednego pacjenta w programie lekowym wynosi maksymalnie 1248 zł. Szpital otrzyma ją w całości tylko wówczas, gdy pacjent odbędzie dwanaście wizyt w ramach programu, po jednej w miesiącu. To problem, który powoduje, że są ośrodki, w których pacjenci czekają w kolejkach, ponieważ lekarze nie dysponują dodatkowym czasem ani siłami, by przyjąć ponadplanowych pacjentów.

Jeżeli jest dużo pacjentów i oni przychodzą co miesiąc to lekarz po prostu fizycznie nie daje rady ich obsłużyć. Tymczasem nie każdy pacjent potrzebuje dwunastu wizyt w roku. Zdecydowana większość chorych mogłaby przychodzić do neurologa w ramach programu lekowego raz na trzy miesiące. Takie rozwiązanie byłoby też korzystne dla chorych, którzy nierzadko muszą zwalniać się z pracy, aby dojechać na wizytę do ośrodka. Jeśli ma to miejsce raz w miesiącu, jest to dla chorych duże obciążenie. Myślę też, że należałoby zwiększyć wycenę kosztów obsługi programów lekowych.

Ta wycena nie zmieniła się od piętnastu lat, pomimo że od tego czasu zmieniły się wynagrodzenia lekarzy i pielęgniarek. Przecież w ramach wyceny kosztów obsługi nie chodzi tylko o wynagrodzenie lekarza, chociaż on tu odgrywa podstawową rolę, ale również o wynagrodzenie dla pielęgniarek, a także sekretarek medycznych, które odciążyłyby lekarzy przy wypełnianiu niezbędnej dokumentacji medycznej.

- Coraz częściej mówi się, że niskie koszty obsługi programu sprawiają, iż dyrektorzy szpitali nie są zainteresowani prowadzeniem tych programów. Czy to prawda?|
- Tak. Dyrektorzy szpitali niechętnie patrzą na niedochodowe świadczenia. Programy lekowe są tak nisko wyceniane, że lekarz po pierwsze w ogóle nie ma środków finansowych, żeby zatrudnić dodatkowe osoby od obsługi. Po drugie w sytuacji, gdy lekarz nie przyjmie chorego dwanaście razy w roku, program lekowy przestaje się bilansować. W tej sytuacji trudno się dziwić, że dyrektorzy w ogóle nie są zainteresowani programami.

Coraz częściej słyszę od neurologów, że dyrektorzy nie chcą mieć programów lekowych, twierdząc, że są one im w ogóle niepotrzebne. Taka sytuacja jest np. na Dolnym Śląsku, gdzie jest bardzo dużo pacjentów i od wielu lat są kolejki do wejścia do programu. Tam też dyrektorzy nie są zainteresowani przyjmowaniem nowych pacjentów w ramach programu lekowego.